Dzień: 6 stycznia 2018

się nie dało czytać czyli najgorsze książki anno 2017

z choinki 4

Styczeń. Choinka żyje i morduje bańki. Na podłodze pełno szklanych trupków. Rzeź kruchości i wspomnień. Budzi się we mnie żałość, ale i przewrotna chętka. Żeby się dołączyć i też podręczyć przedmioty. A ponieważ jestem na blogu, zacznę od książek.

Nie będę ich darła, ani paliła, bez obaw, na to jestem zbyt cywilizowana. Wezmę się za nie na swój sposób. Obgadam, czasem obśmieję i zaliczę do najgorszych.

Tak właśnie zacznę podsumowanie zeszłego roku. Od opowiedzenia książek, których niedoczytałam, bo stwierdziłam, że są nie do czytania. Oraz książek, które przeczytałam w całości, i dzięki temu przekonałam się, że są złe od początku do końca.

I tak moim pierwszym niedoczytaniem zeszłego roku była Miniaturzystka Jessie Burton. Zaczynała się interesująco, od migotliwego światła starego Amsterdamu i opowieści mieszkanki jednego z jego domostw. Niestety, potem robiło się coraz grzej, bo autorka skupiła się na tym by udowodnić, że w XVII kobiety i wszelkie mniejszości były uciśnione. Problem polega na tym, ze jest to teza udowodnienia niepotrzebująca. Bo nie jest tezą, tylko wszem i wobec znanym faktem. Jedynym plusem książki są opisy zwyczajów domowych panujących w dawnej Holandii. Reszta jest kiepska i niewiarygodna, na dodatek stopień egzaltacji narratorki wielokrotnie przekraczał mój poziom tolerancji. Na szczęście książka była z biblioteki i łatwo mogłam się jej pozbyć.

Kolejnym niedoczytaniem zeszłego roku jest Rok Królika Joanny Bator. Miała być mroczna przypowieść psychologiczna, wyszedł nudnawy gniot o kobiecie niewiedzącej co ze sobą zrobić. Bohaterka zmienia tożsamość, miejsce pobytu, pisze harlekina i snuje się po Ząbkowicach Śląskich, nocuje w obskurnym hotelu i plącze się po smętnych ulicach. Na dodatek autorka sili się tak bardzo na oryginalność, wtyka do tekstu taką ilość przedziwnych odniesień i metafor, że nie wiadomo, czy się śmiać czy pukać w głowę. Sami powiedzcie, co zrobiliście z porównaniem ziaren kawy do cipek? Zachwycać się raczej nie da. Czytać też nie bardzo, doszłam do takiego wniosku gdzieś w połowie książki. A dotrwałam przy niej tak długo tylko dlatego, że autorka od czasu do czasu wtrącała opowiastki o sposobach na znajdowanie tematów na opowiadania i książki. Gdyby tych warsztatowych sekretów nie zamieszczała, porzuciłabym czytanie znacznie wcześniej.

Wreszcie moje największe nieodoczytanie, nie tylko ze względu na gabaryty, ale także z uwagi na rozmiar zawodu, są Niksy Nathanna Hilla.

Książka była wychwalana pod niebiosa przez osoby które niby na pisaniu i czytaniu się znają. Korzystając z okolicznościowej obniżki zdecydowałam się ja kupić. I powiem, że na początku wydawało mi się, że będzie dobrze. Bohaterami okazali się nieudacznicy, a ci z reguły stanowią wdzięczny temat literacki. Cóż, nie tym razem. Choć rozbawiły mnie pierwsze akapity z historią leniwej, ale sprytnej studentki, dręczącej głównego bohatera, to potem, w miarę rozwoju akcji, było coraz gorzej. Autor decyduje się na coraz głębszą retrospekcję, a im dalej sięga wstecz, tym mocniej się akumulują nieszczęśliwe przypadki jego bohaterów. W rezultacie powstaje katalog traum współczesnej Ameryki, mniej więcej od wojny w Wietnamie poczynając, na zwycięstwie ostatniego prezydenta kończąc. Jakby tego było mało, losy głównego bohatera wykazują niepokojące podobieństwo do przypadków bohatera Szczygła. Obydwaj chłopcy tracą w dzieciństwie matki, obydwaj są pozostawieni samym sobie, wreszcie obydwaj darzą wielka i nieszczęśliwą miłością dziewczęta piękne, zdolne i zajmujące się muzyką. Jak na mnie, to trochę tych paraleli było za dużo. Weźmy do tego wysiłki autora by sporządzić Great American Novel i mamy ciężkostrawną i wtórną lekturę propagandową.

Żeby zachować równowagę z książek złych i przeczytanych wymienię trzy, z czego dwie były już wcześniej na blogu opisane. Ta nieopisana, bo na tyle niedobra, że na pisanie o niej szkoda było czasu i miejsca na blogu, to Costello. Przebudzenie. Liliany Hermetz. Autorka wpadła na dziwaczny pomysł pożyczenia bohaterki od Coetzee i zrobienia z niej postaci mniej intelektualnej, a bardziej cielesnej. W rezultacie Elizabeth zostaje pretensjonalną, starszą panią, popadająca w coraz większy zachwyt na punkcie swojego wyglądu. Jakby tego było mało zachwyt udziela się otaczającym ją mężczyznom, bez wyjątku i bez względu na wiek i stan cywilny. I tak Costello wymyka się spod kontroli swojego twórcy. Co gorsza wymyka się również i autorce i staje się, wbrew jej zamierzeniom, postacią niewiarygodną, a miejscami wręcz groteskową.

Pozostałe dwie książki, których czytania żałuję, to biografie. Jedna dotyczyła Tyrmanda i zaskoczyła mnie nieudolną narracją i chaotycznym opisem wydarzeń. Druga, właściwie nie biografia, ani nie zbiór wspomnień, zupełnie nie wiadomo co, to Pra Ludwiki Włodek. Naprawdę żal bierze, że taki autor jak Iwaszkiewicz został opisany w tak kiepskiej książce.

No i się wyżyłam, opisując moje zeszłoroczne cierpienia czytelnicze. O przyjemnościach powinno być wkrótce. Bo najpierw muszę uzupełnić notki o lekturach z tamtego roku.

mowa o:

zeszłoroczne1

 

Reklamy