Kategoria: NA MARGINESIE

my precious

    skarby-43

Po malutku, po cichutku uskładałam sobie skarbeńków – ze źródeł przeróżnych. I tak dzięki świątecznym odwiedzinom mam zdobyczne „Pary” Updike, a z biblioteki przytargałam przebój bardziej niż minionego lata, czyli „Faktorię jedwabiu”. „Przeprawę” Zientarowej już przeczytałam, podobnie jak biografię Marleny, zakupioną w ramach przymusu Klubu Świata Książki ( się wkopałam, wbrew głębokiej awersji do zobowiązań wszelkich!). Miller przypałętał mi się zupełnie niespodziewanie (uwiodła mnie okładka), natomiast „Paryskie pasaże” i druga część Klubu Filozoficznego McCall Smitha to zakupy długo planowane.
Nie wiem kiedy tego Rutkowskiego zresztą przeczytam, a to nie z powodu braku czasu problem będzie, tylko z jakości wydania. Jest takie piękne, że wypadałoby przed użyciem założyć białe bawełniane rękawiczki a’la Anthea. Jednak chyba perfekcyjną czytelniczką nie zostanę i zaryzykuję kontakt ostrożny , lecz bezpośredni.
„Pchli pałac” to efekt recenzji Piotra Kofty, któremu jakoś wybaczyłam użycie terminu „literatura kobieca” (co myślę o tym „pojęciu” napiszę kiedyś w osobnej notce, obiecuję, przede wszystkim sobie ;)) i uwierzyłam, że książkę poczytać warto. Zresztą nie nastąpi to czytanie zbyt szybko, bo właśnie ugrzęzłam po uszy w Adzie Nabokova. Jest dziwnie ale pięknie, wiec się nie spieszę z wychynięciem na powierzchnie literackich fantazji Wladimira.
Za to w ramach przerywnika na pewno obejrzę jutro „Koronczarkę” z zachwycającą w tej roli Isabelle Huppert na TVP Kultura. A pod wpływem innej, serialowej, adaptacji kupiłam jeszcze „Powrót do Brideshead”. Który podobno został ostatnio zekranizowany, o czym w naszych kinach głucho. No cóż, dobrze, ze chociaż Prószyński jakoś ten fakt uczcił i wznowił tę powieść, po której sobie obiecuję powrotu do Gosfrod Park.

Nie zapomnijcie-TVP Kultura, 16.04.2009, godz 20.00

rozwiązanie konkursu „czar par”

                                    1                                                  2

czar-par

                                 3                                                 4

Mija miesiąc od czasu, gdy pojawiła się tutaj walentynkowa zagadka. Czyli najwyższy czas na podanie prawidłowych odpowiedzi:

1. Obrazek pierwszy przedstawia słodką Klarę i je przyjaciela, Dziadka do Orzechów, bohaterów książki „Dziadek do orzechów” E.T.A. Hoffman’a. Ta urocza opowiastka zawsze kojarzyła mi się z Bożym Narodzeniem i świątecznym piernikiem. W którym oczywiście nie mogło zabraknąć orzechów. Żałowałam tylko, że do ich łuskania nie służył tak kunsztowny przedmiot jak ten z bajki.

 2. Druga para to Karolcia i Piotr, z „Karolci” autorstwa Marii Kruger. W dzieciństwie zaczytywałam się w tej historii o dziewczynce, która znalazła zaczarowany koralik, spełniający wszystkie wypowiedziane życzenia. Nie muszę chyba mówić, że książka spotęgowała moje zamiłowanie do błyskotek

3. Trzecia para to Ania i Gilbert z „Ani na Uniwersytecie” L.M.Montgomery. Jest to scena gdy Ania daje Gilbertowi kosza, czego zresztą po pewnym czasie gorzko żałuje. To chyba najbardziej romantyczna para z całej prezentowanej czwórki.

4.Czwarta para to Mary Poppins i Bobby, sprzedawca papierosów, z „Mary Poppins” P.L. Tarvers. Miejscem akcji jest kredowy rysunek Bobbiego w który udało im się wskoczyć podczas randki . Mary Poppins to do dziś moja ulubiona postać literacka, bo jak na bohaterkę zwykłej bajki dla dzieci, jest osobą niezwykle „charakterną”.

 Konkurs okazał się dość trudny, do dziś padły tylko dwie poprawne odpowiedzi. Dlatego tym mocniej jeszcze raz gratuluję zwycięzcom: małej formie i Agnieszce Azj.

A wszystkim obiecuję, że nie jest to ostatnia tego rodzaju zabawa na tym blogu.J

Czy Pani robi „cha, cha”?

„Żadna książka nie ma szans podbić mojego serca, jeśli choć raz się przy niej nie zaśmieję” mówi w swoim ostatnim artykule mój ulubiony dziennikowy recenzent, Piotr Kofta.
I zaczęłam się zastanawiać, czy mogę się z nim zgodzić. Już na wstępie musze dokonać małej korekty – zamiast śmiechu wstawić uśmiech, bo czytam jakoś tak bardziej do wewnątrz, emocje przy przyswajaniu literatury nie buzują we mnie aż tak, bym  wybuchała niepohamowanym chichotem lub łkaniem. Przeglądam książki, które opisałam choćby dotychczas i powoli, i po części zaczynam się zgadzać z Piotrową tezą. Jakaś odrobina humoru, jedynie przebłysk maleńki „uczłowiecza” dla mnie książkę. W „szczęśliwych dniach” z satysfakcją wyłuskałam ten fragment przygotowań do Świąt: „Dwaj mężczyźni w kombinezonach stawiają choinkę, która skrępowana siatką, przypomina cyprys”. W nader poważnym w wymowie „Nocnym pociągu do Lizbony” (pełna recenzja będzie niebawem, bo już kończę czytać)  nie mogłam przejść obojętnie koło takiego zdania: „religię, w której centrum stoi scena egzekucji, uważam za odpychającą -powiedział kiedyś- Wyobraź sobie, że byłaby to szubienica, gilotyna lub garota. Wyobraź sobie, jak by wtedy wyglądała nasza religijna symbolika”. Zgodnie z życzeniem autora natychmiast wyobrażam sobie każdą szkolną klasę w naszym kraju z szubienicą nad biurkiem nauczyciela. Nie porwał mnie śmiech perlisty na ten obraz, ale nie mogłam powstrzymać leciutkiego wahnięcia kącików ust w górę. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Pan K, zachwyca się śmiesznością „Zapisków z małej wsypy”, której humorystyczny charakter miał udowodnić fragment cytowany w poprzednim wydaniu Dodatku Kulturalnego do Dziennika. Tylko, że podczas czytania tego urywka nawet się nie uśmiechnęłam. Bo ja nie chcę, żeby autor co drugie zdanie usiłował być zabawny, nie chce komentarzy, opisów osób i sytuacji, przy których wirtualnie postawił gwiazdkę „szalona radość czytelnika”. Przy tego rodzaju lekturze zanoszę dziękczynne modły, że do książek nie można, wzorem seriali komediowych, dać podkładu chóralnych śmiechów. Bo Drogi Autorze ja nie chcę, żebyś mnie dźgał palcem w brzuch, nietrzęsący się od śmiechu, na siłę mi kazał zęby wyszczerzać, walił tortem w portrety swoich bohaterów. Lepiej nagle zamachaj przed nosem niezwykłym skojarzeniem, nieużywaną nigdy metaforą, pomysłem na pokazanie rzeczywistości. Zaskocz mnie jak najbardziej znienacka, a wdzięcznie uśmiechnę się na pewno.

 

 

craving

Niby powinno się mówić po polsku, ale są słowa które zastąpić mi trudno. Na przykład takie craving: nie oznacza po prostu tęsknoty, nie oznacza też byle jakiej zachcianki.

I get this craving

for my mother food,

I leave art Galleries

in search of plantains

saltfish/sweet potatoes

mówi Grace Nichols i już wiem, ze jest to głęboko zakorzenione w niej pragnienie i nie odzyska spokoju, póki go nie spełni. Dlatego nie mogę powiedzieć ,że po prostu mam ochotę, o nie, ja mam autentyczny craving na jakąś książkę w ciemnej okładce i z przeciągami, bohaterem o zmarzniętych stopach, który jest trochę głodny, trochę zmęczony  i szuka czegoś, czego być może nie odnajdzie do ostatniej strony. Wbrew temu, że zima, że śnieg, że minus 7, unikam przegrzanej kuchni  w „stu odcieniach bieli”, mam nawet dosyć ciepła Babcinego saloniku „lali”, nie kusi mnie aromat rosołu pichconego przez adiutanta Napoleona w „Namiętności’  i pure z ziemniaków którym zajada się Emma.  

Pozostaje mi skręcić kaloryfer, albo iść do biblioteki ;-).