rozwiązanie konkursu „czar par”

                                    1                                                  2

czar-par

                                 3                                                 4

Mija miesiąc od czasu, gdy pojawiła się tutaj walentynkowa zagadka. Czyli najwyższy czas na podanie prawidłowych odpowiedzi:

1. Obrazek pierwszy przedstawia słodką Klarę i je przyjaciela, Dziadka do Orzechów, bohaterów książki „Dziadek do orzechów” E.T.A. Hoffman’a. Ta urocza opowiastka zawsze kojarzyła mi się z Bożym Narodzeniem i świątecznym piernikiem. W którym oczywiście nie mogło zabraknąć orzechów. Żałowałam tylko, że do ich łuskania nie służył tak kunsztowny przedmiot jak ten z bajki.

 2. Druga para to Karolcia i Piotr, z „Karolci” autorstwa Marii Kruger. W dzieciństwie zaczytywałam się w tej historii o dziewczynce, która znalazła zaczarowany koralik, spełniający wszystkie wypowiedziane życzenia. Nie muszę chyba mówić, że książka spotęgowała moje zamiłowanie do błyskotek

3. Trzecia para to Ania i Gilbert z „Ani na Uniwersytecie” L.M.Montgomery. Jest to scena gdy Ania daje Gilbertowi kosza, czego zresztą po pewnym czasie gorzko żałuje. To chyba najbardziej romantyczna para z całej prezentowanej czwórki.

4.Czwarta para to Mary Poppins i Bobby, sprzedawca papierosów, z „Mary Poppins” P.L. Tarvers. Miejscem akcji jest kredowy rysunek Bobbiego w który udało im się wskoczyć podczas randki . Mary Poppins to do dziś moja ulubiona postać literacka, bo jak na bohaterkę zwykłej bajki dla dzieci, jest osobą niezwykle „charakterną”.

 Konkurs okazał się dość trudny, do dziś padły tylko dwie poprawne odpowiedzi. Dlatego tym mocniej jeszcze raz gratuluję zwycięzcom: małej formie i Agnieszce Azj.

A wszystkim obiecuję, że nie jest to ostatnia tego rodzaju zabawa na tym blogu.J

Reklamy

gonitwa za wiatrem

Rozczarowanie uchodzi za zło. To nieprzemyślany przesąd. Przez co, jeśli nie przez rozczarowanie, mamy odkryć , czego oczekiwaliśmy i na co mieliśmy nadzieję? I w czym, jeśli nie w tym odkryciu, ma się kryć poznanie samego siebie?

„Nocny Pociąg do Lizbony” Pascal Mercier.

 

Wbrew tytułowi, ta książka nie nadaje się do czytania w pociągu. Wymaga zbyt intensywnej uważności, zbyt szczelnego zamknięcia się w tekście, by dało się ją naprawdę przeczytać w ruchu i hałasie przedziału drugiej klasy PKP. Choć sam początek może zwieść czytelnika, i wzbudzić w nim podejrzenie, że ot, ma przed sobą nową wersję Zafona i czeka go zawrotna i miejscami niedorzeczna akcja, w sam raz na zabicie czasu spędzonego w podróży.

Ta historia  bowiem zaczyna się od zauroczenia podstarzałego nauczyciela języków klasycznych przypadkowo napotkaną w  drodze do szkoły Portugalką. Kobieta zwraca jego uwagę dramatycznymi gestami i pięknem obcych słów, których używa. Gregorius, bo tak nazywa się ów nauczyciel, zabiera ją ze sobą do klasy, a kiedy kobieta wychodzi, decyduje się w jednej chwili porzucić podręczniki, uczniów i szkolne mury. Podąża za nieznajomą,  zostawiając za sobą wszystko i zaczyna błądzić po ulicach Berna, by w końcu trafić do hiszpańskiej księgarenki. Tam wśród rzędów zakurzonych ksiąg, znajduje mały tomik z portugalskim tekstem. Prosi sprzedawcę o przetłumaczenie fragmentu i:

„usłyszał słowa, które wywarły na nim oszałamiające wrażenie, ponieważ brzmiały tak, jakby zostały napisane tylko dla niego, i to nie tylko dla niego, ale dla niego w to właśnie przedpołudnie, które wszystko zmieniło:

Z tysięcy doświadczeń , które zbieramy, najwyżej jedno wyrażamy w  słowach, a i to tylko przypadkowo i bez staranności, na która zasługuje. Wśród wszystkich tych niemych doświadczeń kryją się te, które niezauważenie nadają naszemu życiu formę, barwe i melodię.”

Od tego momentu Gregorius faktycznie zmienia swoje życie. Wyjeżdża do Lizbony i usiłuje dowiedzieć się jak najwięcej o autorze książki, która go zafascynowała. Jest to zadanie tym trudniejsze, że ów zmarł jakieś 20 lat wcześniej.

Książka doktora Prado staje się przepustką do życia i wspomnień otaczających go niegdyś ludzi. Gregarious z tej przepustki skrupulatnie korzysta, zbiera skrawki opowieści o doktorze Prado i notatki, które pozostawił po sobie. Jednocześnie w miarę poznawania faktów o doktorze jak i osobach, które go znały, Gregorius zastanawia się, jak bardzo inaczej mogłyby się  potoczyć jego własne losy, gdyby miał więcej odwagi w realizacji swoich marzeń, jak wyjazd do Persji, czy pisanie doktoratu. Rozważa swoje relacje z rodzicami, była żoną, znajomymi. I gdy pewnego dnia w wyniku konsultacji lekarskiej zmienia okulary, zaczyna widzieć wszystko wyraźniej, zdaje się, że mgła znika sprzed jego oczu nie tylko dzięki lepszym szkłom, ale i przez podążanie śladami autora niepozornej książeczki.   Historia jego poszukiwań jest opowieścią o losach człowieka pragnącego zachować siebie i swoją moralność w czasie reżimu Salazara oraz próbą  podsumowania własnego życia,  a także zbiorem rozważań filozoficznych na takie problemy jak granice ludzkiego poznania, miłość, przyjaźń, szukanie własnej tożsamości.

Przyznaję do razu, że odnośniki polityczne nie specjalnie mnie zachwyciły. Niektóre z notatek Doktora Prado również nie zaskakiwały mnie swoja oryginalnością. Czasem wręcz dziwiłam się, że Gregorius, doskonały znawca greki i łaciny, nie zauważa w nich podobieństwa  chociażby do platońskiej teorii poznania. Czasem drażnił mnie zbyt koturnowy ton powieści. Bywało, że wbrew porównaniu autora  słów do wyrobów złotniczych dla mnie były one raczej tworami branży kamieniarskiej: przypominały bardziej ostre i zimne granitowe posągi, niż jubilerskie cacka.

Co w takim razie sprawiło, że uważam tę powieść za dobrą? Może mój sposób jedzenia pączków? Otóż pączki nie należą do słodyczy za którymi przepadam, jednak zwykłe zjadam je szybko i w całości. Dlaczego? Bo wiem, że po oblizaniu lepkiego lukru, po przełknięciu mdławego ciasta, trafię na kilka kęsów mojej ulubionej różanej konfitury, która na długo pozostawi mi swój aromat w ustach. A w tej książce podobnych jej smaków nie brakuje.

 Mowa o:

pociag-do-lizbony-5

 

Czy Pani robi „cha, cha”?

„Żadna książka nie ma szans podbić mojego serca, jeśli choć raz się przy niej nie zaśmieję” mówi w swoim ostatnim artykule mój ulubiony dziennikowy recenzent, Piotr Kofta.
I zaczęłam się zastanawiać, czy mogę się z nim zgodzić. Już na wstępie musze dokonać małej korekty – zamiast śmiechu wstawić uśmiech, bo czytam jakoś tak bardziej do wewnątrz, emocje przy przyswajaniu literatury nie buzują we mnie aż tak, bym  wybuchała niepohamowanym chichotem lub łkaniem. Przeglądam książki, które opisałam choćby dotychczas i powoli, i po części zaczynam się zgadzać z Piotrową tezą. Jakaś odrobina humoru, jedynie przebłysk maleńki „uczłowiecza” dla mnie książkę. W „szczęśliwych dniach” z satysfakcją wyłuskałam ten fragment przygotowań do Świąt: „Dwaj mężczyźni w kombinezonach stawiają choinkę, która skrępowana siatką, przypomina cyprys”. W nader poważnym w wymowie „Nocnym pociągu do Lizbony” (pełna recenzja będzie niebawem, bo już kończę czytać)  nie mogłam przejść obojętnie koło takiego zdania: „religię, w której centrum stoi scena egzekucji, uważam za odpychającą -powiedział kiedyś- Wyobraź sobie, że byłaby to szubienica, gilotyna lub garota. Wyobraź sobie, jak by wtedy wyglądała nasza religijna symbolika”. Zgodnie z życzeniem autora natychmiast wyobrażam sobie każdą szkolną klasę w naszym kraju z szubienicą nad biurkiem nauczyciela. Nie porwał mnie śmiech perlisty na ten obraz, ale nie mogłam powstrzymać leciutkiego wahnięcia kącików ust w górę. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Pan K, zachwyca się śmiesznością „Zapisków z małej wsypy”, której humorystyczny charakter miał udowodnić fragment cytowany w poprzednim wydaniu Dodatku Kulturalnego do Dziennika. Tylko, że podczas czytania tego urywka nawet się nie uśmiechnęłam. Bo ja nie chcę, żeby autor co drugie zdanie usiłował być zabawny, nie chce komentarzy, opisów osób i sytuacji, przy których wirtualnie postawił gwiazdkę „szalona radość czytelnika”. Przy tego rodzaju lekturze zanoszę dziękczynne modły, że do książek nie można, wzorem seriali komediowych, dać podkładu chóralnych śmiechów. Bo Drogi Autorze ja nie chcę, żebyś mnie dźgał palcem w brzuch, nietrzęsący się od śmiechu, na siłę mi kazał zęby wyszczerzać, walił tortem w portrety swoich bohaterów. Lepiej nagle zamachaj przed nosem niezwykłym skojarzeniem, nieużywaną nigdy metaforą, pomysłem na pokazanie rzeczywistości. Zaskocz mnie jak najbardziej znienacka, a wdzięcznie uśmiechnę się na pewno.

 

 

happy go 8

Poppy to idealna kompanka na Dziś. Nie chadza może Revolutionary Road, ale nie szuka tez Drogi do Rzeczywistości. Ma pogodę ducha, której chcę dziś życzyć wszystkim kobietom. Jak również  tego, by umiały tupać krzycząc „THIS IS MY SPACE”.

babcia-jak kaktus- na dłoni

 Mały Andi miał Babcię, której każde dziecko może pozazdrościć. Babcię, co właziła na drzewa, zajadała się wata cukrową, i uwielbiała wesołe miasteczka. Duży Jacek miał Babcię niegorszą. Z  twarzą anioła, sercem gorącym  i uroczym dworkiem. Babcia wszystkich Babć miała życie na tyle ciekawe, ze dało się je ująć w dobrą książkę, taką co to nagrody zbiera i co jakiś czas kogoś zachwyca. Jako prawdziwe zmyślenie historyjka babci jest urocza, choć miejscami błaha, z płatami mielizn i powtarzalności. Ale  Lala cudna jest, Lala wzrokiem Moskala karci i Germańca, chleb to razowy gryzie to lukier ciastka. Buńczuczna panna, potrafiąca przeżyć wojnę kobieta, żona dwóch panów, mieszkanka licznych domostw . W końcu upiorna staruszka.

I ten ostatni etap właśnie  jest dla mnie najbardziej kontrowersyjną częścią  książki. Dlatego upieram się, żeby Lalę traktować jako archetyp Babci, a nie postać z krwi i kości. Bo gdyby tak nie było, jeśli jest to historia Babci Prawdziwej, to wstyd byłby wielki. Rodzonej Babci wszak, tej,  co pomidorka na talerzu Wnusiowi sieka, nie wpycha sie w świateł rampy blask, w pampersie, ze sztuczną szczęką w garści. Jeśli nie szacunek, to intymność jakaś jej się należy. Można na sprzedaż wystawić  pamiątek stos, minioną świetność rodu, ale milczeniem coś pozostać musi.  

Zwłaszcza, że ciszy tu niewiele, gra fortepian, babcia śpiewa, pszczoła buczy, świergolą ptaszki w słodkim ogrodzie pamięci. Ogrodzie,  po którym Pan D. oprowadza z zapałem godnym wielbicielki sielskiej zieleni i uroków lata, Colette. Duch autorki Claudynek błądzi bowiem po tej powieści, zwłaszcza po jej ostatnich stronach. Błądzi po niej i postać samego autora. Wyobrażam więc sobie Jacka,  jak okiem zbrojnym w binokl w Tesco krągłości jabłka śledzi,  jak laseczką srebrną steruje ruch swój w półkę pianek do golenia, jak niebezpiecznie cylinder mu się zsuwa, gdy towar przy kasie wykłada. Bo Jacuś  bufonkiem trochę jest na pewno. Wszak kulminacja i morał książki tak się przedstawia:

A potem, jak powiedziałby Julek, który parę miesięcy późnej zmarł, od słowa do słowa urodził się Jacek, czyli ja.

„Lala” Jacek Dehnel

mowa o:

staruszek

 

Zawsze lubiłem ławki. Są znakiem wycofania, dystansu, łagodnej marginalizacji na obrzeżu świata. Są nieocenionym punktem obserwacyjnym, dogodnym schronieniem, bezpieczną przystanią, na poboczu drogi dla tych, którzy potrafią się zatrzymać. Spędziłem wiele godzi na ławkach, kontemplując  świat, istnieją ławki niestosowne, wysoce nieprawdopodobne, które stoją w niewiarygodnych miejscach. Człowiek siedzący na ławce nie należy do już do rzeczywistości, a w każdym razie się od niej odcina. To proste siedzisko czyni zen poetę i poszerza jego horyzonty. Jeśli istnieje jakieś miejsce, które nie podlega tumultowi świata, jest nim właśnie ławka.
L.Graff „Szczęśliwe Dni”

Tym razem zamiast sofy, miękkiej i pluszowej, jest ławka. W parku, tuż przy domu spokojnej starości. Zasiada na niej Antoine, 35 latek, który jest najmłodszym rezydentem tego przybytku. Bez obaw, z nim wszystko w porządku. On po prostu urodził się z pewną cechą, która może być uznana za wadę. Nie odczuwa potrzeby ciągłego zabijania myśli o śmierci. On ja hoduje, zasadza troskliwie kupując działkę  na cmentarzu , pielęgnuje wymyślając coraz to nowe wersje własnego nagrobka i epitafium. Dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu Antoine odziedziczył po dalekim krewnym wystarczającą sumę pieniędzy, by móc zrobić ze swoim życiem co zechce. Porzuca wiec rodzinę i opłaca swój pobyt w domu „Szczęśliwe Dni”, gdzie czeka na kres wraz ze schorowanymi staruszkami. Obserwuje ich pilnie, oznaki demencji i zniedołężnienia notuje bez przerażenia czy odrazy. Jest jak podróżnik, który zbyt wcześnie przybył na stację i siedzi oczekując na swój pociąg, zabijając czas przyglądaniem się otoczeniu.  

To książka dziwna. Trochę ironiczna, a czasem okrutna, jednocześnie zaskakująca, poprzez pokazanie człowieczeństwa tam, gdzie dostrzec się już go nie spodziewamy. I choć to przejście od cynizmu do nuty lekko patetycznej trochę drażni, to jednak warto się za nią rozejrzeć. A potem zamiast na ławce  przycupnąć na empikowym fotelu. I zastanowić się, czy nie chciałoby się tej książki trochę ponosić w torebce.

mowa o: