jak Chanel, to nie Coco

No to trafiła mi się szmira co się zowie.  A wszystko przez lekceważenie Pan Intuicji, która już w księgarni znacząco pukała w różową okładkę i w czoło-na przemian. Potem jeszcze swoim ostrym paznokietkiem wycelowała w pierwsze akapity książki, traktujące o tym jak to srebrna kula wisi nad uchem Coco, zamarłej (a wkrótce i zmarłej) w hotelowym holu. Zamiast grzecznie posłuchać, machnęłam lekceważąco ręką na przestrogi spiczastopalcej Pani I.,  i pognałam do kasy. 

Po czterdziestu stronach czytania serdecznie żałowałam mojego postepowania.  A Pani I. tarzała się wytwornie ze śmiechu na moich poduszkach, z wielką satysfakcją podrzucając mi pod nos takie kwiatuszki: „ życie zdaje się rozciągać niczym guma do żucia, czyli w nieskończoność”  ( Cristina Sanchez-Andrade „Coco” str 51), „w ciągu paru minut słaby embrion przeczucia pęcznieje” ( tamże, str 9) czy „ile minut, godzin, dni  lat zmieści się na odcinku dwóch metrów?” (tamże, str 19) . Nic dziwnego,że w konsekwencji Pani I. podsuneła mi pytanie” Ile bzdur może pomieścić 301 stron formatu A5″?  Poszukanie odpowiedzi polecam bardziej wytrwałym czytelnikom. Sama znalazłam tyle chwastów stylistycznych i faktograficznych na pierwszych 70 stronach, że książkę rzuciłam w kąt.  W zamian zabrałam się za ponowne przeglądanie biografii Chanel, którą czytałam kilka lat temu. To solidna i brzmiąca wiarygodnie książka, z której naprawdę można się sporo dowiedzieć o słynnej projektantce. A niedługo doczeka się ona szczególnego zainteresowania, bowiem jeszcze w tym roku wejdzie do kin film o jej życiu. 

mowa o:

Reklamy

Gertruda S.

Portret Gertudy Stein pędzla Picassa, 1906r, obecnie w Metropolitan Museum of Art, NYC

 Gertruda Stein dzwoni dzwonkami, kocha koszyki i piękne kamizelki. Odnosi się z czułością do zielonego szkła i guziczki odnoszą się  z czułością do niej. Jeżeli chodzi o ilość wielbicieli, to można ja porównać jedynie z gwiazdami Hollywoodu. Trzy pokolenia młodych pisarzy siedziały u jej stóp. Wywarła na nich wpływ, mimo, że ich nigdy nie psuła. Jest legendą za życia, jest prorokiem we własnym kraju. Wręczono jej klucze do świętych drzwi, a ona wiedziała, jak się nimi posłużyć.  

 Carl Van Vechten w „”Gertruda Stein” Mira Michałowska.

 

Wielka szkoda, ze nie natknęłam się na tę książkę dawno temu, gdy zabierałam się, za -mocno zmanierowaną- „Autobiografię Alicji B. Toklas”. Jeszcze większa, że nie zauważyłam jej przed zakupieniem pseudo –biografii Alicji i Gertrudy, pod tytułem „Dwa życia. Gertruda i Alicja”. Autorka,  Janet  Malcolm, w rzeczywistości nie zajmuje się tam żadną z dwóch tytułowych pań, bo najbardziej koncentruje się na życiu osoby trzeciej, niejakiego Pana Fay’a. Nie muszę chyba tłumaczyc zawodu, gdy zamiast spodziewanych rewelacji z życia stadła Stein-Toklas, otrzymałam przydługie wywody o rzekomym lub prawdziwym szpiegostwie Pana F. Jeśli nawet były to informacje sensacyjne i bulwersujące, to nie  wiem po co znalazły się pod szyldem autorki powiedzenia „róża jest różą jest różą”. Fakt, że być może dzięki kolaboracji ich znajomego F.  panie przeżyły niemiecką okupację w miarę spokojnie (a obie miały pochodzenie żydowskie i spędziły całą wojnę w zajętej przez faszystów Francji) nie usprawiedliwia jeszcze poświecenia 2/3  książki jego sobie. Ale, pomyślałam sobie, mądry Polak po szkodzie, a może nawet nie do końca, bo przecież  niegdyś kupiłam autorstwa tej samej pani biografię S. Plath pod tytułem „Milcząca kobieta”. Sylvii P. faktycznie w tej książce głosu nie udzielono, za to pani M. z wielkim zacięciem dobierała się do skóry wszystkim pozostałym biografom poetki, obgadując ich niemiłosiernie.

Ale wracajmy do rzeczy, czyli biografii Gertrudy Stein pióra Miry Michałowskiej vel Zientarowej. Ta malutka książeczka  to więcej niż kompendium wiedzy o Gertrudzie, to świetny szkic postaci, która, choć wbrew własnej opinii, genialna nie była, to  niewątpliwie potrafiła odcisnąć mocno swój ślad na wieku 20. Jej poczynania śledzimy od momentu narodzin w dostatniej amerykańskiej rodzinie, poprzez pełną niezdecydowania młodość, aż do przybycia do Paryża, i powolnego przeistaczania się w kolekcjonerkę artystów i ich dzieł.

 Pomieściły się tu i anegdoty o zakupie pierwszych istotnych obrazów (można na przykład dowiedzieć się, że to Leo, brat Gertrudy  zauważył i kupił pierwszego „Picassa” do ich salonu), i historie romansów Stein, i opisy przyjaźni z wielkimi współczesnymi, i fragmenciki jej dzieł, zarówno w języku oryginału jak i w próbach tłumaczeń na polski (karkołomnych, z uwagi na rodzaj tekstu). Wszystko podane w sposób barwny i elegancki, tak, że czytelnik ma wrażenie, że oto na chwilę dane mu było przycupnąć u stóp Gertrudy i sącząc podany przez Alicję trunek, wpatrywać się w zawieszone wspaniałymi dziełami ściany. To książka –podróż, książka-kopalnia wiedzy o samej Gertrudzie jak i jej środowisku, i  z czystym sumieniem polecam ją każdemu, kto choć raz w życiu słyszał o Czułych Guziczkach.  

mowa o:

0103

porządki

 

Wiosna, tirli pirli,wiadomo,mgła zieleni na mózg rzuca się. Dlatego na przekór ptasząt kwileniu i pączkom delikatności wszelkiej pełnym zacznę wiosnę od mopa i wiadra, czyli od sprzątania. Nie dlatego, że je lubię, ale że uważam za jeden ze szlachetniejszych czynów jakiego człowiek  dokonać może. Serio, wiem co mówię, bo w tym najgodniejszym zawodzie świata pracowałam dziewczęciem będąc, i potem nieraz wzdychałam, że było to jedno z bardziej satysfakcjonujących zajęć na mojej „ścieżce” zawodowej. A czegóż to moje oczy nie widziały podczas odkurzania cudzych podłóg, prasowania obcych szmatek, polerowania niemoich sreber: wyciągi z pustych kont bankowych, diagnozy lekarskie, zapomniana w pranych spodniach biżuteria, wieczna nieobecność ojca rodziny. Pamiętam domy tak czyste, że doprowadzały mnie do rozpaczy, bo ciężko było w nich udowodnić potrzebę mojej, czyli klinerki, obecności. Dzieciaki terroryzujące lepką łapką i dzikim wrzaskiem całe rodziny. Panie domu we wstępnej fazie schizofrenii, sklerozy i te zupełnie zwyczajne, które zawsze częstowały herbatką i ciasteczkiem. 

Dlatego kiedy Zosik zamieściła w swojej stercie książek do czytania „wyspę sprzątaczek” stwierdziłam, że „musze ją mieć”. I kiedy zaczęłam czytanie, w pierwszym odruchu miałam pisać list protestacyjny do autorki. Bo jak można tak ród Pań Sprzątających  nikczemnie portretować! Włos jeżył mi się na głowie, gdy śledziłam poczynania Irmy, dwudziestokilkulatki zarabiającej na życie sprzątaniem cudzych domów. Pannica owa nie tylko upijała się nagminnie trunkami swoich gospodarzy, ale wyjadała smakołyki z ich lodówek, czytała sekretne pamiętniki, zażywała kąpieli w ich wannach i  podrywała małoletnie potomstwo. Na samo sprzątanie oczywiście niewiele czasu jej zostawało. Co z drugiej strony może i było zbawienne dla opowieści, bo czytanie o myciu toalet i ścieraniu kurzy frapujące nie jest. Na usprawiedliwienie niesfornej bohaterki trzeba dodać, że dokonuje nie mniej od sprzątania ważnego dzieła. Uwalnia bowiem i adoptuje wiezioną w jednym ze sprzątanych domów staruszkę, i następnie knuje plan zemsty, o którego realizacji czyta się całkiem dobrze i szybko. Dzięki czemu książka jest doskonała lekturą na odpoczynek po myciu okien. Lub na czas trwania paskudnego przeziębienia, jak to było w moim przypadku.  

mowa o:


wanienka pełna słów

 

 

Jutrzejszy obowiązek pójścia do pracy (czytaj: złożenia daniny z ośmiu godzin mojego dnia) skłania mnie do wielu, mniej lub bardziej budujących refleksji. Jedną z nich jest, że życie układa się z reguły tak, że nie można w nim czytać zawsze i dlatego należy czytać wszędzie. Staram się więc banalne czynności wypełnić lekturą, i w ten sposób nadrobić czas stracony na pracę, mycie zębów, prasowanie ubrania, zmywanie naczyń, czy robienie herbaty. Z całego tego ambarasu pozostaje sporo zajęć powszednich, przy których ręce mogą trzymać otwartą książkę, a wzrok spoczywać na jej stronach. Dlatego mam zamiar zrobić przegląd tego rodzaju zajęć, wraz z podaniem rad, jak optymalnie wykorzystać je na lekturę. Zacznę od tego, co mi w tej chwili najbliższe, czyli wanny.

Wanna to super miejsce lekturowe, można w niej spędzić średnio od pół do godziny czytając. Oczywiście najpierw trzeba tę wannę mieć, dlatego należy zadbać o łazienkę, w której się wanna zmieści. Gdy zliczymy wszystkie minuty, które można w niej spędzić czytając, okaże się, że burzenie czy przesuwanie ścian, nie jest środkiem radykalnym, a jedynie koniecznym do zaspokojenia podstawowej potrzeby każdego czytacza.

Gdy jest już przestrzeń na wannę, wybieramy odpowiedni format Nie mam tu na myśli wanny z bąbelkami, hydromasażem i biczem wodnym, a raczej z wygodnym zagłówkiem i wspornikami pod łokcie, dzięki którym będziemy mogli wygodniej oddawać się lekturze. Przy urządzaniu łazienki czytelnika warto też pamiętać o podręcznej półce, szerokiej na co najmniej jedną książkę i odpowiednim oświetleniu, które powinno być nie tylko nad lustrem ale i nad głową kąpiącego się.
Wreszcie po wszystkich perypetiach remontowo-hydraulicznych możemy przystąpić do meritum, czyli kąpieli z książką. Step by step, cały proces powinien wyglądać tak:

1. dbamy o to, by być ostatnimi w wieczornej kolejce do łazienki, tylko to nam zapewni spokój niezbędny do wielominutowego zanurzenia się w wodzie i lekturze.
2. w zasięgu ręki wieszamy miękki ręczniczek, zatykamy wannę koreczkiem i rozkręcamy wodę o temperaturze lekko za gorącej ( pamiętajmy, że chcemy się kąpać długo, wiec musimy zadbać, by woda zbyt szybko nie wystygła)
3. wrzucamy jakiś umilacz wody, najlepiej bezpianowy, żeby mydliny nie osiadały nam na książce. Najodpowiedniejsze są olejki, lub tabletki musujące do kąpieli.
4. Zostawiając drzwi niedomknięte (by w razie czego usłyszeć strumień lejącej się na podłogę wody) idziemy grzebać do poleczki z książkami.
5. Krok zasadniczy, czyli jak i co wybrać:
a ) szukamy paperbacku
b) zastawiamy się czy książka na pewno jest nasza własnością. Jeśli nie, rezygnujemy.
c) nie bierzemy kryminałów, romansów czy książek sensacyjnych. W ten sposób obronimy się przed przeziębieniem od zaczytania zimnej wodzie.
d) wybieramy chudy zbiór opowiadań, książkę już wielokrotnie czytaną, lub lekko zakręconą, której do tej pory przeczytać się „nie dało”.
e) Jako lektury wannowe szczególnie polecam:
„Sahiba”, “Hollywood” C. Bukowskiego, “Ani z widzenia, ani ze słyszenia” A. Nothomb, opowiadania Miry Michałowskiej, wszystkie greckie wspomnienia G.Durrella.
6. książkę umieszczamy na półeczce, dzięki której będziemy mieć lekturę w zasięgu moczonej w wannie ręki. Pamiętajmy, że świetnym meblem zastępczym jest sedesik z zamkniętą klapą.
7. Zanim sięgniemy po książkę, wycieramy dłonie w uprzednio przygotowany ręcznik.
8. Pamiętajmy, że gęsia skórka i dzwoniące zęby, to sygnał, że czas skończyć kąpiel.
9. Przed opuszczeniem łazienki wynosimy książkę do pokoju. W przeciwnym razie, możemy pewnego dnia zastać w łazience hodowlę mchu lub paproci, mających swoje korzenie w wielu cennych i nieprzeczytanych słowach.

Uwaga; przy pisaniu porad i wskazówek korzystałam głównie z doświadczeń własnych i może się zdarzyć, że pominęłam rzeczy ważne, wskazałam niewłaściwe lektury lub jakieś pominęłam, albo wręcz mylę się w niektórych punktach. Dlatego serdecznie zapraszam do uzupełniania listy poradami płynącymi z waszego osobistego doświadczenia.

Bollybook

„porcja kminku dla zaostrzenia apetytu na życie, laska cynamonu na przełamanie życiowej stagnacji, sok z cytryny na zapomnienie uraz, chili na złagodzenie bólu i kurkuma na uleczenie serca. Listki świeżo zerwanej kolęndry temperują zły humor i powodują jasność myśli, ognisty, pieprzny rasam ogrzewa dusze, a starty kokos daje ukojenie i pociechę. Moczona przez kilka dni tłuczona soczewica, dodana do ciasta na cienkie naleśniki z nadzieniem ze smażonych ziemniaków w sosie masala, daje poczucie dumy i wewnętrznej równowagi. Żółta fasola dodana do toranu z jarzyn zapewnia długowieczność i pomyślność”.

Preethi Nair „Sto odcieni bieli”

 

Nareszcie zrozumiałam, dlaczego kupuję chleb obklejony kminkiem i lubię do wszystkiego pakować cytrynę. I wystarczy popatrzeć za okno na niekończące się posypki śniegu, żeby zrozumieć, dlaczego sięgnęłam po tę książkę właśnie teraz. Jest deszcz, cynamon, chili i łzy, tylko wanilii tu brak, co nadrabiam herbatą o takim właśnie smaku. I czytam sobie tę historię miłości jednej, potem drugiej, wyjazdu z Indii do Londynu, szoku, smutku potem ubóstwa, potem radości, i szoku i smutku i tak w kółeczko, aż się zamknie ostatnia strona, na happy endzie miłym i miękkim, jak ten koc, co mi stopy otula.  

mowa o:

 

rozwiązanie konkursu „czar par”

                                    1                                                  2

czar-par

                                 3                                                 4

Mija miesiąc od czasu, gdy pojawiła się tutaj walentynkowa zagadka. Czyli najwyższy czas na podanie prawidłowych odpowiedzi:

1. Obrazek pierwszy przedstawia słodką Klarę i je przyjaciela, Dziadka do Orzechów, bohaterów książki „Dziadek do orzechów” E.T.A. Hoffman’a. Ta urocza opowiastka zawsze kojarzyła mi się z Bożym Narodzeniem i świątecznym piernikiem. W którym oczywiście nie mogło zabraknąć orzechów. Żałowałam tylko, że do ich łuskania nie służył tak kunsztowny przedmiot jak ten z bajki.

 2. Druga para to Karolcia i Piotr, z „Karolci” autorstwa Marii Kruger. W dzieciństwie zaczytywałam się w tej historii o dziewczynce, która znalazła zaczarowany koralik, spełniający wszystkie wypowiedziane życzenia. Nie muszę chyba mówić, że książka spotęgowała moje zamiłowanie do błyskotek

3. Trzecia para to Ania i Gilbert z „Ani na Uniwersytecie” L.M.Montgomery. Jest to scena gdy Ania daje Gilbertowi kosza, czego zresztą po pewnym czasie gorzko żałuje. To chyba najbardziej romantyczna para z całej prezentowanej czwórki.

4.Czwarta para to Mary Poppins i Bobby, sprzedawca papierosów, z „Mary Poppins” P.L. Tarvers. Miejscem akcji jest kredowy rysunek Bobbiego w który udało im się wskoczyć podczas randki . Mary Poppins to do dziś moja ulubiona postać literacka, bo jak na bohaterkę zwykłej bajki dla dzieci, jest osobą niezwykle „charakterną”.

 Konkurs okazał się dość trudny, do dziś padły tylko dwie poprawne odpowiedzi. Dlatego tym mocniej jeszcze raz gratuluję zwycięzcom: małej formie i Agnieszce Azj.

A wszystkim obiecuję, że nie jest to ostatnia tego rodzaju zabawa na tym blogu.J

gonitwa za wiatrem

Rozczarowanie uchodzi za zło. To nieprzemyślany przesąd. Przez co, jeśli nie przez rozczarowanie, mamy odkryć , czego oczekiwaliśmy i na co mieliśmy nadzieję? I w czym, jeśli nie w tym odkryciu, ma się kryć poznanie samego siebie?

„Nocny Pociąg do Lizbony” Pascal Mercier.

 

Wbrew tytułowi, ta książka nie nadaje się do czytania w pociągu. Wymaga zbyt intensywnej uważności, zbyt szczelnego zamknięcia się w tekście, by dało się ją naprawdę przeczytać w ruchu i hałasie przedziału drugiej klasy PKP. Choć sam początek może zwieść czytelnika, i wzbudzić w nim podejrzenie, że ot, ma przed sobą nową wersję Zafona i czeka go zawrotna i miejscami niedorzeczna akcja, w sam raz na zabicie czasu spędzonego w podróży.

Ta historia  bowiem zaczyna się od zauroczenia podstarzałego nauczyciela języków klasycznych przypadkowo napotkaną w  drodze do szkoły Portugalką. Kobieta zwraca jego uwagę dramatycznymi gestami i pięknem obcych słów, których używa. Gregorius, bo tak nazywa się ów nauczyciel, zabiera ją ze sobą do klasy, a kiedy kobieta wychodzi, decyduje się w jednej chwili porzucić podręczniki, uczniów i szkolne mury. Podąża za nieznajomą,  zostawiając za sobą wszystko i zaczyna błądzić po ulicach Berna, by w końcu trafić do hiszpańskiej księgarenki. Tam wśród rzędów zakurzonych ksiąg, znajduje mały tomik z portugalskim tekstem. Prosi sprzedawcę o przetłumaczenie fragmentu i:

„usłyszał słowa, które wywarły na nim oszałamiające wrażenie, ponieważ brzmiały tak, jakby zostały napisane tylko dla niego, i to nie tylko dla niego, ale dla niego w to właśnie przedpołudnie, które wszystko zmieniło:

Z tysięcy doświadczeń , które zbieramy, najwyżej jedno wyrażamy w  słowach, a i to tylko przypadkowo i bez staranności, na która zasługuje. Wśród wszystkich tych niemych doświadczeń kryją się te, które niezauważenie nadają naszemu życiu formę, barwe i melodię.”

Od tego momentu Gregorius faktycznie zmienia swoje życie. Wyjeżdża do Lizbony i usiłuje dowiedzieć się jak najwięcej o autorze książki, która go zafascynowała. Jest to zadanie tym trudniejsze, że ów zmarł jakieś 20 lat wcześniej.

Książka doktora Prado staje się przepustką do życia i wspomnień otaczających go niegdyś ludzi. Gregarious z tej przepustki skrupulatnie korzysta, zbiera skrawki opowieści o doktorze Prado i notatki, które pozostawił po sobie. Jednocześnie w miarę poznawania faktów o doktorze jak i osobach, które go znały, Gregorius zastanawia się, jak bardzo inaczej mogłyby się  potoczyć jego własne losy, gdyby miał więcej odwagi w realizacji swoich marzeń, jak wyjazd do Persji, czy pisanie doktoratu. Rozważa swoje relacje z rodzicami, była żoną, znajomymi. I gdy pewnego dnia w wyniku konsultacji lekarskiej zmienia okulary, zaczyna widzieć wszystko wyraźniej, zdaje się, że mgła znika sprzed jego oczu nie tylko dzięki lepszym szkłom, ale i przez podążanie śladami autora niepozornej książeczki.   Historia jego poszukiwań jest opowieścią o losach człowieka pragnącego zachować siebie i swoją moralność w czasie reżimu Salazara oraz próbą  podsumowania własnego życia,  a także zbiorem rozważań filozoficznych na takie problemy jak granice ludzkiego poznania, miłość, przyjaźń, szukanie własnej tożsamości.

Przyznaję do razu, że odnośniki polityczne nie specjalnie mnie zachwyciły. Niektóre z notatek Doktora Prado również nie zaskakiwały mnie swoja oryginalnością. Czasem wręcz dziwiłam się, że Gregorius, doskonały znawca greki i łaciny, nie zauważa w nich podobieństwa  chociażby do platońskiej teorii poznania. Czasem drażnił mnie zbyt koturnowy ton powieści. Bywało, że wbrew porównaniu autora  słów do wyrobów złotniczych dla mnie były one raczej tworami branży kamieniarskiej: przypominały bardziej ostre i zimne granitowe posągi, niż jubilerskie cacka.

Co w takim razie sprawiło, że uważam tę powieść za dobrą? Może mój sposób jedzenia pączków? Otóż pączki nie należą do słodyczy za którymi przepadam, jednak zwykłe zjadam je szybko i w całości. Dlaczego? Bo wiem, że po oblizaniu lepkiego lukru, po przełknięciu mdławego ciasta, trafię na kilka kęsów mojej ulubionej różanej konfitury, która na długo pozostawi mi swój aromat w ustach. A w tej książce podobnych jej smaków nie brakuje.

 Mowa o:

pociag-do-lizbony-5