Home again

Etna z lotu

„Jaka szkoda, że te obłoczki płynące
Nie są z waniliowego kremu…
A te różowe –
Że to nie lody malinowe…
A te złociste, pierzaste –
Że to nie stosy ciastek…
I szkoda, że całe niebo
Nie jest z tortu czekoladowego…
Jaki piękny byłby wtedy świat!
Leżałbym sobie, jak leżę,
Na tej murawie świeżej,
Wyciągnąłbym tylko rękę
I jadł… i jadł… i jadł…”

J.Tuwim „Dyzio Marzyciel”

 

Ten wierszyk przypomina mi się zawsze, gdy spoglądam przez samolotowe okienko. Moja kariera Dyzia jednak nie trwała długo i trzeba było zejść z obłoków na ziemię. W tym wypadku ojczystą, a zimną jak Dolina Muminków w Listopadzie. Aż mi się podkurczyły palce wygrzanych południowym słońcem stop. Nie muszę chyba mówić, jak ciężko się w takim stanie stąpa po tej ziemi, zwłaszcza gdy trzeba to robić twardo i mocno. Ciężko było i ze względu na walizę zapchaną do granic możliwości. Książki też w niej były, a jakże. Choć usiłowałam tym razem zabrać tzw ‘zestaw tematyczny”, to mimo woli wyszedł mi misz-masz, nie do końca dający wymarzony efekt. A bo to Iwaszkiewicza „Podróże do Włoch” znaleźć w księgarni było trudno, „Ojca Chrzestnego” do głowy wziąć mi nie przyszło, i w rezultacie skończyłam czytelniczo w…Myślenicach! Do Indii po drodze wstępując zresztą. Ale o tym szczegółowo innym razem. A teraz przynajmniej kąpiel wezmę gorącą ;).

Reklamy

Arrivederci

 

 

Zamykam za sobą blogowe drzwi na jakieś dwa i pół tygodnia. Proszę o cierpliwość i zapraszam w czerwcu na (mam nadzieję) intensywne notatki literackie. A teraz wrzucam kilka książek w węzełek i w drogę :).

spodnie Włóczykija

spodnie włoczykija 2
Czy naprawdę nie zdarzyło mi się popełnić jeszcze notki o Muminkach? Nie wierzę! Jestem przekonana, że gdyby na uniwersytetach wykładano muminkozofię, miałabym szansę na niezła posadkę, bowiem Muminkami zajmuje się lat kilkadziesiąt. Uważam nawet, że Muminki mogłyby stanowić doskonałą lekturę zastępczą na zajęciach z filozofii, bo milsze i poręczniejsze od Tatarkiewicza, a o tym jak żyć powiedzą też sporo. Ale ponieważ to temat na więcej niż jedna notkę, zakładam sobie osobna kategorię na moje wykłady i wykładnię muminkologii stosowanej.
Dzisiaj, tak dla rozgrzewki zacznę od czynności prozaicznej jaka jest kupowanie ciuchów, która udoskonaliłam właśnie dzięki jednemu z przyjaciół Rodziny, Włóczykijowi. Facet jest idolem samego Muminka, zawsze na luzie, zawsze zadowolony i ogólnie wiedzie życie jakiego zazdrości mu niejeden właściciel wygodnego lóżka i stałego miejsca przy obiednim stole. No i ubiera się tez stylowo bardzo: spodnie jak z H&M, retro żakiecik i kapelusz z piórkiem. Powiem więcej, jest on prekursorem stylu wintage. Nie wierzycie? No to poczytajcie jak kupuje spodnie:

zakupy włoczykija
Włóczykij oczywiście spodni nie kupił, a ja nauczona jego doświadczeniem zaczęłam uważać, by ubrania, które zakładam nie wyglądały na „zbyt nowe”. Stopniowo ta zasada zaczęła się rozprzestrzeniać na inne otaczające mnie przedmioty: zbyt wypolerowane buty, za gładkie fryzury, mało wysiedziane fotele.

O książkach też tu wspomnieć należy. Bo czy półka pełna świeżutkich, nieskażonych dotykiem książek nie świadczy źle o właścicielu? Dom bez książek to bezduszna noclegownia, ale dom z książkami nieoczytanymi to muzeum literatury oraz wystawa niemożności czytelniczej właściciela. Jednym słowem kompromitacja. Dlatego zawsze gdy biorę do ręki moje rozsypujące się i pożółkle ze starości Muminki, przepełnia mnie pewnego rodzaju duma, będąca po części i zwykłą radością czytelnika powracającego do często używanych słów, które tak miło znowu objąć wzrokiem.

Fragment pochodzi z:

84905[1]

vicious

Natknęłam się na nią całkiem przypadkowo, gdy  podczas długiej i chłodnej niedzieli  przemierzałam powoli wszystkie kanały TV. Zamiast tradycyjnie pstryknąć off mamrocząc dno, serdeńko, dno, zatrzymałam się na widok niewielkiej kobietki,  która znudzonym głosem wygadywała straszliwe impertynencje, chodziła w boskich kieckach  z obniżonym stanem i snuła się po zakazanych barach epoki prohibicji.

To była właśnie Dorothy Parker, poetka i pisarka, publikująca w słynnym The New Yorker, a potem wspólracująca z Hollywood. Jej biografię, w miodowych kolorach wytrawnego martini, nakręcił Alan Rudolph, i jest to chyba jeden z lepszych filmów o życiu pisarza, jaki udało mi się kiedykolwiek zobaczyć. Pyskata i pijana Dorothy Parker jest jak tu nieznośna dziewczynka, której mimo złego zachowania, nie sposób nie lubić. W miarę oglądania zaczynałam rozumieć, że termin vicious circle odnosi się nie tylko do nazwy kręgu przyjaciół Dorothy z czasów młodości, ale i jej niezbyt szczęśliwych losów. Bo miała ona talent do zakochiwania się w niewłaściwych facetach i wydawania nadmiernych ilości pieniędzy, co dawało w rezultacie opłakane skutki. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że tkwiła w jakimś zaklętym kręgu niepowodzeń uczuciowych i finansowych i nie bardzo potrafiła się z niego wyrwać, za to nieźle umiała  go opisać. Łatwo to sprawdzić sięgając po niedawno u nas wydany zbiór opowiadań Dorothy, który jest istną mozaiką postaci i migawek nowojorskiego światka lat dwudziestych. Mimo upodobania do picia, Dorothy potrafiła bardzo trzeźwym okiem spojrzeć na swoich współczesnych. Ich portrety odmalowane w barwnych i pachnących lekkim cynizmem dialogach są od dobrych paru miesięcy częścią mojego nocnego rytuału. Trzymam je tuż przy łóżku i od czasu do czasu, dla przybliżenia jazzujących snów, poczytuję przed zgaszeniem światła.       

 mowa o;

Po jakie licho ci ta książka?

 

Pyta koleżanka, którą proszę o zwrot książki pożyczonej po tym jak ja przeczytałam i poleciłam. Zatkało mnie, a powodem było nie tylko bezobcesowe zakwestionowanie mojego prawa własności. No bo wysuwać argument, że nie mamy prawa mieć tego, co nam niepotrzebne, to zamach na nasz, od pewnego czasu kapitalistyczny, porządek świata. Mnie raczej zaskoczyła cześć pytania dotycząca logiki mojego postępowania.

Pomyślcie, książka przeczytana, to właściwie  książka zużyta, a jeśli na dodatek jest to kryminał, to od momentu gdy wiemy, kto dokonał zbrodni, książka zapada bezpowrotnie  w czytelniczy niebyt. Skąd wiec u mnie potrzeba posiadania książki, z której, tak na zdrowy rozum, nie będę już miała pożytku?  I tu zagadnienie dotyczy nie tylko mojej pasji do gromadzenia „wszystkiego”. Chodzi o coś znacznie więcej, co wytłumaczyc ciężko, bo zbyt mocno zakrawa na abstrakcję W skrócie można by to nazwać potrzebą powrotu. Z iloma rzeczami , miejscami, osobami, musieliście pożegnać się w życiu na zawsze? Nie wrócicie już do własnej ławki w podstawówce, na pierwszą randkę, na kolana babci czy dziadka. Czas pozbawia nas kolejnych mikroświatów, w których zdołaliśmy się zadomowić. A tymczasem otwarcie książki już raz czytanej, ponowne zaczytanie się w znajomym tekście, dają złudzenie przybycia do znanego otoczenia, osób i sytuacji.

Mogę bezustannie wchodzić do pokoju gdzie w kącie drzemie kot, a pod ścianą pije herbatę Melrose Plant. Pani Marple spojrzy na mnie uważnie błękitnym okiem, ilekroć sięgnę na półkę z Agatą Christie. Żadnych rajów utraconych, co najwyżej w danym momencie nieczytanych. Dlatego pilnuję, by moich książek nie mogło dotyczyc powiedzenie the books go by.  

trojku lubit

 Spree to takie śliczne  angielskie słówko, którego dźwięk kojarzy mi się z szelestem wylatujących z portfela banknotów. Wczoraj użyłam go (że tak powiem stylowo i uczenie) pozawerbalnie, przy okazji empikowego dnia książki.

Było to wszystko podwójnie ekscytujące, bo nie dość że w ciągu 20 minut usiłowałam wydłubać  2 trzytomowe komplety książek, to jeszcze nadzwyczaj dużo ludzi kręciło się pomiędzy regałami i mogłam się oddać dyskretnemu podgladactwu.

A robię to nie ze zwykłego wścibstwa tylko. Ja mam taki sen, marzenie, że pewnego dnia zacznę śledzić poczynania jakiegoś kupującego i on mnie podprowadzi do półki z której weźmie książkę, a ja potem, jego śladem, po cichutku, na paluszkach, podejdę do tej samej półki, sięgnę po tę samą książkę, otworzę ją i będzie to absolutne literackie glory glory alelluja, które sobie zabiorę jak gdyby nigdy nic do domu, uśmiechając się chytrze pod nosem. 

Tymczasem obserwując kupujących zadrżałam i owszem, ale nie z zachwytu, tylko zgrozy. Koło mnie kręciły się dwie panny, takie z błyskiem oku, włosem rozwianym i ogólnie miastówkowo się noszące. Miny miały dumne i chmurne, chyba czuły się inteligencką elitą swojego światka. Patrzę więc zza regału, w czym one tam w kucki przebierają. No i jedna wyciągnęła Alchemika, tego w zacnej szarej oprawie, co niemal jak Biblia wygląda, druga natomiast tuliła serię z Meyer i jeszcze jakąś Blond Gejszę. Siłą woli powstrzymałam się od zagadnięcia, że  może by sobie tak coś innego wzięły, bo już kiedyś mnie jakaś kobieta o mało co nie opierniczyła, że się wtrącam do jej czytelniczych wyborów. Jednak nie ma to jak profesjonalna obojętność obsługi księgarń. Dają swobodę, nie namawiają do niczego, a jak o coś zapytasz, to możesz się spokojnie zastanowić, czy naprawdę chcesz daną pozycję, bo z reguły za pierwszym razem tytułu nie dosłyszą, a autora przekręcą. Tym sposobem sam/a przy powtórzeniu możesz zmyślić książkę, i nie musisz szukać potem wymówek, żeby jej nie brać. Jednak ja wzięłam i owszem, zamierzone trójki, w skład których weszły dwa Pamuki, chwalony wszędzie Sebald, Tajemnica Rodu Hogartych, ukochana książka mojego dzieciństwa i, nomen-omen, Sprzysiężenie Osłów ;).

 

 

of roses and mistakes

 Czy to naprawdę ja powiedziałam, że Grimes jest kolejnym wcieleniem Christie? Po przeczytaniu jej kryminału w oryginale, musze zrobić to, czego nikt nie lubi: przyznać się do błędu. Martha i Agatha to językowo dwa światy, ten drugi mogę polecić do zwiedzenia  wszystkim stawiającym pierwsze kroki w nauce angielskiego, ten pierwszy opatrzyłabym tabliczką z napisem „not for biginners”. Styl Grimes nie ma w sobie nic z prostoty wypowiedzi Christie, jest najeżony skomplikowanymi metaforami, zdaniami wielokrotnie złożonymi, wreszcie zwrotami idiomatycznymi, do których sedna dotrzeć się tak do razu nie da. Nie ma co tu liczyć na lekkie przebieganie wzrokiem kartek, przez te wersy trzeba się trochę poprzedzierać, nadwyrężyc wzrok i wiarę w swoją biegłą znajomość angielskiego  (do dziś prześladuje mnie pytanie, czym tak naprawdę są „fairy cakes”, którymi zajada się ciotka Agatha). Przy okazji – szacunek dla tłumacza, który nie uronił nic ze stylu Grimes, a nawet powiedziałabym, że delikatnie go ‘dosmaczył’ w polskich wersjach jej książek. 

Myślę, że seria o Inspektorze (a właściwie nadinspektorze, bo Jury uzyskuje wreszcie zasłużony awans) nie skończy się na dwóch pierwszych tomach i wkrótce będziemy mogli zobaczyć na półkach księgarń trzecią część jego przygód. Na pewno nie zawiedzie ona tych, którym pierwsze dwie przypadły do gustu. Mamy tutaj kolejne prowincjonalne miasteczko Anglii z galerią jej mniej i bardziej dziwacznych mieszkańców. Nie będę zdradzała szczegółów, żeby nie psuć przyjemności wyczekującym czytelnikom,. Powiem tylko, że odniosłam wrażenie, że ten tom jest bardziej melancholijny od pozostałych, przesiąknięty głębszym smutkiem  utraty i poczucia nieodwracalności losu.  Akcję jednak niezawodnie ożywiają koty, bywalcy pewnej lichej knajpy i bardzo nieznośna dziewczynka, dzielnie wspierająca naszego (nad)inspektora. Z którym zdecydowałam się rozstać na jakiś czas, tak może do jesieni? Jak by nie było Absence makes the heart grow fonder 😉.

mowa o: