Les mots

Słowo rzucało cień na rzeczy

„Słowa”, Jean Paul Sartre, str 27

Znużona prozą aktualną i powszechnie chwaloną, a miałką przy próbie czytania, zaczęłam grzebać wśród książek przodków. No i wydłubałam książkę, a właściwie książeczkę, malutką, chudziutką, ale z zacnym i znanym nazwiskiem na mocno zszarganej, okładce. Po czym wsiąkłam w nią na długie dni długie godziny. Błądzenie po zawiłych zdaniach, po starym francuskim mieszkaniu, wreszcie po dzieciństwie jednego z najpopularniejszych filozofów zeszłego wieku, było przygodą budzącą więcej zachwytu niż emocji.

Bo Sartre wiąże słowa w zdania w sposób świadczący o wyjątkowej wirtuozerii. Opisuje swoje lata chłopięce drobiazgowo, ale z wielkim poczuciem humoru i dużą doza autoironii. W rezultacie tworzy opowieść o dziecku nie tyle genialnym , co przekonanym o własnej wyjątkowości. Historia konfrontacji tego ja wyobrażanego, z ja postrzeganym, nie staje się jednak przypowieścią o gorzkim rozczarowaniu. Jest raczej pełną anegdot  gawędą o tym, jak i do czego w przypadku Sartre’a ta konfrontacja doprowadziła.

 Warto tę drogę autora prześledzić, nie tylko dla pozyskania informacji o tym jak powstaje filozof i pisarz, ale i dla samej przyjemności czytania rewelacyjnie napisanego i przetłumaczonego tekstu.

mowa o:

Japoński sen na czeskiej poduszce

Na cholerę nam japoniści albo sinolodzy? Ciągle tylko dłubią jakieś tłumaczenia, zasiedziali w czytelniach, przykryci warstwą kurzu. Ludzie  nie zdają sobie sprawy, że wszystkie dziedziny wiedzy powstały z konkretnego powodu. Okazują się potrzebne przeważnie wtedy, gdy świat pogrąża się w kryzysie

Anna Cima „Obudzę się na Shibui”, Str 34, 35

Po raz pierwszy od dawna żałowałam, że nie mam znów piętnastu czy choćby dwudziestu lat. Wtedy zachwycałabym się tą książką. Ale w mojej obecnej sytuacji wiekowej jestem w stanie pochwalić tylko jej początki. Zapowiadające niezłą powieść akademicką z praskim wydziałem japonistyki w tle. Bohaterka książki, studentka zainteresowana mocno literaturą Nipponu, pewnego razu natrafia na wyśmienity tekst nikomu nieznanego japońskiego pisarza. No i zaczyna się historia. Niejedna.

Bo autorka jako świeżo upieczona pisarka chciała chyba się wykazać swoimi wszechstronnymi umiejętnościami zbyt intensywnie. I przedobrzyła. Poza tym chyba nie mogła się zdecydować czy chce stworzyć powieść uniwersytecką, fantasy, sensacyjną czy romans. Wrzuciła więc wszystko, co mogła do tekstu. Nie wiem, czy kierował nią  osobisty lęk, że książka okaże się nudna, czy też w trakcie pisania książki skonsultowała się z jakimś znawcą. A ten doradził jej, by ożywiła akcję, bo inaczej nikt się za książkę nie złapie.

Pewnie tylko autorka i jej wydawca wiedzą jak to się stało, że z niezłej książki dla dorosłych wyszło sensacyjne young adult z ambicjami do bycia czymś w rodzaju prozatorskiego anime. Mnie końcówka książki, z wyścigami, skradaniami się, znużyła i zawiodła. Co nie znaczy, że Annę Cimę skreślam ze swojej listy pisarek i pisarzy wartych obserwacji. Bo nie sposób odmówić jej talentu. Ciekawe tylko, czy nim obdarzona wybierze karierę autorki komercyjnej czy jednak ambitnej.

mowa o:

najnaje -podsumowanie 2021roku

Idea, żeby brać gorsze, bo nie ma lepszego, nie jest dobra

Miron Białoszewski „Proza stojąca, proza lecąca”, Str 195

Styczeń jak marzec, czyli wiosna wisi w powietrzu, a tu podsumowania poprzedniego roku brak. Wszyscy, ale to wszyscy co chcieli, podsumowali. Co podsumować się dało. Wypadło mi więc zamknąć korowód podsumowań, choć obawiam się, że daremny to trud i próżne opisy będą, bo teraz mamy już podsumowań po kokardę i na sam dźwięk słowa „podsumowanie” rzucamy się do wyjścia.  

Trudno i tak opowiem co mi się podobało, a co nie podobało w zeszłym roku, nawet jeśli nikt oprócz mnie nie będzie chciał tego wysłuchać. Uparłam się utrzymać tradycję i już. A jak o uporze mowa, to bardzo dużą jego ilość zużyłam w zeszłym roku na czytanie jednej książki: Zakłamanego życia dorosłych Ferrante. Cóż to był za męka czytelnicza! Sama teraz nie wierzę, że się nie poddałam  i dotrwałam do końca. Wyjaśnieniem takiego stanu rzeczy po części jest fakt, że intrygę i jej podłoże psychologiczne uznałam za całkiem, całkiem. Ale styl w jakim książkę napisano przyprawił mnie o dreszcze grozy.

Na szczęście więcej tak kiepskich lektur w zeszłym roku nie miałam. Za to udało mi się bawić dobrze przy czytaniu takich rzeczy, jak Sprzedawczyk Paula Beatty czy Grandhotel Jaroslava Rudisa.

Do prozy polskiej, nowej, podeszłam nad wyraz ostrożnie, i z książek wydanych w tamtym roku przeczytałam tylko pełne gorzkich żali Cukry Doroty Kotas i zadziwiająco surrealistyczną opowieść o remontach czyli Furtkę przy dozorcy Waldemara Bawołka. Ale najlepszą książką polskojęzyczną i tak okazała się Proza Stojąca Proza lecąca Białoszewskiego.

Jeśli chodzi o prozę obcojęzyczną, to znów pociągnęło mnie w stronę autorów piszących po angielsku. Intelektualizowałam się przy esejach Atwood, oblizywałam się ze smakiem (literackim rzecz jasna) przy Targowisku Próżności, i otwierałam szeroko oczy przy Opowiadaniach Moshfegh. Z zachwytu. Bo właśnie Tęsknotę za Innym Światem uznaję za najlepszą książkę niepolskojęzyczną zeszłego roku. Z radością przeczytałam Przypadki niefortunnego saksofonisty tenorowego  Skvoreckiego i odkryłam Nahacza. Natomiast mojego entuzjazmu nie wywołała proza Tove Ditlevsen i do dziś nie jestem w stanie pojąć popularności jej książki . Co znowu motywuje mnie do kierowania się w wyborze lektur nie powszechnie głoszonymi pochwałami, a własną intuicją i radami Czytających Znajomych.

mowa o:

stare jak nienowe, podsumowanie 2021 roku cz. 1

Nieprawdą jest, że każda praca zasługuje na uznanie.

Fran Lebowitz „Nie w humorze”, str 18

Niebywałe, zdążyłam już rozebrać choinkę, a podsumowania roku ciągle brak! Wcześniej było odwrotnie, w czasach, gdy książkom przyniesionym do domu nie trzeba było urządzać kwarantanny. Co ma piernik do wiatraka, ktoś spyta? I będzie miał rację, bo moje spowolnienie jest tylko moje, a osobista ospałość i niechęć do wszelkiego wysiłku są rzeczywistym powodem opóźnienia. Książki na parapecie nie mają z tym nic wspólnego. Bo one czekają na czytanie, gdy te przeczytane, lub niedoczytane, mogę już przejrzeć w pamięci oraz w realu. Zwłaszcza, że nie ma ich za dużo, bo czytanie na akord to nie moja bajka, a jak się biorę za tekst, to lubię sobie każde jego zdanie dokładnie poobracać w głowie. Czasem z tych obrotów wynika niechęć do dalszej lektury. Taki stan rzeczy w tym roku wywołały u mnie przede wszystkim rewelacje sprzed lat, wydane u nas jako aktualne sensacje. Nie pytajcie jak to się stało, że dałam się namówić na sięgniecie po tak mocno odgrzewane kotlety jak stare felietony Fran Leibowitz, czy paplanina Babitz. Jak widać reklama działa nawet na mnie.

Fran Lebowitz była mi znana z netflixowego hitu Pretend it’s a city,. Ale już w trakcie oglądania jej barwnych opowieści miałam wrażenie, że są one raczej dla mieszkańców NYC niż obywatelek i obywateli kolejnej RP. Jednak Fran mnie rozbawiła, więc postanowiłam poczytać jej pierwszą książkę wydaną u nas. Zwłaszcza że miało być cynicznie, zgryźliwe i wrednie, czyli tak jak lubię. Cóż może było, ale czterdzieści lat temu. Teraz te teksty bardziej nudzą niż oburzają czy śmieszą. Dotyczą spraw dawno minionych, wydarzeń nie obchodzących nas już w żaden sposób. Przy próbie ich czytania ziewałam, zastanawiając się nie czy Fran ma rację, ale skąd wziął się pomysł na wydanie jej najstarszych artykułów? Jedynym uzasadnieniem wydawała mi się wyprzedaż w  spektakularnym amerykańskim stylu, jak dwa w cenie jednego czy dodanie do zakupu kuponu dla Naczelnego i  członków załogi wydawnictwa na  pobyt w hotelu  przy Fifth Avenue.

Drugą porzuconą przeze mnie w roku 2021 Amerykanką była niegdyś słynna IT Girl, czyli Eve Babitz, hollywoodzka lanserka sprzed lat. Tutaj pobiłam swój rekord w rezygnacji z czytania nowej książki, bo rzuciłam w kąt opowieści Babitz po mniej niż dziesięciu stronach. Może gdybym czytała codziennie Pudelka, jego amerykańska wersja sprzed pół wieku zainteresowałaby mnie bardziej. Niestety opowieści Eve okazały się tak infantylne i pozbawione nie tylko inteligencji ale i uroku, że odechciało mi się ich w ekspresowym tempie.

mowa o:

Pożegnanie z książką

Literatura niegdyś rządziła światem z wyżyn swojego majestatu, a dziś może tylko zamiatać ulice, które dawniej należały do niej.

Enrique Villa-Matas „Dublineska”, Str 296

Właściwie od tej książki powinnam zacząć tegoroczne blogowanie. Bo oto nadchodzi stulecie publikacji Ulissesa i ten tytuł, z akcją owiniętą wokół dzieła Joyce’a, byłby idealny na otwarcie obchodów. Choć z drugiej strony historia urządzania pogrzebu literatury może nie jest najlepszą opowieścią do celebracji tej okrąglej rocznicy. Ale za to oryginalną. Dobrze napisaną. Intertekstualną. Ups, choć podobno intertekstualność obecnie jest uważana za wadę, a nie zaletę powieści. Tak, wszelkie odnośniki literackie są teraz passe. Ale nie szkodzi, w sumie, to literatura sama w sobie jest passe.

Taką tezę stawia autor Dublineski, karząc swojemu bohaterowi przeżywać męki zawiedzionego swoim życiem, a zwłaszcza pracą, wydawcy.   Straciwszy poczucie sensu tego co robi, Riba, nasz protagonista, postanawia znaleźć sobie jakiś, choćby krótkoterminowy, cel. Staje się nim wyjazd do Dublina i urządzenie uroczystości pogrzebowych literatury. Najlepszym dniem na tę ponurą ceremonię jest oczywiście Bloomsday, najlepszymi towarzyszami dawni pisarze, najlepszą formą odprawienia obrzędu nieskładne przemowy i śpiewy na starym katolickim cmentarzu. Nie ma epifanii, katharsis czy choćby gwałtownego zwrotu akcji. To nie w stylu Vila-Matasa, najbardziej dygresyjnego pisarza, jakiego zdarzyło mi się czytać.

W Dublinesce też taki jest. Robi z niej książkę intertekstualną do granic wytrzymałości czytelniczej. Mojej wytrzymałości. Ale jakoś jej nie przekracza. Dlatego czytałam Dublineskę długo, czasem mozolnie, ale wytrwale. Moja cierpliwość został nagrodzona odkryciem niezwykłego triku, jaki zastosował autor. Otóż obdarzył on bohatera przeczuciem istnienia osoby opisującej jego losy. Przez ten wybieg miałam wrażenie, że pisarz mruga do mnie porozumiewawczo i z lekką kpiną w oczach. Jakby chciał dać mi do zrozumienia, że owszem, może i literatura nie żyje, ale autor wciąż krąży po świecie.  Fakt, myślę sobie, pisarze wciąż istnieją, a wydawnictwa chętnie korzystają z ich wyrobów, choć te często nie mają żadnych cech uznawanych za charakterystyczne dla literatury.

Ale, pocieszam się, ale są jeszcze rzeczy napisane dawno. Jak Ulisses. I są rzeczy napisane współcześnie , takie jak Dublineska. Może więc literaturze na nagrobku należałoby wyryć hasło non omnis moriar. I w nie uwierzyć.

Mowa o:

Czeski jazz i inne przyjemności

Nie wiemy dokładnie co jest sensem życia. Ale w chwili, w której przestaniemy być wrażliwi na te podstawową, tajemnicza zagadkę naszego istnienia, nasze człowieczeństwo stanie się uboższe. W tej chwili wejdziemy na drogę bezmyślnej akceptacji bezmyślnych poglądów, nie udowodnionych twierdzeń, zaskorupiałych stereotypów o ludziach, o społeczeństwach , w których żyją  i o ich życiu.

Josef Skvorecky Przypadki niefortunnego saksofonisty tenorowego

Czas na noworoczne życzenia, zeszłoroczne podsumowania i snucie planów na następnych dwanaście miesięcy. U mnie jak zwykle stan niepozbierania zupełny i brak możliwości, by dziś ogarnąć więcej niż jeden  z tych blogowych obowiązków.

Ale, ale, najpierw muszę napisać o jednej z lepszych książek zeszłego roku. Nie była to świeżynka, a biały kruk, co śmignął przez wydawnictwo, potem przez księgarnie i zaraz zniknął. Udało mi się go posadzić na półce tylko dzięki znajomemu, co nie bacząc na niebezpieczeństwa pożyczania książek wyprzedanych, owej lektury mi użyczył. Czekała chyba ze dwa lata, i dopiero wznowienie Inżyniera Ludzkich Dusz zmotywowało mnie do jej przeczytania.

Dlaczego? Ano dlatego, że Saksofonista to Inżynier w pigułce, więc chciałam sprawdzić, czy warto się za niego brać. Zwłaszcza że tak chwalony Cud nie bardzo mi przypadł do gustu. Pełna obaw, że idę na kolejne spotkanie z erotomanem gawędziarzem, co będzie mnie zanudzał historią swoich miłosnych marzeń i podbojów, sięgnęłam po Saksofonistę.

Przyznaję, miałam problem z tą książką. Ale zupełnie inny niż z poprzednią autorstwa Skvoreckiego. Po prostu ciężko mi się ją czytało nocą, bo bałam się, że niekontrolowanymi wybuchami śmiechu pobudzę sąsiadów. Dlatego prychałam w kołdrę, podduszałam się poduszką, gdy o drugiej w nocy śledziłam losy czeskiego pisarza splątane z historią środkowej Europy. Było zabawnie i mądrze jednocześnie, lekko, ale nie bezmyślnie, no tak jak lubię po prostu. Autor pokazał, że potrafi trzymać dystans i jest  w stanie opowiadać i żatrobliwie i wzruszająco, nie tylko o dziejach czeskiego narodu, ale i o własnych.

Zapewniam, że ta książeczka, przemyślnie wydana formie analogowego singla, jest faktycznie platynową płytą światowej literatury. I warto się  w nią wsłuchać, by docenić każdą jej frazę i przesłanie.

mowa o:

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie skvorecky.jpg

A w Nowym 2022 Roku życzę Wam wielu okazji do przyjemnego zaczytania się, dużo zdrowia do poszukiwania wymarzonych lektur i mnóstwo szczęścia w trafianiu na wyśmienitą literaturę

Kiedy stare znaczy dobre

„Zawsze mieć słuszność, zawsze pchać się naprzód, nigdy nie ustępować! Oto hasła, dzięki którym tępy upór zyskuje przewodnictwo w świecie”

William Makepeace Thackeray „Targowisko próżności”, Str 11

Po poprzednim poście nabrałam rozpędu do poszukiwania lektur łatwych, żwawych, przyjemnych, ale nie głupich. Z reguły te wymogi spełniała klasyka, więc zdecydowałam się sięgnąć po leżakujące na mojej półce Targowisko Próżności. Mnie więcej wiedziałam czego się spodziewać, autora znałam z lektury „Pierścienia i Róży”, a historię Becky Sharp (właściwie herstorię) poznałam dzięki niezłej filmowej adaptacji z Reese Witherspoon w roli głównej.

Na początku czytania poczułam nie lada satysfakcję, odkrywając w Thackeray’u błyskotliwego kronikarza dziejów dwóch absolwentek ekskluzywnej pensji panny Pinkerton. Jedną z nich jest wspomniana wcześniej Becky, nie darmo obdarzona przez autora nazwiskiem Sharp. Becky jest faktycznie bystra, a jak trzeba, potrafi być ostra i nie bawi się w sentymenty. Jest sierotą, dostała w spadku po ojcu tylko długi i musi,  o zgrozo, utrzymywać się sama, z pracy guwernantki.

Jej przeciwieństwem jest słodka i łagodna Amelia, panienka z dobrego i zamożnego domu. Ma złote serce, łagodny charakter i zero jakichkolwiek talentów. Sprytna Becky zaprzyjaźnia się z nią serdecznie i co jakiś czas pojawia się w jej życiu.

Panienki stanowią wzajemne przeciwieństwa, co jest zabiegiem wyśmienicie napędzającym akcję. Choć dla mnie o wiele ciekawsze było to, że dzięki temu zestawieniu dwóch tak różnych kobiecych charakterów mogłam  zobaczyć, co w dziewiętnastym wieku uznawano (obecnie będące obiektem zainteresowania) cnoty niewieście.

Ich wcieleniem jest właśnie Amelia, kobieta kochająca ślepo swojego męża, wzorowa matka, kompletnie pozbawiona inteligencji i zainteresowania sprawami doczesnymi uczestniczka spotkań towarzyskich. Wzrusza bezradnością, zachwyca naturalnością. I to byłoby na tyle. Amelia jest po prostu tępawą nudziarą, powiedzmy sobie szczerze.

Becky natomiast jest niezwykle utalentowana wokalnie i aktorsko, umie też świetnie pisać i malować, jest piękna i przebiegła. Rządzi swoim mężem, nie usiedzi długo na miejscu, cały czas ma ambicje większe od swoich możliwości. Dziś byłaby bizneswoman, influencerką albo i gwiazdą Hollywood. A może podbiłaby serce Księcia Henry”ego i machała do nas z balkonu Pałacu Buckingham. Niestety, dwa wieki temu kobiety takie jak Becky miały znacznie bardziej ograniczone możliwości, a sukces ich był niełatwy i krótkotrwały.

Jedno jest pewne, bez Becky powieść Thackewreay’a byłaby czytadłem z epoki. To dzięki tej nieznośnej bohaterce autor mógł szczegółowo i ze swadą opowiedzieć o stosunkach, modach i relacjach panujących wśród angielskich wyższych sfer. Wyszło mu to tak dobrze, że jego książka dała tytuł słynnemu modowemu pismu Vanity Fair i była wielokrotnie ekranizowana. Myślę, że jest to i zasługa narratora, nie bojącego się kpić i krytykować, często bezpośrednio zagadującego do czytelnika, jakby chciał dać mu do zrozumienia, że jest jego dobrym kumplem i chętnie mu opowie niejedną plotkę czy pikantną historię.

Nie bez znaczenia jest i aktualność spostrzeżeń i uwag autora, możliwość ich odniesienia nawet do obecnej rzeczywistości wirtualnej. Bo czy dzisiejsze Tiktok, Facebook oraz Instagram nie są odpowiednikami ówczesnego Targowiska Próżności? Czy nie liczą się tam głównie wygląd, znajomości i rekomendacje? Co prawda miernikiem popularności jest liczba zdobytych lajków, a nie otrzymanych od wielbicieli sztuk biżuterii, ale mechanizmy rządzące tymi światkami są bardzo podobne. I nie zanosi się na to, by miały się zmienić.

Warto:

Pocieszajki

„ w krąg coraz mroczniej, więc ja bym raczej spis lektur pogodnych i do śmichu poprosił”, taki komentarz niedawno otrzymałam od Bazyla, jednego z najwierniejszych czytelników. Najpierw zaczęłam się wykręcać, że już mi się takie wpisy zdarzyły, że teraz w czym innym tkwię czytelniczo i jakoś mi z tematem książek zabawnych nie po drodze.

Wyznam szczerze, sprawą lektur niepoważnych nie chciałam się zająć i dlatego, że od dawien dawna pokutuje u nas przekonanie, że książki pobudzające do śmiechu to książki gorsze. Literatura ma być seriozna, prawdziwe dzieło pisarskie ma sprawiać cierpienie, albo o cierpieniu mówić. Inaczej żaden krytyk książki dobrze nie potraktuje, żadne jury do nagrody nie wybierze i wręcz wstyd się przyznać, że człowiek śmieszne historie czasem czyta. I to z błyskiem w oku i w radosnym zapale.

Ale jak zauważyłam w sieci wpisy, gdzie ludzie mówią, jak chcą z rozpaczy się zaczytać na śmierć, choćby historią Rosji, albo pytają o sposoby na radzenie sobie z rzeczywistością, to zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że faktycznie najlepszym aktem obrony przed teraźniejszością będzie chowanie się pod kocem z miłą książką. Z jaką? Ha, no właśnie. Już niosę  pomoc w poszukiwaniu lektur na przetrwanie tego trudnego czasu.

Na początek, dla tych, co całkiem nie chcą uciec od polityki, ale chętnie poczytają kpiny na jej temat, dobrym wyborem może okazać się ostatnia książka Głowackiego, albo dzienniki Vargi czy fantazje Pankowskiego. Może ze śmiechu się przy nich nie popłaczecie, ale na pewno nie raz i nie dwa autorom przyznacie rację.

Jeśli jednak chcecie uciec od świata jak najdalej, a w Dolinie Muminków bywacie zbyt często i trochę się wam znudziła, to zajrzyjcie do Camoni w towarzystwie Smoka lub Niebieskiego Misia. Zerknijcie do państewka Króla Grudnia. Wskoczcie w mamidła Budowniczego Ruin. Pozwiedzajcie sny Pana B. Połaźcie po zamku z Ostatnią Arystokratką. Spróbujcie zapukać do Lichotki. Posnujcie się po Grandhotelu. Wypijcie herbatkę z Marian w jednym z domków w kształcie grzyba.

Możecie próbować zapomnieć o codzienności podróżując (wirtualnie) po krajach rzeczywistych. W tej opcji szczególnie polecam wyprawy na Korfu w towarzystwie Geralda Durrella lub podróże w asyście Agaty Christie. Ta ostatnia potrafi polepszyć humor i pogodnym kryminałem (wiem, to brzmi dziwnie, ale Agacie się coś takiego stworzyć udało), takim jak Człowiek w brązowym garniturze albo 4.50 z Paddington.

Jeśli chcecie sie wyprawić na inny kontynent, to szczególnie polecam Amerykę Sprzedawczyka Beattiego oraz Izrael z Opowiadań Kereta.

Jeśli macie ochotę na spotkanie zabawnego bohatera, może Wam się spodobać Pnin Nabkova, albo Jim Szczęściarz Kinglseya Amisa. Sympatyczne i na dodatek rzeczywiste postacie znajdziecie na stronach książek Andrusa O Marii Czubaszek, oraz w biografiach Jane Austen, Kazimiery Iłłakowiczówny, Lucyny Ćwierciakiewiczowej Warto tez zajrzeć do literackiego światka międzywojnia w asyście  Magdaleny Samozwaniec

Błogie chwile często zapewnia książka o czasach nie tak odległych, opisująca miłe czasy dzieciństwa. Takich przyjemności dostarczy Wam na pewno Hania Bania Hanny Bakuły, czy wspomnienia Tomasza Lema o tym, jak go sławny ojciec wychowywał. Dla wielbicieli perelowskiej egzotyki na pewno frajdą będzie czytanie Ekscentryków Włodzimierza Kowalewskiego czy rzeczy Miry Michałwskiej vel Zientarowej. Świetnie też sie zwiedza PRL pod przewodem Agnieszki Osieckiej Taka Galeria Potworów nieraz powodowała, że mój spuszczony na kwintę nos zaczynał drżeć od śmiechu. Czego i Wam, moje drogie czytelniczki i drodzy czytelnicy serdecznie życzę.

mowa o: