Autor: buksy

Piątek Conrada cz.1 czyli krótka historia o tym, jak chciałam się dowiedzieć co czytają w więzieniach

Conrad 2.jpg

Zdaje się, że muszę trochę moją festiwalową sprawozdawczość przyśpieszyć, bo jak tak dalej pójdzie, to nie dotrę do końca przed pierwszą Conradowską miesięcznicą.

Lecimy więc z kolejną opowieścią, choć przyznaję, że wahałam się, czy więzienie jest tematem na 11 Listopada właściwym. Jednak wydarzenia dnia pokazały, że to zagadnienie z obchodami naszego Święta Niepodległości jest zaskakująco kompatybilne.

Dlatego z czystym sumieniem wracam myślami do piątkowego popołudnia w Czeczotce. Wtedy odbyła się kolejna dyskusja festiwalu Konrada, pod tytułem „Lektura za kratami”. Brzmiał on kusząco nie tylko dla mnie, bo kiedy spytałam, jakie spotkanie chcielibyście mieć opisane na blogu, właśnie to zyskało największą liczbę głosów (czyli aż 4 :D).

Niestety, to wydarzenie było pierwszym zapowiadającym panującą na Festiwalu Conrada tendencję: że nazwa spotkania ma niewiele wspólnego z tym, co się tak naprawdę na spotkaniu dzieje. I tak już na wstępie prowadząca stwierdziła, że za temat uznaje rolę kultury w więziennictwie. Na szczęście pierwsze pytanie dostało się Sywlii Chutnik i była to jedyna osoba, której wypowiedz była zgodna z moimi oczekiwaniami.

Chutnik wspomniała, że dzięki naukom pobranym na kulturoznawstwie była przygotowana do prowadzenia różnorakiego rodzaju zajęć kulturalno –rozwojowych. Jednak w przypadku warsztatów z więźniami się nacięła, bo od razu dali jej do zrozumienia, że jak nie siedziała, to o ich sytuacji nic nie wie. Nie podobały się też osadzonym lektury dobrane przez Chutnik, bo chciała im zaproponować Grzesiuka, Nowakowskiego i Tyrmanda, oraz trochę literatury współczesnej, sądząc, że spodoba im się coś odnoszącego się do ich sytuacji życiowej. Tymczasem była proszona o dostarczenie Małego Księcia albo dziel Coehlo, lub innych książek z przesłaniem bardziej lub mnie metafizycznym.

Po pięciominutowym spiczu Chutnik miał wystąpienie Wojciech Brzoska, który z przyczyn głównie finansowych wziął się za prowadzenie warsztatów poetyckich w więzieniach. Jego historia dotyczyła więźnia o takim talencie literackim, że miał publikacje w Odrze i dwukrotnie został laureatem Konkursu Poetyckiego imienia Jeana Geneta.

Dalsze wypowiedzi były jeszcze bardziej ogólnikowe i nie na temat. Na dodatek, wbrew moim oczekiwaniom, całość nie miała formy rozmowy. Pani prowadząca po prostu wywoływała po kolei uczestników do zabrania głosu, a Ci grzecznie wygłaszali swoje kwestie. Żadnych kłótni, czy chociażby dyskusji. Poziom abstrakcji rósł, a temperatura na sali się obniżała. Do tego stopnia, że całość można było podsumować jedynie wzruszeniem ramion i krótkim ziewnięciem.

mowa o:

Hermes

Ponieważ wszystkie zdjęcia ze spotkania mi przepadły, za ilustracje posłużył Hermes, patron złodziei, w wersji krakowskiej.

Reklamy

Dwa Michały: Michał Drugi czyli Michaśka nocną porą (festiwalową)

Tak się złożyło, że w czwartek tygodnia Festiwalu Conrada miałam kumulację ulubionych Michałów. Z przerwą na Dana Browna, zupełnie nie kochanego przeze ze mnie, ale tak popularnego, że dałam się skusić na udział w spotkaniu z pisarzem. Na szczęście nie tylko ja uległam temu szałowi, ale kilka innych blogerów, którzy podjęli się opisu całego wydarzenia. Dlatego zamieszczam tu link do jednej z bardziej udanych relacji o Brownie, a sama z obowiązku czynienia notki na ten temat czuję się zwolniona.

A teraz przystępuję do rzeczy, czyli opowieści o clou wieczoru, jakim była dla mnie rozmowa z Witkowskim:

Nie wiem dlaczego została ona zaplanowana o godzinie przeznaczonej zwykle na filmy tylko dla dorosłych. 21.30,w dzień powszedni. Późna pora i półtora godzinny odstęp od zakończenia spotkania z Donem Brownem nie były w stanie mnie zniechęcić. Wręcz przeciwnie, po drodze do Czeczotki znajoma zafundowała mi uroczy spacer pod tytułem Kraków by night. Ożywiona zaglądaniem w ciemne bramy i cudze talerze za oknami knajp, dotarłam na miejsce pełna energii i oczekiwań. Takich jak ja było znacznie więcej, kłębił się tłum gości i z trudem wygospodarowałam sobie miejsce w najbliższym rzędzie.

W końcu się rozsiadałam, dyskretnie schowana, za barczystymi plecami jakiegoś pana i z dumą zaczęłam eksponować właśnie przeczytany egzemplarz Wymazanego i ubrane na tę okoliczność skarpetki – w muchomory, a jakże. Kuluary szeptały pytanie w co się na tą okoliczność Michaśka ubierze. Upal w sali tężał, a wszystko spowijał, jak na zamówienie, fioletowy poblask. Czekaliśmy, wpatrując się intensywnie w opalizujący biały stolik, z ustawioną na blacie kartką Michał Witkowski. Po chwili nastąpiło antree.

Pisarz wykorzystał znajdującą się na końcu sali ściankę, i zamiast jak pozostali wbiec boczkiem na scenę, przeparadował wzdłuż rzędów krzeseł, jak model. Szedł powoli, pod drodze puścił uśmiech do jakiegoś blondyna i już był na scenie. Już łapał mikrofon, już wołał kto mu potrzyma iphona, wyjmował kartki z kieszeni i zaczynał czytać. Zaskoczony Kloska grzecznie nadstawił komórkę, u stop pisarza klękło chłopię dzierżące mikrofon.

Przyznaję, że jęknęłam w duchu, bo nie tego się spodziewałam. Czytanie na instagramie mogłam obejrzeć w domu. A nie tarabanić się przez kawał Polski i mroki Krakowa po to tylko, żeby audycję na insta oklaskiwać. Jednak Michaśka czytał żwawo, a tekst był dobrany idealnie, o przygodzie babci bohatera za młodu, gdy się w późny wieczór wyrwała po kryjomu do kina. Gdy tak słuchałam o strachach i niepokojach dziewczęcia błądzącego ciemną ulicą, mnie też ogarniały lęki jak wrócę po nocy sama, tramwajem, na Nowa Hutę. Nie miałam szans, jak ona, dobrego wróża spotkać, nie te czasy, nie te gwiazdy i nie te dorożki. Przy czytaniu o opuncjach i umeblowanych pokojach wymiękłam i zaczęłam się, jak wszyscy na sali, śmiać. Naśmiałam się, nasłuchałam, a potem nastąpiła tak bardzo oczekiwana dyskusja. I byłam szczęśliwa, że postanowiłam na nią zaczekać.

Po pierwsze prowadzący, Szymon Kloska, naprawdę z bohaterem wieczoru rozmawiał, zadawał sensowne pytania, a nie wygłaszał swoje kwestie, jak wielu innych prowadzących spotkania w następnych dniach. Po drugie Michaśka, okazał się sympatycznym, przystępnym facetem, szczerze i bez nadymania mówiącym o swoich książkach i warsztacie pisarskim. Nie silił się na filozofię, za to zażartował, że ma już takie szczęście, że czego się nie dotknie, okazuje się to tematem na marginesie. Mówił o pisaniu Barbary Radziwiłłówny pod dużym wpływem Masłowskiej, czym tłumaczył trudny rzekomo język książki. Tu się trochę zdziwiłam bo akurat język w Barbarze to potęga, ale widocznie jestem czytelnikiem nienormalnym, bo podobno normalny rzucał czytanie po pierwszych 5 stronach, a mnie się podobało od początku do końca. Było jeszcze o tym, jak nauczył się Michaśka tworzyć fabułę, Narracja to owszem, piękny materiał, ale musi z niego, być wykrojona jakaś sukienka, bo dopiero i fason i tkanina mogą zrobić odpowiednie wrażenie. Jako mistrz takiej gładko płynącej, ale z czasem nużącej opowieści został podany Białoszewski.

Mistrzem suspensu był dla Michaśki Dumas, i rozbierając na części pierwsze Czterech Muszkieterów oraz naszyjnik Królowej, znalazł niemal matematyczne wzory, według jakich można utworzyć dobrze sprzedające się powieści. Tu jako ideał podał Mnicha, którego każdy czytał i w którym jest gotowy przepis na sukces literacki. Poczułam się jak głąb, bo nigdy przedtem o Mnichu nie słyszałam. Przez następny tydzień wszystkich dookoła pytałam o Mnicha. Nie znał go nikt. Od razu poczułam się lepiej.

I zaczęłam żałować, że Michaśka nie prowadzi jakiś kursów pisania poczytnej prozy, bo naprawdę dawał wyśmienite rady. Jak ta o konieczności ciągłego poprawiania tekstu. Przyznał, że na przykład Wymazane było cofane z druku kilka razy, bo ciągłe uznawał je za niedobre. I że w Wymazanym znajdują się zalążki jego przyszłych powieści. Niestety, nie będzie wśród nich kontynuacji kryminałów. Tak drodzy czytelnicy, okazuje się, że zamordowaliśmy Drwala, bo druga część serii sprzedawała się słabiej, w związku z czym autor zrezygnował z pisania trzeciej. Bo największy problem współczesnego pisarza, nawet tak dobrego jak Witkowski, to pisać tak, żeby nie zbankrutować. I jednocześnie nie stać się twórcą brazylijskich seriali. Na szczęście Michaśce jakoś się balans złapać udaje.

mowa o:

Dwa Michały : Michał Pierwszy czyli Rusinek na Książkowych Targach.

Rusinek na Targach

Wiadomo, że legendy kiełkują z innych legend. Smok wawelski wylągł się przy Wawelu, Mrożek przy Przekroju, a Michał Rusinek przy Szymborskiej. Odkąd brakuje poetki stał się bytem osobnym, samodzielnie niosącym poezji kaganek. A mnie się bardzo chciało i ten kaganek i tę legendę zobaczyć z bliska.

Dlatego Spotkanie z Rusinkiem było jedyną imprezą tegorocznych Targów Książki, na jaką się wybrałam. Na salę przyszłam wcześniej, zajęłam dobre miejsce i zaczęłam się wokół rozglądać. Moja uwagę zwrócił niepozorny pan w nienowym garniturze, z bródką, przyszarzony siwizną. Podszedł do stolika, sięgnął do torby, zaczął wykładać na blat książki. Kiedy skończył, grzecznie usiadł z boku, a mnie naszła refleksja, jaki ten Kraków jest inteligencki, skoro nawet pan tragarz jest zainteresowany spotkaniem autorskim.

Na dalsze rozmyślania czasu mi brakło, bo wkroczył sam bohater wydarzenia. Wyglądał nieskazitelnie, wymuskany, dyskretnie elegancki, nigdzie niewymięty. Zupełnie jakby go Poetka przechowywała w przeznaczonej na najcenniejsze bibeloty szufladzie z cedrowego drzewa, wyłożonej pergaminem i delikatną bibułką. Najbardziej w tym wszystkim wyróżniała się zwisająca mu z ramienia szara torba z napisem konsTYtucJA.

Rusinkowy ekwipunek

Rusinek rzucił torbę na biurko, a potem w przestrzeń bon mocik o tym, że przydałoby się zielone sukno, mineralna i paprotka. Pani Organizatorka (też szaro – siwa, nie z bródką, ale z koczkiem) spłoszyła się podwójnie, bo żądanie wzięła na serio, a na dodatek ktoś zaczął jej robić zdjęcia z konstytucyjno- kontestacyjną torbą.

Jej niepokój jakoś został ukojony i spotkanie się zaczęło. Nie miało formy rozmowy, tylko wygłoszonej na stojąco przez autora opowieści, co w rezultacie sprawiło, że czułam się trochę jak uczestnik wykładu. Trzeba jednak dodać, że wykładu poprowadzonego z wdziękiem, lekko i dowcipnie.

Rusinek i Fistaszki

Najpierw usłyszeliśmy kilka słów o tym, jak Rusinek zaczął przygodę z tłumaczeniami. Okazało się, że „Wiersze dla Krzysia” A.A. Milne’a (autora Kubusia Puchatka) były trzecią tłumaczoną przez niego książką i że początkowo o ich przekład Ilg poprosił Szymborską, ta jednak odmówiła. A że Rusinek akurat coś robił w tym samym pokoju, w trakcie toczącej się na ten temat rozmowy, Ilg od niechcenia rzucił do niego „A może Ty byś to zrobił?”.

Rusinek zażartował, że wobec takiej zachęty wyraził zgodę. I tak się potoczyło. Dowiedzieliśmy się o niuansach współpracy nie tylko z autorami ksiazek dla dzieci, ale i ze śpiewakami, bo Michał porwał się kiedyś na tłumaczenie musicalu. Okazało się, że w tym przypadku największym problemem było nie dobranie odpowiednich ekwiwalentów językowych ojczystej mowy, tylko właściwych do śpiewania samogłosek!

Rusinek z ksiażka

Usłyszeliśmy także, dlaczego Rusinek nie zdecydował się przetłumaczyć dzieł Conrada (trauma z dzieciństwa spowodowana wisząca nad łóżkiem półką z dziełami zebranymi autora Jądra Ciemności) i jak mu się współpracowało z Keretem ( pisarza okazał się wyjątkiem od reguły, że najlepiej tłumaczyć autorów nieżyjących).

Cały czas było zabawnie i miło, czułam się trochę jak spotkaniu w niegdysiejszym Wisławowym saloniku. Zrozumiałam jeszcze lepiej, czym Michał Rusinek zauroczył Szymborską. I dlaczego poetka mogła tak długo z nim współpracować.

A największe zdziwienie przeżyłam na końcu, gdy domniemany Pan Tragarz nagle wyskoczył na środek sali, pochwycił mikrofon i zaczął się przedstawiać. Jako jeden z Prezesów Stowarzyszenia Tłumaczy.

mowa o:

Rusinek i Peter Pan

Festiwal Conrada, Targi Książki i Dylemat Blogera

targi.jpg

Zarzekałam się kiedyś jak żaba błota, że na Targi Książki więcej do Krakowa nie pojadę. No i nie dotrzymałam słowa. Już w czwartek rano wskoczyłam w pociąg i pognałam w stronę literackiej stolicy, jak ostatnio mieni się gród Kraka. Na Brackiej padał deszcz, orkan powiewał nad Festiwalem Conrada, a mnie już przy wejściu na halę Targów udowodniono, że literatura to niebezpieczna sprawa. Przebadano mnie dokładniej niż przy bramkach na Okęciu! Na szczęście nie miałam przy sobie ani pilniczka, ani butelki z wodą, a długopis jeszcze nie jest uważany za potencjalne narzędzie zbrodni.

Po małym zamieszaniu, jakie spowodował mój ekobilet, mogłam wreszcie zacząć błądzić po Targach. I tu mnie czekało miłe zaskoczenie, bo oprócz wystawców, o godzinie trzeciej w południe, w dzień powszedni, w hali osób było niewiele. Gorzej, że stoisk było tak dużo, że zaczęłam się bać, że się zgubię, zaginę w ich labiryncie. I że nie dotrę do jednego z celów mojej wędrówki, jakim miało być spotkanie krakowskiej legendy.

Ale się udało. Jak i wiele innych zamierzeń. O czym mam nadzieję niedługo tu  opowiedzieć. Mam tylko problem z decyzją. Czy robić to po kolei, chronologicznie, dzień po dniu (a dni były cztery), spotkanie po spotkaniu (a było ich w sumie 10)? Czy tez wybrać najciekawsze, a blogowanie o reszcie sobie darować?

Może mi podpowiecie? Dla ułatwienia powiem, że mam do zaoferowania opisy takich imprez jak:

  1. spotkanie z Michałem Rusinkiem,
  2. spotkanie z Danem Brownem,
  3. spotkanie z Michałem Witkowskim,
  4. rozmowa o lekturach za kratami,
  5. spotkanie z Klementyną Suchanow, autorką biografii Gomborowicza Ja Geniusz,
  6. dyskusja o anatomii Samobójstwa,
  7. rozmowa z irańskimi pisarzami o perskich opowieściach,
  8. rozmowa z Siri Hustvedt,
  9. rozmowa o nowoczesnych prowincjałkach z Wiolettą Grzegorzewską i Weroniką Gogolą
  10. Wykład galowy Siri Hustvedt

Pytanie brzmi: Co z tego Was najbardziej interesuje?

kogo chcecie zobaczyć na tym miejscu:

Conrad

 

Utracone geny Ludwiki W.

Ludzi przestaje interesować, kim jestem, tylko czyją jestem prawnuczką. Zważywszy, że chodzi o czwarte pokolenie, może to sie wydawać zabawne, ale rzeczywiście spotkałam się z tym kilkakrotnie i nie było to miłe doświadczenie.

Ludwika Włodek „”Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów”, str. 6 

To chyba głupie, a przynajmniej niemądre, robić reaktywację, czy tam reanimację bloga, od książki kiepskiej. Ale to przez nią częściowo popadłam w notkowy stupor, więc muszę ją wreszcie z kolejki czekających na opis wykreślić.

Powiem tylko, że na pomysł jej kupienia wpadłam sama, na pomysł czytanie już nie. Zostałam do tego nakłoniona. I jak się tak nad kartkami pochyliłam, to już w tej pozycji, czytelniczego przykurczu, zostałam.

Jego powód, to zdziwienie ze prawnuczka takiego dobrego pisarza tak bardzo władać piórem nie umie. A jednak! Najlepsze momenty opowieści potomkini Iwaszkiewcza to te, gdzie autorka cytuje prababcie Anię lub pradziadzia Jarka. Reszta jest udręką, grzechem ciężkim przeciwko literaturze. Bez składu i składni, bez humoru, bez radości, napisanym tekstem. Już lepiej by było oddać głos samym wymarłym Iwaszkiewczom, żywym pozostawiając jedynie wybór tekstów.

Niestety, czy to z finansowej, czy to z duchowej potrzeby, prawnuczka Jarosława postanowiła zostać pisarką. No i pech chciał, że to postanowienie zrealizowała. Mogę się założyć, że gdyby ktokolwiek z nas, drodzy blogowicze, tak napisaną książkę zamejlował do wydawnictwa, zostałby potraktowany szybkim deletem.

Tymczasem nazwisko, pochodzenie, marka, zadziałały tak, że nikt nie zastanawiał się nawet nad tekstem, co najwyżej nad doborem zdjęć. Wystarczy książkę przejrzeć, by dojść do takiego wniosku.

Czytanie stanowczo odradzam, szkoda tych chwil z waszego życia, które możecie spożytkować na lekturę czegoś naprawdę dobrego. I tą konkluzją kończę dywagacje o Opowieści prawnuczki Jarosława, bo nie chcę się więcej nad dziewczyną znęcać. W końcu to nie jej wina, że została tak doszczętnie wydziedziczona: i z pięknego Stawiska i z pisarskiego talentu.

mowa o:pra

 

Powody i dowody

chata.jpg

 

No, proszę proszę! Cudowne dziecko Scotland Yardu, jeszcze cuchnące krwią po ostatniej sprawie, przybywa jak na zawołanie!

P.D. James Z Nienaturalnych przyczyn, str. 19

Jesień zaczyna się na opak. Liście spadają z drzew, potem zaczynają się czerwienic. Na targu są truskawki, ale brak malin. Sięgam po kryminał, a potem łapię przeziębienie. Może mnie pokarało za naruszenie porządku rzeczy, a za porzucenie Agathy Christie los zemścił się zsyłając gigantyczny katar?
A może od czytania PJ James, przebywania w atmosferze tej książki, zimnej i mokrej, wychłodły mi stopy i zawiało uszy?

Niby jest to angielski kryminał, jest kominek, stara Ciotka i imbryk z herbatą. Ale czuć przeciąg, główny bohater, Nadinspektor Dalgliesh, pracownik Scotland Yardu, jest przygaszony, a jego ciotka kostyczna i milcząca. Trudno by była inna, żyjąc samotnie w domku nad morzem, za towarzystwo mając głównie lornetkę do obserwacji ptaków.

Dalglieshowi sposób bycia Ciotki nie przeszkadza, wręcz ceni jej towarzystwo. Uwielbia spędzać u ciotki wolne chwile. I tym razem decyduje się do niej pojechać na urlop. Ma nadzieje na miły odpoczynek, tymczasem przeznaczenie płata mu figla i już w pierwszy dzień pobytu dostarcza trupa i grupę zaskoczonych zbrodnią sąsiadów.

Zaczyna się ruch, poszukiwanie narzędzi zbrodni i motywów. Smaczku sprawi dodaje fakt, że zamordowany był twórca kryminałów i wykonaną na nim zbrodnię sam wcześniej opisał. Trwają domysły i podejrzenia, sąsiedzi robią się nerwowi. I chwała im za to, bo właśnie oni, ta grupka gryzikpiórków i oryginałów, dodają barw całej tej historii.

Sama zagadka kryminalna rozwiązuje się niejako przy okazji, co stanowi pewien zawód. I choć bardziej złożona psychologicznie od opowieści Agaty, ta książka nie jest w stanie wytrącić z mojego czytelniczego serca przygód panny Marple i wskoczyć na jej miejsce.

mowa o:

PJ James