Kategoria: ULUBIONE

znowu Marta

Po dosyć ciężkiej i melancholijnej lekturze Brookner miałam ochotę na coś lżejszego kalibru. A że czekała na mnie kolejna Grimes, mój wybór był więcej niż oczywisty. I faktycznie. Było lekko jak nigdy. Po pierwsze w tej części przygód Jurego mocno świeciło słońce,  i mogłam się nacieszyć, angielskim co prawda, ale jednak latem. Po drugie autorka wreszcie zrezygnowała z dosyć meczącego obyczaju tłumaczenia who is who i nawiązywania do poprzednich części cyklu. Tak więc nie było żadnych wstecznych, akcja szła tylko na przód i na pewno wpłynęło to dodatnio na wartkość czytania.

A co u samego nadinspektora? Otóż razem z przyjacielem Melrosem mają szansę spotkać swoje dawne miłości. Ze względu na brak wyjaśnień w tej części, nie mogłam za bardzo pokojarzyć na czym problemy uczuciowe obu panów polegają. Pamiętałam tylko, że rozwiązywanie zagadek kryminalnych szło im znacznie sprawniej niż rozgryzanie zawiłości natury sercowej. Tym razem idzie im nie lepiej i chyba nie zdradzę za wiele, gdy powiem ze obydwu kolegów spotyka po raz kolejny w tej dziedzinie zawód (a swoją ścieżka, zauważyliście słabość obydwu przyjaciół do dziewcząt w powyciąganych swetrach?). Nie mają zresztą zbyt wiele czasu na rozpamiętywanie, bo jak zwykle, trup ściele się gęsto i zaczynają rosnąc obawy, że morderca w końcu wyczerpie zasoby osób niesympatycznych i zacznie uśmiercać i milszych członków pewnej amerykańskiej wycieczki. Bo to właśnie uczestnicy ekskluzywnej wyprawy do Anglii padają ofiarą zbrodni, jak i również ostrego pióra Gimes, która nie szczędzi złośliwości swoim rodakom. Jakby komplikacji było mało, Melrose ma szansę uczestniczyć w jeszcze jednym śledztwie. Zostaje mianowicie wciągnięty w poszukiwania przyczyn śmierci niejakiego Christophera Marlowe’a, współzawodniczącego z Szkespirem o miano najlepszego poety epoki elżbietańskiej. Oprócz sporej dawki informacji z życia Szekspira i jego współczesnych, kilku wersów poezji, są oczywiście i koty i dzieci i puby. Całość nieodmiennie, jak to u pani Grimes bywa, łączy się w całkiem przyjemne czytanie na czas pierwszych chłodów.

mowa o:

Dirty duck 1

Reklamy

powody zachwytów

Czasem wszakże zdarzają się czytania , od których jeży się i drży puch na karku, nieistniejąca sierść, gdzie każde słowo pali i świeci, twarde, wyraźne, nieskończone i dokładne, jak ognisty kamień, jak gwiezdny punkt w ciemności.

 A.S. Byatt „Opętanie”, str 491.

Od dawien dawna nie czytuję romansów. Zresztą nigdy nie byłam zbyt gorącą ich entuzjastką. Opis na obwolucie książki zapowiadający zawiłą historię miłosną działa na mnie zazwyczaj odstręczająco. Tym razem jakoś się nie zniechęciłam. Może dlatego, że nie do końca uwierzyłam podtytułowi (obecnemu w angielskiej wersji tylko) „A Romance”. A może dlatego, że właśnie dałam się zwieść obietnicy klasycznego, czystego romansu, romansu doskonałego, spełniającego wszelkie oczekiwania jakie niesie w sobie to hasło? Dość, że zaczęłam czytać, że nie mogłam się od tego czytania uwolnić, że obietnica została spełniona z nawiązką.

Już sam początek całej historii był zapowiedzią niesamowitej przygody literackiej. Oto w Bibliotece Londyńskiej nad starym tomem przesiaduje młody doktorant, przerzucając sfatygowane strony w poszukiwaniu informacji o interesującym go poecie epoki schyłku romantyzmu, Randolphie Ashu. Nagle, spomiędzy starych rachunków i notatek wychylają się szkice dwóch listów. Są adresowane do kobiety, którą poeta miał okazje spotkać na jakimś przyjęciu. Z treści wynika, że był więcej niż zauroczony jej osobowością i inteligencją. Zaintrygowany Roland (bo tak ma na imię ów grzebiący w papierach naukowiec) w jednym momencie decyduje się ukraść listy. W ten sposób rozpoczyna się fascynująca historia śledztwa w sprawie dawnej i dotąd nieznanej światu przygody miłosnej. Opowiedziana za pomocą listów, fragmentów pamiętników i wierszy dawnych kochanków, a także domysłów tych, którzy ja badają.

Jednak sam romans sprzed wieków stanowi tylko oś, wokół której zaczepione zostają inne wątki, rozważania czy wręcz dyskursy naukowe. Ta książka jest bowiem gęsta od aluzji, mocno aromatyzowana feminizmem i przyprawiona wybornym poczuciem humoru. Nie pamiętam kiedy ostatnio spotkało mnie tyle czytelniczych przyjemności. Niezwykle udane pastisze poematów epoki romantyzmu tchną tu i ówdzie duchem Emily Dickinson. Poszukiwania śladów dawnej miłości przypominają akcję zawiłej zagadki kryminalnej. Perypetie młodszych i starszych badaczy życia i twórczości tajemniczych kochanków dają posmak tak lubianej przeze mnie powieści akademickiej. Jest tu jeszcze przepiękny język, szczegółowość opisów, barwność postaci. I delikatny optymizm, wiejący z finału książki, przekonanie o subtelnej celowości wydarzeń pozornie bezsensownych czy tragicznych. Chyba po prostu trafiłam na moja Doskonałość Roku 2009!

Jestem z moim entuzjazmem szczera, ale i bardzo opóźniona. Książka została nagrodzona Bookerem w roku 1990. Niemalże dwadzieścia lat poślizgu to szmat czasu. Zdaje się jednak, że mogę mieć szansę na wykazanie się lepszym refleksem w najbliższej przyszłości. Z wielką satysfakcją oznajmiam bowiem, że dzisiaj ogłoszoną, tzw. krótką liste Bookera 2009 otwiera „The Children’s Book” Byatt. I choć nie dane mi było poznać jej treści (książka jest ciągle nieosiągalna na rynku polskim nawet w wersji oryginalnej), to ze względu na doświadczenia z właśnie zakończoną lekturą, mogę śmiało powiedzieć, że swojego faworyta do tegorocznej nagrody już mam.

mowa o:

of roses and mistakes

 Czy to naprawdę ja powiedziałam, że Grimes jest kolejnym wcieleniem Christie? Po przeczytaniu jej kryminału w oryginale, musze zrobić to, czego nikt nie lubi: przyznać się do błędu. Martha i Agatha to językowo dwa światy, ten drugi mogę polecić do zwiedzenia  wszystkim stawiającym pierwsze kroki w nauce angielskiego, ten pierwszy opatrzyłabym tabliczką z napisem „not for biginners”. Styl Grimes nie ma w sobie nic z prostoty wypowiedzi Christie, jest najeżony skomplikowanymi metaforami, zdaniami wielokrotnie złożonymi, wreszcie zwrotami idiomatycznymi, do których sedna dotrzeć się tak do razu nie da. Nie ma co tu liczyć na lekkie przebieganie wzrokiem kartek, przez te wersy trzeba się trochę poprzedzierać, nadwyrężyc wzrok i wiarę w swoją biegłą znajomość angielskiego  (do dziś prześladuje mnie pytanie, czym tak naprawdę są „fairy cakes”, którymi zajada się ciotka Agatha). Przy okazji – szacunek dla tłumacza, który nie uronił nic ze stylu Grimes, a nawet powiedziałabym, że delikatnie go ‘dosmaczył’ w polskich wersjach jej książek. 

Myślę, że seria o Inspektorze (a właściwie nadinspektorze, bo Jury uzyskuje wreszcie zasłużony awans) nie skończy się na dwóch pierwszych tomach i wkrótce będziemy mogli zobaczyć na półkach księgarń trzecią część jego przygód. Na pewno nie zawiedzie ona tych, którym pierwsze dwie przypadły do gustu. Mamy tutaj kolejne prowincjonalne miasteczko Anglii z galerią jej mniej i bardziej dziwacznych mieszkańców. Nie będę zdradzała szczegółów, żeby nie psuć przyjemności wyczekującym czytelnikom,. Powiem tylko, że odniosłam wrażenie, że ten tom jest bardziej melancholijny od pozostałych, przesiąknięty głębszym smutkiem  utraty i poczucia nieodwracalności losu.  Akcję jednak niezawodnie ożywiają koty, bywalcy pewnej lichej knajpy i bardzo nieznośna dziewczynka, dzielnie wspierająca naszego (nad)inspektora. Z którym zdecydowałam się rozstać na jakiś czas, tak może do jesieni? Jak by nie było Absence makes the heart grow fonder 😉.

mowa o:

moors

Rackmoor leżało w rozpadlinie skalnej, zwrócone frontem do morza Północnego, a tyłem do wrzosowisk. Wyglądało tak, jakby skrywało jakąś tajemnicę, a nawet winę.  

M.Grimes  „ pod przechytrzonym lisem”  

To się już chyba powinno nazwać uzależnieniem. Ilekroć spoglądam na kolejną okładkę przygód inspektora Jurego, przypomina mi się pewien angielski kolega,  który wyjadając  ostatnie krakersy pudełka mamrotał spuszczając oczy „”I know I am a pig but they are so morrish”. Taką właśnie reakcje wywołują we mnie kryminały Grimes z angielską prowincją w tle, nigdy nie mam dość, wyczytuję do ostatniego słówka i chce mi się więcej i więcej. Przez te namiętność dałam się zagnać w najdalsze zakątki hrabstwa Yorkshire, i wpadłam w wątek kryminalny jak w zaspę. Bo śniegu, mgły i lodowatych wichrów w tym tomie nie brakuje. Jest też wspaniała kolekcja  angielskiej śmietanki towarzyskiej i dziwaków przeróżnych. Moim faworytem był dwunastoletni Bertie, który wraz z psem gospodarzy sobie, dzieląc sprawiedliwie plasterki bekonu i rozwiązując po kawałku zagadki kryminalne. Jest też mój ulubiony były lord Melrose, kilka starych panien i lekkomyślna matka. Trup też oczywiście jest, pojawia się malowniczo w noc Trzech Króli i jak to zmarli śmiercią nienaturalną zwykle robią, przyczynia się do niezłego zamieszania w niewielkim miasteczku.  

Nie musze chyba mówić jak wartko mi się czytało, jak miałka mi się wydała moja własna zaokienna zima w porównaniu z tą demoniczną i stylową  w Rackmoor. Przyznam się tylko, ze po przewróceniu ostatniej kartki zaraz pognałam zamówić „The Anodyne necklace”. Trochę droższa od ciastka, ale równie mocno moriszowata.

mowa o: