Kategoria: BIOGRAFIE

na Stawisku

Bułgarskie róże

Swego czasu dałem mu do oceny moje wprawki poetyckie. Spojrzał spod oka i z namaszczeniem rozpoczął – Bo musisz wiedzieć, że dla poety najważniejsze to …- zawiesił głos, a ja z niepokojem czekałem na słowa Mistrza – To…bogato się ożenić! I na tym właściwie skończył lekcje.
Piotr Mitzner „Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie” Str 14

Nie wierzyłam, że na niecałych 150 stronach tej malutkiej książeczki pomieści się historia ponad pięćdziesięcioletniego związku małżeńskiego. A jednak! Mam wrażenie, że znalazło się tu wszystko, co było najistotniejsze w małżeństwie Iwaszkiewiczów. Na dodatek opowiedziane z taktem, ale bez owijania w bawełnę. Jest wiec poruszony temat i homoseksualizmu Jarosława i choroby psychicznej Anny, jak i obecnie niepopularnych, politycznych skłonności pisarza.
Niewątpliwie uroku i wiarygodności całej opowiastce dodają świetnie dobrane cytaty z pism głównych bohaterów oraz wypowiedzi im współczesnych. Na równych prawach znalazły się tu dywagacje pisarza, jak i wspomnienia gospodyni o obyczajach panujących na Stawisku.
Wszystko to sprawia, że można te książkę potraktować jako cenne kompendium wiedzy o Iwaszkiewiczach. Lub jako doskonały wstęp do bardziej wnikliwej lektury dzienników pisarza i jego żony.

mowa o:

 Iwaszkiewiczowie 1

Reklamy

niewyczesana

Potargana 1

Miewała też chwile, w których lepiej było się do niej nie zbliżać, by nie zaburzyć jej zanurzenia w sobie. Nie zakłócić podróży w wewnętrzną dal. Piosenki – fenomenalne katharsis dla smutku – szlifowały go i puszczały w świat.
Ula Ryciak Potargana w miłości, O Agnieszce Osieckiej, str 392

Dzięki Ci, o Opatrzności Czytelnicza, że nie dałaś mi wziąć tej książki do wakacyjnej walizki! Wielkie by poczyniła pustki tekstem swoim w nastroju kanikuły mojej.
A tak zawód został odłożony na czas, kiedy to sadowiąc się z książką na balkonie naiwnie sądziłam, że czeka mnie bal nad bale, bo przecież życie Osieckiej niczym innym nie było. A tu ani bąbelków ani serpentyn, jedynie smętna potańcówka przy kiepskiej żarówce zrobiona.

Potargana 6
Niczego nie widać wyraźnie, ni bohaterki ni jej znajomych. Miłości jej życia niby wzięte pod reflektor, ale jakoś tak od tyłu, że ciężko się domyślić o kogo chodzi i dlaczego najpierw dobrze szło, a potem się rozeszło. W mętnym świetle majaczą też podróże nie wiadomo jak, przez kogo i do kogo organizowane. Bo czasy Agnieszki, to przecież okres, kiedy paszport nawet przyśnić się niektórym nie mógł, bo nigdy na żywo nie widziany, był abstrakcją tak czystą, że niemożliwą do wyobrażenia.

Potargana 4
Tymczasem panna Osiecka robiła fru do Paryża, do Niujorku Londynu czy jakiejś Genewy, bez większego problemu. Więcej niż tekst, w tej kwestii wyjaśnia zdjęcie publikowane w książce, na którym Mieczysław Rakowski (w kąpielówkach) wpatruje się intensywnie w udo Agnieszki (w bikini). Skąd i jak ci Państwo się znali autorka nie pisze.

Potargana 2
Za to z lubością ciągnie temat analizy psychologicznej swojej bohaterki, snując takie na przykład dywagacje: „O Ile miłość nieustannie szkicowała wyboiste parabole na współrzędnych jej życia, o tyle wolność –być może jako jedyna kategoria w jej życiu -stanowiła niezmienną wartość”(ibidem. str 281).

I tu wychodzi kolejny, chyba największy problem jaki miałam z tą lekturą. Styl, w jakim została napisana. Wyboisty właśnie, najeżony hiperbolami, przenośniami, uniesieniami, usztuczniony poetyką, zaśmiecony romantyką. Aż mi nieraz ciarki po plecach chodziły, że tak jeszcze w naszych czasach pisać można. Czytając, wznosiłam coraz to oczy do nieba, zerkałam w górę na chmury i zaprzyjaźnionego pająka, który w rogu balkonu albo tańczył tango albo pukał się w czoło. Do dziś nie wiem, jak jego komentarz do mojej lektury zinterpretować.

Potargana 3
A jakby komuś było trudno mój komentarz zrozumieć, to powiem jasno: Książki nie kupować! Jak Was życiorys Osieckiej kręci, idźcie do księgarni, schowajcie się w półki, przeczytajcie Potarganej ostatni rozdział, w którym dobrze jest dzieciństwo i początki Osieckiej napisane (tak jest, żeby było dziwniej, początek jest na końcu), potem obejrzyjcie zdjęcia i spokojnie na półkę książkę odłóżcie. Nic przez to nie stracicie, a wręcz zyskacie cztery dychy z okładem i czas na czytanie czegoś naprawdę dobrego.

mowa o:

Potargana

skurczybyk, poeta, nihilista

Charles

Kiedy Sam Cherry przyjechał na North Mariposa Avenue, Bukowski starał się zapozować na twardziela, chwaląc się, że zabił pięć osób.
-Daj spokój, nie wciskaj kitu, Bukowski – odparł Cherry – Ilu ludzi naprawdę zabiłeś?
Bukowski napił się, spojrzał na pękniecie w ścianie i powiedział, że zabił czworo. Cherry zarechotał i po kolejnej chwili milczenia Bukowski skorygował tę liczbę do trzech.
– Po jakichś dwudziestu czy trzydziestu minutach zszedł do zera – mówi Cherry – Bezustannie pieprzył takie bzdury.
Howard Sounes Charles Bukowski w ramionach szalonego życia, Str 66

Pomilczałam trochę, bo miałam kaca. Nie, to nie efekt przeimprezowania Dnia Książki. To skutek ostatniej lektury. Której bohater chla, pije, zapija, i pociąga z butelki na niemal każdej z 240 stron swojej biografii.
Właściwie mogłam się tego spodziewać, że jeśli będzie mowa o Bukowskim, to będzie mowa o piciu. Miałam jednak nadzieję, że i o czymś więcej. Że zza zapijaczonej gęby wychynie delikatna twarzyczka poety, czułego dla słów i ludzi. Tymczasem Bukowski jeśli był czuły, to dla zwierząt, od rybek akwariowych poczynając (opłakiwał śmierć złotej rybki swojej zmarłej dziewczyny) na bezdomnych kotach kończąc (pod koniec życia miał ich co najmniej siedem). Przyjaciół, znajomych swoje dziewczyny, traktował z buta. Osoby mu przychylne często obrażał w prymitywny sposób, kobiety wyzywał, fanów traktował z pogardą. Dziennikarzowi, który z wrażenia podczas spotkania nie mógł wydusić słowa i tylko w przepraszającym geście wyciągnął do Charliego rękę, napluł na nią.
Jednym słowem Charles był dokładnie tym, na kogo wyglądał. Paskudnym sukinsynem. Tyle, że cholernie wytrwałym, bo pisał co dzień swojej maszynie, nawet po szychcie na słynnej poczcie. Umiał też zbudować swój mit autsidera i buntownika w niezwykle konsekwentny sposób. Wiedział, których znajomych naprawdę nie opłaci mu się stracić. Swojego wydawcę, abstynenta (!) traktował dobrze i był mu wierny do końca. No i pisał tak, że trafiał do mas nieudaczników, do wychuchanych chłopców, którzy tak jak on chcieli być twardzielami, do dziewczyn, które marzyły o prawdziwym samcu i wrażliwym facecie w jednym.
Tak naprawdę pod zapijaczonym chuliganem tkwił zatroskany o codzienny byt mieszczuch. Który kiedyś, dzięki przeczytanej książce, wpadł na pomysł bycia dzikusem, enfant terrible amerykańskiej poezji. Powoli i nie bez zdziwienia dowiadywałam się o tym, że podczas rzekomych dziesięciu szalonych lat swojej wędrówki po kraju, Charlie bywał u swoich rodziców i paradował w odprasowanym garniturze przed ich domem. Że kiedy szedł grac na wyścigach, miał wcześniej zapłacony czynsz i odłożone pieniądze na tzw codzienność. I że kiedy wreszcie na swoim pisaniu zarobił, spełnił marzenie swojego życia: kupił okazałą willę na przedmieściach Los Angeles.
Cóż, nie powiem, żeby Charlie wzbudził moją sympatię. Raczej podziw dla swojego sprytu i uporu. Oraz mocnej wątroby, bo nawet w wieku siedemdziesięciu lat potrafił w ciągu wieczora z dwójką przyjaciół wypić siedem butelek wina i szampana.

mowa o:

Charles 1

Sekrety Agathy

zagubione dni

Jej powieści cieszą się nieustającym powodzeniem, ponieważ dają nadzieje, że dobro zawsze zwycięży nad złem, a ich przesłanie podane jest z wdziękiem, humorem i skromnością. Być może jej największym osiągnięciem jest przekazanie kolejnym pokoleniom czytelników wiedzy o świecie, który przeminął wraz z brytyjskim imperium.
Jared Cade Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni, Str 310

Chyba każdy kto dotarł do poziomu intermediate w nauce języka angielskiego, napotkał w którymś z podręczników tekst o tajemniczym zniknięciu Agathy Christie. O poranku 5 grudnia 1926 roku gdzieś na odludziu znaleziono porzucony samochód Agathy, a jego właścicielka rozpłynęła się w powietrzu. Zmaterializowała się 11 dni później, cała i zdrowa, w jednym ze znanych angielskich kurortów. Jak i dlaczego się tam znalazła nie dowiedział się nikt, bo Christie oświadczyła, że uległa utracie pamięci i nie jest w stanie powiedzieć niczego konkretnego na temat całego wydarzenia.
Historia fascynuje od lat nie tylko twórców podręczników języka angielskiego i ich użytkowników. Dowodem jest chociażby pojawienie się niedawno na naszym rynku książki o tych właśnie wydarzeniach. Na początku wahałam się czy ja kupić, bo stwierdziłam, że trzysta stron o niecałych dwóch tygodniach z czyjegoś życia, nawet z życia królowej kryminału, to lekka przesada, robienie z igły widły albo Monteverstu z kreciego kopczyka. Może wiać nudą i zniechęcić niedorzecznością wielorakich przypuszczeń.
Tymczasem książka okazał się miłą niespodzianką. Bo historia zniknięcia staje się pretekstem do napisania biografii Christie, w której następuje odsłona nie tylko tajemnicy zniknięcia pisarki, ale i kilku innych. Dowiadujemy się na przykład o niełatwych relacjach z córką, wielkiej przyjaźni ze szwagierką i przyczynach rozpadu pierwszego małżeństwa Christie. Zostaje też obalony mit o idealnym drugim życiowym związku Agathy z archeologiem, 14 lat od niej młodszym Maxem Mallowanem.
Oczywiście centralne miejsce zajmuje tytułowa zagadka 11 dni, opisana faktycznie z tak dużą pieczołowitością, że można by wręcz zrobić sobie szkice tropów i tropiących. Choć osobiście nie bardzo widzę w tym sens. Co więcej, szczegółowe informacje na temat kto i co zrobił w tej sprawie czasem mnie znużyły. Bez zachwytu przeczytałam też końcówkę książki, gdzie autorowi ulało się sporo nagromadzonej podczas tworzenia książki goryczy (rodzina nigdy nie chciała ujawnić prawdziwych kulisów opisywanego wydarzenia). W rezultacie niezbyt pochlebnie opisał i spadkobierców Christie i innych jej biografów.
Mimo tych mankamentów, 11 Zagubionych Dni będzie  dla miłośników Królowej Kryminału na pewno bardziej satysfakcjonującą lekturą od mdłej i poprawnej autobiografii pisarki, z której tak naprawdę niewiele informacji na jej temat można wyczytać.

mowa o:

zagubione dni 1

Pamela i starcy

muzeum zabawek 3

Pamela kiedyś opowiedziała im historię anioła, który przychodzi do wszystkich nowo narodzonych dzieci i wyjaśnia im znaczenie życia. Ale ciii!, nie wolno im nikomu tego zdradzić. Anioł kladzie palec na ustach dzieci, dlatego wszyscy mamy dołeczek nad górną wargą – to pozostałość po delikatnym dotknięciu palca anioła. 

Valerie Lawson To ona napisała Mary Poppins życie P.L.Travers,  str 358

Jasnowłosa i pucułowata P.L. Travers zupełnie nie przypominała swojej bohaterki, kostycznej Mary Poppins. Może i na szczęście, bo jako złotowłosa dziewoja znacznie łatwiej mogła stać się ulubienicą starszych i wpływowych panów, którzy tak bardzo lubili oglądać siebie w pełnych podziwu oczach młodych panien. I którzy mogli jej sporo pomóc w robieniu pisarskiej kariery.

muzeum zabawek 4

Tak naprawdę PJ Travers nie nazywała się ani Travers ani PJ, tylko Helen Lyndon Goff i nie była Brytyjką, tylko Australijką. Wychowywana przez ciotkę i matkę, w dzieciństwie z rozrzewnieniem wspominała ojca, a biografka chętnie rozszerzyła ten sentyment na mit o pragnieniu autorki uratowania ojca, i jego książkowego alter ego, pana Banksa, przez czarodziejską nianię Mary Poppins. Prawda była taka, że papę Goffa mogła ocalić tylko wszywka esperalu i stałe kontakty ze stowarzyszeniem AA. W XIX wieku nie miał jednak do nich dostępu i zmarł szybko i nieoczekiwanie. Odtąd Lyndon była pod opieką niezbyt odpowiedzialnej matki i rozsądnej ciotki Ellie, która użyczyła potem wielu cech charakteru wspaniałej niani.

muzeum zabawek
Lyndon była dzieckiem z wyobraźnią i wyrosła na pełną fantazji dziewczynę, której marzyła się kariera aktorska. Taka młodość to gratka dla każdego biografa, nie ma to jak żądna przygód bohaterka, która najpierw snuje się po objazdowych teatrzykach, a potem ni stad ni zowąd decyduje się pojechać na drugi kraniec świata, do Londynu. Tam Lyndon nadzwyczajnie dobrze sobie radzi, zaczynając pisać artykuły i wiersze. Z łatwością też zawiera znajomości ze sławami swojej epoki, z których najważniejszą jest irlandzki dziennikarz, polityk i myśliciel, George Wiliam Russell, w skrócie zwany AE.

muzeum zabawek 7

Ta postać zachwyciła nie tylko ówczesną Lyndon, ale i jej biografkę, która z takim zapałem opisuje jego losy, że w pewnym momencie Pamela (czytaj Lyndon) ginie gdzieś w tekście, a czytelnik musi rzucić okiem na okładkę, żeby się upewnić, czyją biografię tak naprawdę czyta. To się potem powtórzy nieraz, to zagubienie głównej bohaterki pod warstwami innych historii i analizami jej twórczości.

muzeum zabawek 6
W ten sposób biografia staje się zbiorem sprawnie opisanych faktów nie do końca na temat. Owszem, fajnie było prześledzić, jak z egzaltowanej poetessy powstała zdyscyplinowana stylistycznie pisarka. Jeszcze lepiej byłoby zastąpić parę z kilkudziesięciu stron opisujących relację Travers z AE opowieścią o jej związku z Marge Brunand, córką wieloletniego wydawcy słynnego Puncha. Darować sobie udowadnianie, jakoby Mary Poppins miała ratować nie Janeczkę i Michasia, ale pana Banksa. I dopowiedzieć, że choć współcześni Travers hippisi nie interesowali się Mary P., to być może sięgali po skręta dlatego, że tęsknili do czarów codzienności będących jej dziełem. I bezpowrotnie im zabranych wraz z dzieciństwem przez jej ulatującą do nieba postać.

mowa o:

Travers 1

nieustraszona

Zawinięta w ogromne futro dla ochrony przed zimnem Nica często otoczona była grupą wielbicieli. Siadała w ulubionym miejscu niedaleko sceny, kładła przed sobą na stoliku Biblię: w środku była ukryta butelka whisky.
Hannah Rothschild „Baronowa jazzu” Str 226

O istnieniu Baronowej, a właściwie miliardreki, która rezydencje zamieniła na jazzowe spelunki, dowiedziałam się przypadkowo. Ot, któregoś jesiennego wieczora przerzucałam znudzona kanały telewizyjne. Zatrzymałam się na czarno białym filmiku, na którym zwariowany murzyn wyczyniał cuda z fortepianem. Obok niego tkwiła eteryczna i elegancka kobieta. Okazało się, że nazywała się Pannonica Rothschild, była „z tych” Rothschildów i wieku czterdziestu paru lat zdecydowała się całkowicie odmienić swoje życie, porzucając męża i piątkę dzieci i przeprowadzając się do Nowego Yorku by towarzyszyć swojemu ulubionemu Jazzmanowi.

Nica 3
Od tamtej pory zakręciłam się na Nicę, i często wzdychałam, jak wielka to szkoda, że na naszym rynku wydawniczym nie można znaleźć o niej nic. Wielka wiec była moja radość i zdumienie, kiedy tego lata, początkiem wakacji wypatrzyłam na księgarnianej półce jej biografie, na dodatek pióra kogoś „z rodziny” a konkretnie ciotecznej wnuczki Niki. Książkę oczywiście kupiłam natychmiast, a przeczytałam trochę później.
Stała się dobrą lekturą na lato spędzane w mieście, dzięki żywiołowej i nieustraszonej bohaterce. Nica od młodości była kobietą nietuzinkową, jako młoda dziewczyna podróżowała sporo, jako młoda mężatka szalała nie tylko na przyjęciach, ale prowadząc własny samochód, a potem i samolot. Wreszcie, podczas drugiej wojny światowej potrafiła samodzielnie i bez szwanku uciec z okupowanej przez nazistów Francji, i przybyć do Anglii ze stadkiem dzieci i służby wyglądając „świeżo jak stokrotka”.
Zresztą tego przede wszystkim od niej oczekiwano i wymagano. By była piękna elegancka, i potrafiła z wdziękiem wspierać karierę wojskową i dyplomatyczną męża. Wystarczało jej to do pewnego czasu, jednak nadszedł moment kiedy miała dosyć i wyruszyła w poszukiwaniu przygód, a właściwie muzyków jazzowych, w świat. Wkrótce poznała Theloniusa Monka charyzmatycznego muzyka, którego wiernie wspierała, a pewnie i kochała, do końca życia.

Nica 2

Tak mniej więcej wygląda historia Nicy opisana przez zafascynowana nią wnuczkę. Która zdaje się, mimo sporego talentu i dostępu do wielu rodzinnych dokumentów i tajemnic, nie do końca dotarła do prawdziwej Nicy. Po części może dlatego, że bohaterem książki jest nie tyle Nica, co cały ród Rothschildów. Jego dzieje są owszem, ciekawe, ale zabierają sporo miejsca, które powinno być przeznaczone głównej bohaterce. W rezultacie Nica umyka autorce, umyka i czytelnikowi. Oszołomionemu zresztą ilością dziwactw i tragedii jakie były obecne i w historii rodu Rothschsildów i czarnych artystów jazzowych drugiej połowy ubiegłego wieku.

mowa o:

Nica 4

święty czy przeklęty

malarz 1

Nowosielski, trwający uparcie na skrzyżowaniu Wschodu i Zachodu, ze swoją abstrakcyjno-surrealistyczną parafrazą ikony, pozostaje dla świata artystą regionalnym, niezrozumianym.
Krystyna Czerni „Nietoperz w świątyni ” Str 351

Będzie pani zadowolona – Oświadczyła Bibliotekarka wręczając mi tę książkę. Zaczekałam z zadowoleniem do pierwszego upomnienia. Wtedy, dodatkowo umotywowana, wzięłam się za czytanie. Jednak zamiast zadowolenia dopadło mnie spowolnienie. Czytałam tę książkę tak długo, że chyba ustanowiłam swój niechlubny rekord w ilości przeczytanych słów, zdań czy stron na godzinę.

malarz 2
Stało się tak nie dlatego, że tekst był szczególnie kiepski. A raczej dlatego, że wymagał specjalnej koncentracji. Najpierw, opisowi początku życia Nowosielskiego towarzyszy bogate tło historyczne i polityczne. Przez co należy rozumieć prezentacje szczególnie zawiłych relacji polsko-ukrainskich okresu międzywojennego. Temat jak najbardziej na czasie, więc wart wczytania. Potem następuje prezentacja losów wojennych malarza, które też nie należały do najprostszych. Wreszcie, gdy wydawało się, że będzie można czytelniczo odetchnąć, bo artysta osiąga sukces zawodowy i życie zaczyna mu się układać, następuje szczegółowe studium wszelkich jego dzieł, których prezentacja, przy braku kolorowych reprodukcji, staje się wysiłkiem jałowym i nie przynoszącym czytelnikowi tej mocy i ilości wrażeń, jakiej autorka pragnęła dostarczyć.

malarz
Na dodatek, po wyczerpujących wysiłkach zrozumienia, jak wielkim geniuszem Nowosielski był, nie dane jest czytelnikowi wypocząć w cichym i miłym zakątku, jakim mógłby się okazać opis domu rodzinny artysty. Tutaj kryją się demony i smutek, małżeńskie awantury i udręczona żona. Co więcej, ma się wrażenie, że autorka rozgrzesza malarza, z każdego, choćby najbardziej oczywistego, przewinienia. Jeśli był alkoholikiem, to przez prostackośc odbiorców jego sztuki. Jeśli zdradzał żonę, to przez jej brak zrozumienia. Jeśli miał skłonności sadystyczne, to przez dziecięce zamiłowanie do zabawy. I tak dalej. Szczerze mówiąc w miarę czytania, coraz mniej wierzyłam biografce, a coraz bardziej współczułam żonie artysty. Która sama zapowiadała się na świetną malarkę, ale niestety sztukę porzuciła z chwilą zamążpójścia. Od tego momentu liczył się tylko Nowosielski i jego dzieła. Czy była to dobra decyzja? Oto co myślała pod koniec życia:

Małżeństwo traktowane naiwnie, po głupiemu. Ten drugi to tylko słaby człowiek, nie żaden anioł ani mędrzec. Mądry, ale w sposób abstrakcyjny. Słaby psychicznie, nie może dać oparcia.Krystyna Czerni „Nietoperz w świątyni”, str. 399
Można by z tych słów osoby, która znała malarza prawie pół wieku, wysnuć różne wnioski. Autorka stawia jeden: opinia żony jest „krzywdząca i niesprawiedliwa”. Mnie natomiast zastanawia tak pozytywne nastawienie biografki do swojego bohatera. Bo choć rozumiem potrzebę stosowania zasady ‘o umarłym mówi się tylko dobrze’, to nie uważam jej za właściwą do stosowania przy pisaniu biografii.

mowa o:

malarz 3