Autor: buksy

Kalejdoskop z Annami

Nikifor Krynicki

Jak każdy inteligentny człowiek mówi rzeczy, w które sam nie wierzy. Płacą mu za to, że opowiada historie, ale go brzydzą. Od pewnego czasu wyskakuje mu pokrzywka od wszystkiego, co ma w sobie choćby cień fabuły.

Marek Sindelka „Mapa Anny” Str 10

Najpierw uwiódł, potem zawiódł, tak bym powiedziała o moim pierwszym spotkaniu z Sindelką, gdybym miała do dyspozycji tylko cztery słowa.

Spotkanie odbyło się w ramach czytania Mapy Anny ( tu mała dygresja: czy mi się wydaje czy faktycznie odkąd Houellebecq napisał Mapę i Terytorium wśród pisarzy zapanowała moda na wrzucanie motywów kartograficznych w tytuły i akację powieści?) i wygląda na to, że do jego opisu mogę użyć dowolnej liczby słów. Skorzystam więc z tego i opowiem o książce trochę więcej.

Na początku byłam zachwycona, bo autor zaprosił mnie do stania się nim na chwilę. . Na kilkunastu stronach tekstu opisał swoja tremę przed występem tak realistycznie i szczegółowo, że czułam jak włażę w jego skórę, jak wali mi serce, i łapie bezdech. Och pomyślałam, Pani Sindelka, jest Pan niezrównany. Myślałam tak i przy opowiadaniu opisującym krótką podróż pociągiem. Niby nic, a jest tam tyle niuansów, napięcia i psychologicznych podtekstów. Główna jego bohaterka, młoda dziewczyna wsiadająca do pełnego pasażerów przedziału, też nie robi wiele. Ale to jak i kiedy wypowiada pewne słowa, wykonuje pewne gesty, ma wpływ na każdego ze współtowarzyszy podróży. Opis tej sytuacji sprawił, że opowiadanie o niej stało się moim ulubionym. Tak, jeśli wpadnie Wam w ręce Mapa Anny, nie dajcie jej sobie odebrać, póki nie przeczytacie historii pod tytułem Sztafeta.

A reszta? Nie jest zła, ale nie aż tak dobra. Obyczajowa bardziej, pokazująca zawiłości uczuciowe i psychologiczne związków damsko męskich. Przy czym, ku mojemu zdumieniu, gdzieś w okolicach połowy książki, odkryłam, że składają się one w jedną całość. Bardzo misternie utkaną. Bo oto postać zupełnie nieważna, jakaś dziewczyna siedząca przez dwa i pół zdania na krawężniku chodnika, staje się główną bohaterką opowiadania umieszczonego kilkadziesiąt stron dalej. Musze przyznać, że spodobał mi się ten pomysł, choć i dał poczucie zagubienia. Oraz skłonił do refleksji, że tę książkę należałoby przeczytać drugi raz, by należycie docenić jej konstrukcję.

Tyle pochwał, skąd więc zawód? Ano stąd, że w końcowymi opowiadaniami autor postawił kropkę nad i w kształcie brzuchatego serducha. Zwłaszcza ostatnią opowieścią udowodnił chęć mówienia o niczym innym jak historie miłosne z radosną puenta. Może innych czytelników to satysfakcjonuje, albo przynajmniej uspokaja. Mnie zniechęca. Daje poczucie jakby długa i czasem uciążliwa wędrówka doprowadziła mnie do osiedla domków jednorodzinnych, zasnutego smogiem z kominków. Podczas gdy spodziewałam się dotrzeć do widoków na dolinę Pięciu Stawów  z powiewem rześkiego powietrza .

mowa o:

Sindelka

dawno temu, nieważne czy prawda

Ramiona świadomości wyciągają się i zaczynają poszukiwania, a im są dłuższe, tym lepiej. Naturalnymi członkami Apolla nie są bynajmniej skrzydła, lecz macki.

Vladimir Nabokov „Pamięci, przemów, autobiografia raz jeszcze”, str 240

 

Tym razem nie składam obietnic powrotu na długo, na dobre i do regularnie pisanych notek. Siadam i piszę po prostu o tym, co czytałam w czasie niedotykania klawiatury. Biblioteki uchyliły drzwi, księgarnie otworzyły je na oścież. Mogę więc zachęcać do nowych książek. Bez wyrzutów sumienia, że się znęcam. I pokazuję cukierki do lizania przez szybkę. Szybki może tu i tam są, ale służą do zupełnie czego innego obecnie. A książki, ach, te jak zwykle koją i pomagają uciec od tego, od czego ucieczki nie ma.

A jednak przy ich pomocy udaje mi się czasem wybyć z tu i teraz. Choćby do błogiej krainy lat dziecinnych. Atrakcyjnych bardzo, bo nie moich własnych, tylko ulubionego pisarza. Za wehikuł do tego miejsca niedzisiejszych rozkoszy wybrałam wspomnienia Nabokova. A tam było naprawdę przyjemnie. Dostojny i mądry ojciec, wyrozumiała matka, urocze domostwo i rzesze oryginałów uczących i obsługujących Vladimira. Do tego stada motyli, poddane może zbyt często i szczegółowo opisom. Ale ten inny świat, choć upiększony zapewne przez autora, stanowi niezwykły azyl dla spragnionego odmiany czytelnika. I choć nie są to typowo spisane dzieje życia, choć pamięć autora zdaje się naśladować motylka właśnie, to przysiadając dłużej przy jakiś faktach, to ulatując beztrosko od innych, czytanie tej książki daje sporo wytchnienia. I odrobinę wiedzy o tym, kim był Nabokov nim stał się autorem Lolity.

mowa o:

Odkrycie

Wgryzł się w swoją gorycz. Dziś jeszcze prosił nieśmiało, jutro będzie klął, a za rok popadnie w obłęd.

Joseph Roth „Hotel Savoy”, str 123

Roth, Joseph Roth, proszę go nie mylić z Philipem, to pisarz niedawno przeze mnie poznany. Znajomość te zawarłam z zachwytem i na dłużej. Bo Joseph Roth pisze tak, że jak się go czyta, to wiadomo od razu: facet jest mistrzem w ujmowaniu rzeczy i zjawisk w słowa. Nie dziwaczy, nie przesadza, nie robi girlandek z metafor i supełków ze składni. Ale nie jest to tez proza literacko jałowa, nie jest pozbawiona błyskotliwych pisarskich zabiegów. Stosowane z umiarem nadają jej szlachetności i cóż, powiedzmy, że blasku.

Kiedy zaczęłam kupować książki Rotha, elegancko wydane przez krakowską Austerię, prawie dziwiłam się jak to możliwe, że kosztują tyle samo, co kryminały na przykład Bondy. Bo takie wino przecież, choć zawsze ma formę płynną i jest sprzedawane w butelkach, cenę ma uzależnioną od stopnia szlachetności. A książka, bez względu na jakość zamieszczanego tekstu, kosztuje zawsze tak samo. Jedynie ilość stron i jakość okładki i papieru może spowodować podwyższenie ceny danego wydania. Nie no, wcale nie narzekam, że za Rotha nie każą mi płacić trzy razy tyle co za dzieło Bianki L. Się tylko delikatnie zastanawiam jak to działa.

W każdym razie zapewniam Was, że Joseph Roth jest wart czytania. Oświadczam to po zakończeniu lektury jego Hotelu Savoy i przejrzeniu kolejnych sześciu lub siedmiu tytułów jego autorstwa.

Dlaczego Hotel Savoy, a nie Proza Podróżna albo Marsz Radetzeky’ego, te bardziej znane tytuły autora? Bo do literatury, powiedzmy, hotelowej, mam niezwykłą słabość. Lubię zaglądać w hotelowy mikroświatek, z reguły pokazujący jak działa dane społeczeństwo, jakie zasady nim rządzą. Hotel Du Lac i czy Ludzie z Hotelu, to powieści idealnie spełniające moje w tym zakresie oczekiwania. Roth też mnie nie zawiódł. Choć jego Hotel Savoy to raczej nie wykwintna noclegownia, a ostoja opresji i społecznych nierówności. Pod pozorami luksusu łatwo dostrzec okrucieństwo i absurd rządzące relacjami na linii biedni bogaci.

I jedni i drudzy zamiast działać, czekają na mesjasza, co zagwarantuje im jak nie wybawienie, to przynajmniej spokojną i zasobną egzystencję. Mesjasz, czyli pochodzący z okolic Hotelu milioner, przybywa, ale wcale nie chce spełnić oczekiwanej od niego misji. Ma zamiar zaspokoić wyłącznie swoje potrzeby i kiedy tego dokona, znika bardziej niepostrzeżenie niż się pojawił. Przez co zostawia i bohaterów książki i samego pisarza w stanie niedowierzania i bezradności. Tak silnym, że zakończenie książki zawodzi nieco i sugeruje nagłą chęć porzucenia jej akcji przez autora.

warto:

tego nie czytajcie czyli porażki 2019

Oślinione usta dziewczyn, które nie mogą istnieć bez swych ojców, braci, wujów czy mężów, dotykają pomarszczonych powierzchni dłoni swych rodzin, pielęgnując odrębność, obyczaj i język.

Waldemar Bawołek „Bimetal”, str 5.

Zaraz, zaraz, miałam przejść do omawiania bieżących lektur, kiedy zauważyłam pewien brak w opisywaniu tych zeszłorocznych. Tak, zapomniałam ponarzekać na książki niedobre. A przecież były, o, trafiały się całkiem często i budziły to śmiech, to złość, to niedowierzanie. Najwięcej tych negatywnych reakcji wywołało u mnie dzieło pisarza coraz bardziej znanego. Waldemar Bawołek miał w zeszłym roku wyjątkowe powodzenie, jeśli nie u czytelników, to u wydawców i krytyków na pewno. Kiedy sięgnęłam po jego Echo Słońca, stwierdziłam, że całkiem słusznie. Ale gdy wreszcie zerknęłam do przywiezionego z Targów Książki Bimetalu, zmieniłam zdanie. Bo tam znalazłam teksty upiornie niedobre. Nie tylko grafomańskie, ale i pełne mitomanii, szowinizmu i mizogini. Ta mieszanka była tak fatalna, że pobiłam swój rekord prędkości z rezygnacji z czytania książki i porzuciłam ją niedoczytawszy pierwszej strony.

Kolejnym zawodem czytelniczym była głośna i podobno budząca zachwyty książka o życiu pewnego księgarza i antykwariusza w małym szkockim miasteczku. Facet zrobił furorę, opisując swoje życie wśród książek, a do jego miejsca pracy zaczęły sunąć pielgrzymki chętnych do sprawdzenia, jak ono rzeczywiście wygląda. No i dałam się skusić. Wydawało mi się, że nawet jeśli rzecz będzie błaha, to dzięki tematowi chociaż  urocza. Niestety nie była. Na darmo starałam się odnaleźć w tekście ciekawe historyjki o dniach powszednich bibliofila. Autor okazał się nie miłośnikiem książek, a zapalonym buchalterem. Czego rezultatem były teksty przypominające bardziej księgę przychodów i rozchodów niż pamiętnik księgarza. Poddałam się po kilkudziesięciu stronach i odłożyłam książkę na półkę.

Na koniec kilka słów o książce może nie najgorszej, ale na pewno najnudniejszej. Na szczęście ta, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych, trafiła do mnie z biblioteki. Wreszcie, Buksy zmądrzałaś, powiedziałam sobie, kiedy po serii ziewnięć zrezygnowałam z dalszego czytania Swingtime Zadie Smith. Dzięki której przekonałam się, że nawet na tak fascynujący temat jak taniec można napisać kompletnie nieciekawy tekst.

mowa o:

jeszcze jedna zeszłoroczna

 

Staję przed biurkiem drugiego ojca, młodszego-moczy nogi w płynącym przez biuro aromatycznym strumieniu, robi notatki w notesie z moleskinowa okładka. Notes omdlewa z rozkoszy, rozkłada szeroko kartki. Ojciec zapisuje w nim złote myśli.

Olga Tokarczuk „Anna In w Grobowcach Świata”, str 51

Co tu kryć, Nobel nie tylko ministra zmotywował do sięgnięcia wreszcie po książki pióra obecnie najbardziej znanej polskiej pisarki. Ale całe rzesze współrodaków. Mnie także. Gdyby nie nagroda dla autorki, pewnie przez kilka następnych lat chomikowałabym ten tytuł, jako żelazny zapas na czasy, gdy nie będę miała co czytać.

Ale poddałam się panującym od października trendom i oto rok zakończyłam wczytując się w jedno z dzieł Noblistki. Czyli w Annę In w Grobowcach Świata.

To pomieszanie mitologii z science finction daje koktajl, przyznaję, niezwykły. Ale nie będę kłamać, że mnie zachwycający. Dlatego Anna nie wylądowała w notce o wybestach zeszłego roku. Jednak zasługuje na wyróżnienie i osobny opis.

To w Annie autorka zastosowała słynnego czwartoosobowego narratora, tak entuzjastycznie opisanego w mowie noblowskiej. Tak naprawdę jest to narrator wieloosobowy, podobny do tego, jaki występuje w Biblii. Podobieństwo jest chyba nieprzypadkowe, bo historia zmartwychwstania i tu i tam staje się w pewnym momencie wątkiem głównym opowieści. Głos zmultiplikowany ma stać się głosem Pana, istoty wszechwiedzącej i wszechwidzącej. Tyle, że do mnie osobiście ten wybieg literacki średnio przemawia. Ten „ja Każdy, który opowiadam” drażni mnie. Mimo pierwszosobowego narratora, otrzymuję narratora pozbawionego osobowości. Na szczęście styl wypowiedzi relacjonujących akcję temu brakowi przeczy. Cieszy mnie to, bo po prostu lubię, kiedy książka do mnie gada głosem człowieka, a nie głosem istoty poza albo nadziemskiej.

Sama Bohaterka, sumeryjska bogini, co postanawia zejść do podziemi, do świata zmarłych, rządzonego przez jej siostrę bliźniaczkę, to kobieta na wskroś nowoczesna. Śmiała, pozbawiona zahamowań. Wyzwolona nawet od śmierci. Imponuje mi, przyznaję szczerze. Oraz prowokuje do zadumy. Nad tym, jak to naprawdę było z innym mitem. Tym, co stał się fundamentem obowiązującej w naszym kraju religii. Tak, przy czytaniu tej książki przemknęła mi nieraz przez myśl refleksja czy biblijny odkupiciel grzechów w swojej pierwotnej, czytaj prawdziwej wersji, nie był kobietą.

Utwierdziły mnie w tym przekonaniu nie tylko prześmiewczo opisane postaci ojców, co niby mogą, ale nie chcą pomóc Annie w jej powrocie do świata żywych. Ale posłowie od tej książki. Napisane przez samą autorkę, zamiast z reguły oferowanych w tym miejscu wydumanych dywagacji literackich, daje klarowne i mądre wyjaśnienie przesłania tej opowieści. Brzmi ono tak jak poniżej i przyczynia się do zwiększenia mojego entuzjazmu dla tej książki.

mowa o:

Olga Tokarczuk, posłowie do „Anna In w Grobowcach Świata”, str 214

 

 

kambeczek

Przyglądają mi się, jakbym była zepsutą lalką ludzkich rozmiarów

Barbara Klicka „Zdrój”, str 78

Wracam, moi Mili Nieliczni Czytelnicy, wracam do wpisów i fotek. Uroczyście ogłaszam czas bujania w obłokach, z dala od bloga, czasem minionym. Schodzę na ziemię. Przeganiam mrzonki, robię z marzeń mrożonki i spadam. Na glebę, z obitym ego, rozbitym tym i owym. Ale za to z planem notkowania przynajmniej raz w tygodniu. Nie wiem jak was, ale mnie reaktywacja Czytanki jara jak mało co ostatnio.

Kraków 1900 2

Żeby się długo nie zastanawiać jak się do tego zabrać, zaczynam od końca. Czyli od podsumowania zeszłego roku. A podziało się sporo. Nobel rzecz jasna, Nobel najważniejszy, najcenniejszy i najbardziej brzemienny w skutki. Nie tylko te oczywiste, jak powołanie fundacji i obecność książek Laureatki na każdej poczcie polskiej i pod każdą ojczyźnianą strzechą. Bo rezultatem nagrody jest moim zdaniem zmiana w geografii literackiej kraju. Oto Kraków przestaje być literacką stolicą Polski. Ze zubożałym festiwalem Conrada, z oprotestowanymi targami książki, usuwa się w cień. Z atrybutów literackich zostaje Krakowowi deszcz i miesięcznik Znak. Przyznacie, że to nie dużo. A kto w grudniowym Znaku podczyta dział literacki właśnie, przekona się, że jeszcze mniej niż by się na pierwszy rzut oka wydawało.

Kraków 1900 4

Miejsce Krakowa z uśmiechem, z luzikiem, z rozwianą brodą Irka Grina, zajmuje Wrocław. Z jednej strony cieszę się i gratuluję, z drugiej trochę się martwię. Bo Wrocław mam daleko i mogę sobie pozwolić na czytelnicze podróże do Krakowa jedynie. Pozostaje mi mieć nadzieję, że znajdę tam coś więcej oprócz zamkniętych na czas spotkań literackich kawiarnio-księgarni i pustych kącików noblowskich w empiku.

Nobel empikKącik noblowski Szymborskiej w empiku w krakowskim Rynku, obecnie jedynej księgarni w ścisłym centrum miasta. Piątek, środek dnia, Festiwal Conrada 2019.  

Kącik noblowski Miłosza w empiku w krakowskim Rynku, obecnie jedynej księgarni w ścisłym centrum miasta. Piątek, środek dnia, Festiwal Conrada 2019.  

Ale ad rem, czyli do książek wrócę, bo jednak to one są i wciąż będą głównym tematem tutejszych pogawędek. W ramach podsumowania słów kilka o moich wonderbookach roku 2019. Z książek obcojęzycznych jest nim Lucinella Lore Segal. Jestem tego pewna jak nigdy. Bo Lucinnelę czytałam początkiem roku, i potem niejednokrotnie otwierałam ją na byle jakiej stronie i zawsze znajdowałam w niej słowa, frazy i spostrzeżenia budzące zachwyt. To jedna z tych książek, co przychodzą do Was we właściwym momencie w życiu, dostarczając trafnych w danym czasie przemyśleń i refleksji.

Kraków 1900 1

A co z literaturą rodzimą? Hmm. To temat na kilka notek, ba, uczony esej. Tego ostatniego się nie podejmuję, te pierwsze może kiedyś popełnię. A teraz tylko powiem, że najlepszą książką polską tego roku jest dla mnie Zdrój Barbary Klickiej. Jakoś słabo zauważany i doceniany póki co. A wielka szkoda, bo ta nieduża książka ma w sobie wszystko, co dobra współczesna literatura powinna oferować. Świetny język, wielowarstwowość, i niedopowiedzenia pozwalające czytelnikowi na własną interpretację tekstu. Bardzo bym chciała, żeby droga wyznaczona przez Klicką stała się częściej używanym traktem przez rodzimych twórców. Bo to, co od nich z reguły dostajemy…. cóżżż. To na pewno nie temat na tę, już przydługą, notkę ;).

mowa o:

 

Raport z pewnego festiwalu

Ha, tym razem się udało! Jestem z tego taka dumna, że przerywam milczenie. Tak, wczoraj zdołałam dotrzeć na Festiwal Conrada. Przyznam od razu, że wpadłam tam jak błyskawica. Na pół dnia zaledwie. A że błyskawicy zwykle towarzyszą gromy, to trochę tu sobie pogrzmię. Po pierwsze z powodu niedofinansowania festiwalu z państwowej kiesy. Oszczędności dało się mocno odczuć. I to nawet na kilka dni przed rozpoczęciem imprezy. Przekonałam się o tym, gdy się kazało, że wydarzenie towarzyszące, na które w zeszłym roku byłam serdecznie zapraszana, w tym roku ma ograniczoną liczbę miejsc. I organizatorzy nie zapraszają na nie, tylko powiadamiają o nim. Oględnie. Pytając czy aby na pewno się chce przyjść. Myląc przy tym dni i godziny spotkania. I nie podając lokalizacji. Cóż, pomyślałam sobie, trudno, Buksy, przejrzeli cię. Ze mimo lichej postury zjadasz całkiem sporo i szkód narobisz w bufecie większych niż przeciętny uczestnik. Powiedziałam też sobie, Buksy ,zachowaj się, nie pchaj się, zwłaszcza, że nawet nie wiesz gdzie i o której jest impreza. Dzięki tak przyjętej strategii mogłam się skoncentrować na wydarzeniach otwartych dla szerokiej publiczności.

Jak tylko dotarłam na krakowski rynek, stanęłam zadziwiona. Oto nigdzie nie było znaku, że to tu, zaraz obok, odbywa się jeden z najznamienitszych festiwali literackich w Europie. W miejscu, gdzie dwa lata temu łopotały wielkie chorągwie z logo festiwalu, było pusto. Tam, gdzie kiedyś dumnie wypinało klatę ogromne C, też nic nie było. Weszłam do Czeczotki, rozejrzałam się. Kawę na szczęście mieli, ale plakatów festiwalowych już nie. Dopiero w bocznej uliczce zobaczyłam niewielki Conradowski baner, a obok niego przesuwające się, jakby na paluszkach, nieco chyłkiem, trochę bokiem, postaci. W tym momencie ogarnał mnie dreszcz emocji. Oto poczułam się jak uczestniczący w tajnym spotkaniu członek Wyklętego Bractwa Czytelników. Cała w rumieńcach pobiegłam na pierwsze spotkanie, o Kafce. Było merytorycznie i na temat (co na tym Festiwalu zdarza się nieczęsto) i pewnie zostałabym do końca, gdyby nie kolejne uciążliwe oszczędności wprowadzone przez organizatorów. Dla zmniejszenia kosztów postanowiono nie włączać klimatyzacji. W rezultacie tego, po półgodzinie, bliska omdlenia, musiałam się ratować świeżym, krakowskim powietrzem.

Kiedy się nawdychałam i ochłodziłam dostatecznie, wróciłam na salę, żeby posłuchać o awangardzie. I tym razem zrobiło mi się gorąco, ale bardziej z powodu oburzenia niż temperatury. Bo jeden z prowadzących oświadczył, że rola kobiet w awangardzie artystycznej była marginalna. No, może jakaś tam Czeszka coś tam zrobiła, ale tak ogólnie, to panowie wodzili prym. Miałam ochotę wstać i zakrzyknąć że jak to, a taka Woolf, albo mniej znana Carrington. Że o współczesnej i rodzimej Rottenberg nie wspomnę. Ale nikt nie miał zamiaru dopuścić publiki do dyskusji, prowadzący tokowali i pletli bez umiaru i bez większego sensu. Najbardziej zdumieli mnie stwierdzeniem, że tak do końca to nie wiadomo, co będzie wyznacznikiem awangardy naszych czasów. Typują działania na rzecz ochrony środowiska. Ha, nieźle, uradowałam się. W ten sposób wystarczy w markecie nie brać foliówki przy zakupie warzyw. I już hop, zaliczasz się człeku do awangardy. Artystycznej na dodatek. Chcąc ten plan jak najszybciej zrealizować, w środku spotkania wybiegłam na zakupy. Spożywczego w pobliżu nie było, więc zadowoliłam się Benettonem, gdzie nabyłam zieloną owcę z breloczkiem i załączonym do niej płóciennym woreczkiem. Wygląda eko aż miło.

Potem wpadłam na spotkanie w języku niemieckim. Tam walka tłumacza z językiem polskim była tak męcząca i dla niego i dla słuchaczy, że znowu skróciłam pobyt na spotkaniu. Na szczęście sympatyczna znajoma zaprosiła mnie na chwile odpoczynku w pobliskiej knajpce, więc udało mi się zaspokoić potrzebę mądrej i dowcipnej rozmowy w miłym towarzystwie. Za co chcę serdecznie podziękować Ani z Literackich Skarbów.

Jednak ta przyjemność trwała krótko, bo popędziłam na następne spotkanie. O czarownicach. Zdumiałam się na widok tłumów zalegających obie sale Czeczotki. Nie miałam pojęcia że wiedźmy  są tak mocno na topie. I przyznaję, ucieszyłam się z tego powodu. Jednak i tu spotkał mnie lekki zawód, bo zarówno autorka omawianej książki jak i prowadząca spotkanie wydawały się zmęczone i pozbawione energii. Jakby wieloletnia walka o prawa kobiet wyczerpała je do cna. A może i tak było na serio? Sama rozmowa dotyczyła ściśle treści zawartych w książce Czarownice niezwyciężona siła kobiet i kto dokładnie rzecz przeczytał, nie miał niespodzianek. Znowu nie dotrwałam końcowej dyskusji, bo musiałam biec do pociągu. Zdążyłam tylko spostrzec, że mimo dominującej obecności kobiet, pytania zadawali głownie panowie. Z drugiej strony chyba należy się cieszyć, gdy na tego rodzaju spotkaniach bywają i mężczyźni. Nawet gdy ich udział wynika z chęci podsłuchania wroga. Przy okazji muszę tu jednemu z uczestników spotkania szczególnie podziękować. Za to, że dzielnie mnie, obcą babę, być może czarownicę, ratował przed upadkiem. Taki to miły i wręcz symboliczny gest spotkał mnie ze strony przedstawiciela męskiej publiczności. Bo czy to nie budujące, że facet jednej z wiedźm chce podać pomocną dłoń? I tym optymistycznym akcentem kończę moją przydługą opowieść.

mowa o: