tłumaczka

zeglarz

Przyznaję- tłumaczenie Cortazara dawało mi coś w rodzaju alkoholowego upojenia. Robiłam to jak w transie. Gdy czasem dostawałam do przetłumaczenia kogoś innego (starałam się tego unikać), rzadko mnie to bawiło i robiłam to o wiele gorzej. U niego wyczuwałam każdy, najmniejszy niuans, słowa same pchały mi się nie tyle pod pióro, co pod klawisze.

Zofia Chądzyńska „ Nie wszystko o moim życiu” Str 136

Dzisiaj Światowy Dzień Tłumacza. Lepszej okazji na wpis o autobiograficznej książce Chądzyńskiej nie znajdę. Zofia Chądzyńska, jak wiadomo, jest polskim guru literatury latynoamerykańskiej. To dzięki niej w Polsce pojawiły się dzieła Cortazara i Borgesa. Jak do tego doszło, jakie ścieżki przywiodły dziewczynę z warszawskiego Mokotowa do największych pisarzy Argentyny, można się dowiedzieć z niewielkiego zbioru wspomnień samej tłumaczki.

Jednak, jak sam tytuł wskazuje, są to wspomnienia mocno ocenzurowane przez autorkę. Przyczyną są po części względy osobiste, po części luki w pamięci sędziwej (powyżej 80 lat) Chądzyńskiej. Ale mimo porwanej, nielinearnej narracji, książkę czyta się z dreszczem na plecach i szeroko otwartymi oczami.

Bo losy Zofii były niezwykłe. Już w dzieciństwie spotkała kilka sław okresu międzywojnia, z Arturem Rubinsteinem na czele. Podczas wojny wylądowała na Pawiaku, z którego cudem udało jej się wydostać. Była świadkiem Powstania Warszawskiego i powojennej wędrówki ludów. Mieszkała w Maroku, Paryżu i w końcu w Argentynie.

Nie są to jednak brawurowo opisane przygody awanturnicy. Bo na całym powojennym okresie życia tłumaczki zaważyło jedno wydarzenie: długa i nieuleczalna choroba męża i jego przedwczesna śmierć. To ona jest główną przyczyną melancholii wiejącej z kart książki. Drugim powodem poczucia smutku jest chroniczna depresja, na która od lat cierpiała autorka i której szczegółowy opis podaje na ostatnich stronach tej mini biografii.

Dlatego ten, kto będzie liczył na detale na temat tłumaczonych przez Chądzyńską autorów, może poczuć się zawiedziony. Jest tu kilka stron o Borgesie i Cortazarze, parę faktów i spostrzeżeń na temat każdego z nich (autorka wyraźnie większą sympatią darzyła tego drugiego), ale na pewno nie tyle, by zaspokoić ciekawość ich wielbicieli.

Najdziwniejsza, moim zdaniem, historia opisana przez Chadzyńską, dotyczy pisarza obecnie mniej znanego. Na jego książkę natknęła się tuż po śmierci męża i zachwyciła się zrozumieniem poczucia smutku i utraty przez autora do tego stopnia, że uznała go za bratnią duszę i doprowadziła do spotkania z nim. Pisarza zafascynowała opowieść o Bogdanie, zmarłym mężu Zofii i postanowił napisać o nim opowiadanie. Kiedy dzieło było gotowe przesyłał je Chądzyńskiej. Ta po przeczytaniu z przerażeniem stwierdziła, że autor zupełnie inaczej widział ją i jej męża.  Okazało się ze cudowne porozumienie było ułudą, a jej historia sprowadzona do groteskowej opowieści o podstarzałej kokietce i histerycznym hipochondryku.

Kiedy tak myślę o tej przygodzie Zofii, zastawiam się w jakiej części zadecydowała  ona o wyborze zawodu przyszłej tłumaczki? Na pewno zmotywowała Zofie do napisania własnej książki. Ale czy nie stała się też, podświadomie, przyczyną poszukiwań translatorskich? A może jestem kolejną osobą błędnie pojmującą Zofię?

mowa o:

chadzynska

13 uwag do wpisu “tłumaczka

  1. O, a to dzisiaj Dzień Tłumacza? Zapomniałam…
    Ta autobiografia jest całkiem ciekawa, z tym że niektórym może przeszkadzać, że Chądzyńska unikała plotek i poruszania spraw zbyt osobistych. Niewiele napisała o sobie, niewiele o autorach, których tłumaczyła. Mnie najbardziej zainteresowała historia przygarnięcia psa, którego nazwała Drabem. Wzruszające to było.🙂

  2. Koczowniczka: sama się zorientowałam tylko dlatego że siedzialam wyjatkowo w domu i słuchałam radia ☺A historia Draba świetna zgadzam się 😊Jeszcze o Gosposi było sympatycznie napisane.

  3. Ja akurat wczoraj sporo wędrowałam po blogach, a nigdzie nie widziałam wzmianki o Dniu Tłumacza. Mam wrażenie, że w zeszłym roku to święto było bardziej podkreślane.
    O tak, o Gosposi fajnie się czytało. Mnie jeszcze zaciekawił fragment o tym, że Chądzyńska nie rozróżniała ludzkich twarzy. Narażało ją to na wiele nieprzyjemnych sytuacji, bo wiadomo, wielu ludzi obraża się, kiedy ich nie witamy.
    Niestety, nie czytałam żadnej książki tłumaczonej przez Chądzyńską. Powieści przez nią napisane czytałam (chyba trzy, już dobrze nie pamiętam), ale jej tłumaczeń jeszcze nie.

  4. Koczowniczka: Mnie sie wydaje że to nierozróżnianie twarzy lekko naciagane jest😉. Jesli nie czytałaś tlumaczen Chadzinskiej to znaczy że nigdy nie czytałaś Cortazara? U mnie jest odwrotnie: tłumaczeń parę znam za to książek samej Chadzyńskiej w ogóle.
    patrycja: Wątków tłumaczeniowych tam na lekarstwo, ale życie Chądzynska miała na tyle ciekawe, że jakoś te braki kompensuje opowieściami o własnych losach całkiem dobrze.

  5. Młodzieżowe powieści Chądzyńskiej dobrze się czytało nawet w liceum. A po lekturze „Przez ciebie, Drabie!” dog niemiecki stanął nawet na czele listy priorytetów życiowych😉 Ale koty wygrały.

  6. Tłumaczka legenda. Szansa, że otworzy się któryś ze starych tomów prozy iberoamerykańskiej i pojawi się inne nazwisko niż Chądzyńska jest niewielka.;)

  7. maiooffka: Mnie w ogole nie udało się spotkac z Chądzyńską w wersji pisarskiej. O tym, że była nie tylko tlumaczką ale i autorka dowiedziałam sie dopiero z lektury autobiografii.

  8. czytankianki: Jestem przekonana, że masz rację. Dobrze było się dowiedziec jak dziwne ścieżki zawiodły ją w strony jej, jak sie okazuje, powołania.

  9. Buksy, przed erą internetu poznawanie pisarzy i literatury w dużej mierze było chyba kwestią przypadku. Przynajmniej dla mnie tamten czas to chaotyczne wyprawy po omacku i bez planu🙂 Chądzyńska, jak wielu innych młodzieżowych autorów (tak ich wszystkich zaetykietkuję roboczo), po prostu stała na półce miejskiej biblioteki dla dzieci i młodzieży. A ja czytałam WSZYSTKO po kolei. Do tej pory pamiętam, który autor stał w którym rzędzie i na jakiej wysokości. Pewnie obecnie Harry Potter i wampiry zmieniły już układ zbiorów bibliotecznych😉

    A zapomniałam chyba zapytać: czy warto inwestować w „Przejęzyczenie”? Bo może podczytujesz, skoro w temacie przekładów jesteś. Czy lepiej „O nich tutaj” szukać? Żadnej z nich biblioteki okoliczne nie zakupią, więc mogę sobie z czystym sumieniem coś sprawić🙂

  10. maiooffka: Masz racje co do przypadku, ale wydaje mi sie ze w dobie internetu ten przypadek nie został wykluczony. W końcu na palcach jednej reki można policzyc książki, o których ktos wypowiada sie w necie krytycznie. Z reguły czytuję pełne entuzjazmu wypowiedzi na temat nowinek wydawniczych. I ciągle wole liczyc na wlasny instynkt czytelniczy niz opinie większości internautów czy reklamy wydawców (zwłaszcza że coraz częściej te pierwsze są równoznaczne z drugimi).
    A jesli chodzi o ksiazki o przekładach to niestety w tej chwili nic na ten temat nie mogę powiedziec, bo Przejęzyczenia jeszcze ciągle nie czytałam, a O nich tuaj nawet nie widziałam.

  11. Wydaje mi się, że jednak dzięki internetowi mamy szerszy kontekst. Czytając o nowościach, o klasykach, o ciekawostkach i fenomenach wybieramy bardziej świadomie to, co wydaje się dla nas najbardziej odpowiednie. Internetowa baza danych nie zwalnia nas z procesu eliminacji, weryfikacji – kiedyś też ktoś nam coś polecał i albo mu się wierzyło, albo wiadomo było, że czyta „inaczej”od nas, więc to żaden trop. Ale jednak książki czytałam najpierw po kolei jak biblioteka ustawiła – tak stały na półce, autorami i seriami – a potem dość przypadkowo: bo polonista coś powiedział, albo ktoś przy mnie oddawał w bibliotece. Nie miałam nic do stracenia, bo nie wiedziałam jak mało jest czasu i jak dużo roboty czytelniczej w życiu😉
    Nauczkę też już dostałam: półki uginają się od byle jakich książek, upolowanych kiedy jeszcze wierzyłam w ekscytację tłumu. Bo jednak większość się myli. Zazwyczaj. Widać to po ocenach na portalach czytelniczych, ale i po bibliotekach choćby. Przynajmniej w tej mojej: 90% nowości to romanse i sensacje – są podobno czytane zawsze i w każdej ilości. Internet tylko oddaje ten trend i już. Ale bez internetu nie trafiłabym na Michela Crummeya, na kryminały Świetlickiego, na „Krystynę córkę Lavransa” (nawet klasyka wymaga sieciowego aplauzu godnych zaufania ludzi!) albo Davida Mitchella. Wybaczę więc internetowi Elif Shafak, Jaume Cabre czy nieszczęsną „Grę o tron”, której zmęczyć nie mogę. Mea culpa, za szybko kupuję, za naiwnie wierzę w literackie objawienia😉

  12. maiooffka: dlatego napisałam o opinii większości internautów a nie wszystkich bo na szczęście są wyjątki którym z reguły mogę zaufać😉. Tez przyznaje ze gdyby nie szperanie po blogach nie trafiłabym na kilka niezłych książek jak słynna Pełnia życia Panny Broodie czy Zamknięte Drzwi Magdy Szabo. Jednak muszę przyznać, że internetowe odkrycia są bardziej udane w przypadku starych wydań. Z nowościami bywa znacznie gorzej. Choć pewnie nie wpadłabym na genialną Ivy Compton Burnett gdyby nie Twoja rekomendacja🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s