Miesiąc: Grudzień 2014

salon porzuconych, cz. 1

salonik

Stefan nie mógł się zdecydować, czy wolałby mundur galowy czy skierowanie na wczasy siedmiodniowe w Warszawie, które dostają tylko przodownicy o nieposzlakowanej opinii. czy ty sobie, Dziunia, wyobrażasz, swojego Stefka w Warszawie? To by dopiero było reumatycznie!

Joanna Bator Piaskowa Góra, str 39 

Mija trzeci dzień bookmas’u i oczywistym się staje, że nie będę w stanie każdego dnia opowiadać o świeżo przeczytanej książce. Dlatego czasem będę musiała opowiedzieć o tych tytułach, których nie przeczytałam. Dzisiaj więc pierwsza część tego nowego cyklu, utworzonego również i ku przestrodze czytających lub szukających pomysłów na książkowe prezenty.
Musze zacząć od książki po której sobie sporo obiecywałam, czyli pierwszej części cyklu o Jadzi Chmurze. Ponieważ zaczęłam od końca, czyli od Chmurdalii i zaciągnęłam się tą lekturą mocno, radośnie i na długo, to szybko podjęłam postanowienie o kupnie i przeczytaniu Piaskowej Góry. Kiedy już książkę miałam na półce, jakoś dziwnie wokół niej krążyłam, ledwo muskając to wzrokiem, to ręką, ale na pełne otwarcie, wczepienie się w tekst, ciągle się nie decydowałam. W końcu powiedziałam sobie basta, czas wrócić do Jadzi, zanim Jadzia i jej przyległości całkiem się z mojej pamięci wyprowadza.
Początek był taki. jak się mniej więcej spodziewałam. Jadzia jako la jeune fille jest apetycznym i lekko tumanowatym stworzonkiem, skłonnym do wzruszeń i naiwności. Szybko więc wpada w ręce niejakiego Stefana, przodownika górniczej pracy. Stefan bierze Jadzię w obroty raz, dwa ,trzy, niestety obejmuje też w posiadanie całą akcję książki. Nadając jej szaleńczy, pijacki rytm. Ale jakoś to tempo bym przeżyła, nie mogłam za to zdzierżyć stefanowej filozofii dobrego życia w epoki wczesnego PRLu.
Trabant, segment i meblościanka, barek z koniakiem i kryształem, powtarza się stefanowa piosnka, i szybko urasta do rangi groteski. Stefan staje się karykaturą wszystkich małych dorobkiewiczów tamtych czasów, kreśloną gruba krechą i z wyraźną pogardą autorki. Robi się nużący, a to jak traktuje go pisarka, sprawia, że zarówno twórca, jak i jego dzieło tracą sympatię czytelnika. Cóż, że dziarskie to i z przytupem, kiedy ma się po kilkudziesięciu stron dość tego pohukiwania, obiecywania, oplatania w kółko radosnych dyrdymałów. W moim przypadku niechęć pojawiła się i rosła tak szybko, że bez żalu porzuciłam książkę po czterdziestu stronach.

mowa o:

Piaskowa

Reklamy

czytający detektyw

zgniecione

Być może – odparł Strike- ale nie wiemy, czy morderca pisze.

-Och w dzisiejszych czasach prawie wszyscy piszą – odpowiedział Fancourt – cały świat pisze powieści, ale nikt ich nie czyta.

Robert Galbraith Jedwabnik, str 419

Gdzie ta akcja, sensacja, gdzie dowody na to, że ta część serii jest lepsza od poprzedniej? Zajęczałam w duchu przy napoczynaniu kolejnego tomu przygód detektywa Strike’a, którego pierwszych sto tron wlokło się smętnie. Doszło do tego, że zaczęłam zwracać uwagę na styl. I zastanawiać się, czy wyłuskane przez mnie perełki, takie jak na przykład pełna znaczenia refleksja „ Czy Astis był w stanie zrozumieć umysł, który wyhodował plan zbrodni na cuchnącej glebie wyobraźni samego Quine’a? (ibidem. str 157) zawdzięczają swoją obecność w tekście żyznym połaciom imaginacji autora, czy też tłumacza.
Na mniej więcej sto osiemnastej stronie Strike odnosi kolejną kontuzję swojej okaleczonej nogi, co słusznie odczytałam jako sygnał zbliżającego się strasznego wydarzenia. I tu znowu muszę zrobić mały odskok od akcji. Bo już przy pierwszej części  historii Strike’a zwróciłam uwagę na to, że jak poprzedni bohater Rowling, nasz dzielny detektyw odczuwa zwiększone dolegliwości w zabliźnionych ranach, gdy tylko zbliża się do złych ludzi lub miejsc zbrodni. Harrego, jak pamiętamy, napadał ból w bliźnie na czole, Strike’a atakuje rwanie w nodze. Jakby obydwaj panowie byli wyposażeni w detektory zła w miejscach, gdzie niegdyś to zło ich zaatakowało. Trochę to grubymi nićmi szyte. Na dodatek empatyczny czytelnik, którego podczas lektury przygód Harrego prześladowały migreny, w trakcie czytania o Strike’u na bank będzie czuł łupanie w rzepce kolanowej.
Na szczęście przyśpieszające tempo akcji jest w stanie uśmierzyć te czytelnicze dolegliwości. Tym razem zbrodnia jest  tyleż pełnowymiarowa, co obrzydliwa. Autorka zdecydowała nawiązać do, klasycznych już w kryminałach, motywów kanibalizmu i trzeba przyznać, że dziwaczna jatka robi wrażenie nie tylko na powstrzymujących mdłości bohaterach. Mnie też się jeść przy niektórych momentach książki odechciało.
Za to czytać chciało mi się cały czas, zwłaszcza, że suspens zaplątuje się wokół wydawców i pisarzy, a taką przynętę, jak wiadomo, zawsze łapnie nałogowy czytelnik. Nie inaczej było ze mną. Na dodatek atmosfery całej opowieści dodaje wspaniały atak zimy, który piętrzy przeszkody w odnalezieniu przestępcy.
Coraz bardziej ekscytująca zagadka, tłum dziwacznych postaci, aura doskonale pasująca do końca listopada, wszystko to sprawiło, że zaczytałam się do tego stopnia, że książkę kończyłam o pierwszej w nocy w poniedziałek. I zamykając ją z żalem pomyślałam, że na kolejną cześć trzeba będzie pewnie długo poczekać.

mowa o:

Cormoran

bookmas i inne zawiłości

Kalendarz

Właśnie snując się po sieci wpadałam na hasło Blogmasu. A zaraz potem na pomysł zaadoptowania go na potrzeby bloga książkowego, pod lekko zmienionym tytułem bookmasu. Chodzi w tej zabawie o to, by codziennie w okresie od 1 do 24 grudnia zamieszczać na blogu nowego posta. A jeśli ma to być w wersji bookmas to wiadomo, że posty będą dotyczyły czytania. Coś mnie kusi żeby spróbować i zobaczyć, jak to i czy to wyjdzie.
Na dobry początek chciałam zacząć od listu do Świętego Mikołaja, ale wyłożyłam się już na pierwszym punkcie. Który miał zawierać prośbę o następną cześć biografii Janion. Na jej zajawkę natknęłam się w grudniowym wydaniu magazynu Książki i natychmiast zachciało mi się całości.
Już samo zdjęcie Janion z krasnalem i plastikową stopą wprawiło mnie w zachwyt. A to co naopowiadała w opublikowanym fragmencie sprawiło, że rzuciłam się w siec i zaczęłam łowić informacje na temat tego, kiedy książka będzie do nabycia. No i się zamotałam. Bo tytuł widnieje wszędzie pod hasłem produkt niedostępny. Dla większej zmyłki data publikacji jest raz z kwietnia raz z grudnia 2014. Żaden święty chyba tutaj nie pomoże, zwłaszcza, że Kazia Sz. do ulubienic istot mieszkających w niebiosach pewnie nie należy. Pozostaje smętne krążenie wokół księgarń wirtualnych i realnych i prośba do zaprzyjaźnionych blogerów o wsparcie w rozwikłaniu tej zagadki.

mowa o:

Prof