jadzik, stosik i listeczki

Liscie 6

Ależ dzisiaj wiało! Dudniło po kominowych przewodach, przewracało doniczki i zaśmiecało balkon. Świstało mi po plecach, szarpało włosami, kiedy poszłam ten bałagan ogarniać. Wreszcie zagnało mi do głowy dziwne pomysły. Podobno niedobre, bo pokazywanie stosów na blogach już od dawna jest badziewne. A teraz, kiedy zaczęto pisać o książkowych blogerach w prasie, i to ogólnokrajowej, to wypadałoby się wspiąć na poziom wyższy, niż pstrykanie fotek kupce książek. Jednak mnie kusi, żeby to zrobić, kusi też, żeby jeszcze kilka słów na temat tego, czytanego chyba tylko przez blogerów, artykułu powiedzieć.
Będę przynajmniej krytyczna, bo podobno blogerzy książkowi to krytyczni wcale nie są. Tylko siedzą i opisują, a właściwie przepisują treść przeczytanych książek. Tymczasem gdy tak siadłam i przeczytałam wspomniany artykuł, to ochota na streszczanie mnie nie naszła, ale na kilka uwag i owszem. Pierwsza to taka, że moim zdaniem nie o blogerów książkowych tak właściwie w nim chodzi, ale o to, jak usprawnić współpracę blogerów z wydawnictwami, tak, by ta ciemna i niekrytyczna masa o książkach pisząca nadawała się bardziej do lansowania produktu, który łatwy do marketingu nie jest.
Tu nasuwa się automatycznie następna refleksja, że równie trudno się sprzedaje prasę o literaturze traktującą. Stąd pewnie i pomysł zwrócenia uwagi na element będący jednocześnie potencjalnym nabywcą, jak i marketingowcem i urządzenia spotkania z blogerami w redakcji magazynu Książek. Po części nawet cel został osiągnięty, bo każdy bloger, który na tym spotkaniu był, o magazynie napisał. Jednak nie mogę również oprzeć się wrażeniu, że bohaterowie artykuliku zostali niewąsko nabici w butelkę. Bo choć oni magazyn Książki dzielnie i entuzjastycznie zareklamowali w swoich notkach, to już sam magazyn nie uznał za stosowne odpowiednio się odwdzięczyć. I szanowna redakcja, zamiast wrzucić artykuł o spotkaniu w tym wydaniu magazynu, o którym tak głośno dzięki blogerom było, zarówno samo wydarzenie jak i jego uczestników zignorowała. Niejako potwierdzając w ten sposób, że blogerów można sobie spokojnie lekceważyć.
Bo niestety takim gestem było wrzucenie artykułu o nich na 16 stronę gazety codziennej, na dodatek w dniu, kiedy wszyscy mieli chęć do czytania wyłącznie informacji na temat expose świeżo upieczonego Premiera (Który, miejmy nadzieje, priemierożką nie zostanie). W ten sposób artykuł stał się watą uzupełniającą wydanie, na dodatek watą niedbale upakowaną, gdzie wrzucono zamaszystym gestem zarówno wypowiedzi osób stricte o książkach piszących jak i tych, które zajmują się nie literaturą, ale kulturą masową. Wyszło w rezultacie na to, że blogerzy książkowi to nieliczące się środowisko które nie może liczyć nawet na porządne potraktowanie przez prasę fachową. Takie to miodzio piołunem podszyte z tego uwarzono.

I choćby redakcja się tłumaczyła, że zrobiło się gorzko, gorzko po to, żeby dać sobie buzi, to wydaje mi się, że zamiast nadstawiania policzka moi współblogujący towarzysze powinni posłużyć się innym gestem, cytując wspaniałe słowa wieszcza:

Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajką wytwornych pind na kupę,
Rębajły, franty, zabijaki,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.
(…)
Co w Bochni, Stryju i Krakowie
Szerzycie kulturalną francę !
Którzy chlipiecie z “Naje Fraje”
Swą intelektualną zupę,
Mądrale, oczytane faje,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.
(J.Tuwim)

A teraz, w ramach szerzenia blogowej tradycji i eksponowania tego, co bloger książkowy ma najlepsze, mój pilnie uskładany, jesiennie uformowany kompost literacki, którym mam zamiar użyźniać sobie umysł przez najbliższe miesiące:

stosW stosie jest:

1. Kolejny Barnes, tym razem o Francji i zdaje się, że znowu o Flaubercie.

2. Listy Virgnii Woolf do najbliższych, w sam raz na jesienną melancholię.

3. Wszystko o Sally, a tak na serio to wszystko o nudzie życia we dwoje.

4. Kryminał słynnej autorki Harrego Pottera.

5. Długo oczekiwany dalszy ciąg opowieści o Księgogrodzie.

6. Mój letni bestbaj, czyli Iwaszkiewicz za 6,90.

7. Podarunek od Ani, o jakże adekwatnym tytule.

8. Noblistka, kupiona z adnotacją osobistą, że tym razem to już przeczytana będzie na pewno.

9.Ramotka o dawnych czasach, oby się okazała urocza.

10. King do należytego świętowania Halloween.

11. Znaleziona w bibliotece biografia Colette.

12. Opowieść o życiu i zmyśleniach Czajki Stachowicz.

Last but not least: żadna z tych książek nie stanowi podarunku, prezentu bądź okupu recenzyjnego od jakiegokolwiek wydawnictwa. Jak i wszystkie pozostałe książki na tym blogu opisywane.

liscie 3

27 uwag do wpisu “jadzik, stosik i listeczki

  1. Ależ – nikt nie czyta książek, nikt nie czyta gazet, nikt nie czyta blogów czytelniczych (oprócz blogerów, którzy desperacko tracą czas na wszystkie te rzeczy ;P ). Szkoda nerwów.

    Wassmo mi zabrakło w tym zestawie, obu/choć jednej 😉 To wybór czy tymczasowa zwłoka? Bo wolałabym przed zakupem (a kusi) poznać Twoją opinię. Oczywiście tylko dobrowolną – nie zamawiam recenzji, więc nie płacę ;D

  2. Przeczytawszy artykuł (dopiero teraz, dzięki linkowi u ciebie) również nasunęło mi się wiele uwag krytycznych, niektóre związane z wypowiedziami samych blogerów, z którymi nie potrafię się zgodzić. Nie chcę się jednak wdawać w dyskusję z wypowiedziami czy to autora, czy kolegów blogerów, natomiast zgadzam się z Twoją. Może też podchodzę do pisania bloga inaczej niż spora część blogosfery, bowiem nie interesuje mnie ani współpraca z wydawnictwami, ani otrzymywanie książek, czy innych produktów do testowania, ani branie udziału w konkursach popularności, czy rankingach na bloga roku. Dla sprostowania nie widzę w tym nic złego, tyle, że to nie dla mnie. Kwestia zamieszczania stosików-🙂 Nie lubiłam ich zamieszczać, choć sporadycznie zamieszczałam, ale lubiłam je oglądać u osób, których literackie zainteresowania choć w części pokrywały się z moimi. Twój stosik to stosisko niezwykle różnorodne, co bardzo mi się podoba.

  3. Podobają mi się słowa o „nabiciu w butelkę” uczestników pamiętnego spotkania i sformułowanie „okup recenzyjny”. Trafnie uwypuklają clou całej historii z awanturą o etos blogera książkowego. Prawdę mówiąc, pozostaje tylko współczuć, bo entuzjazm i najlepsze chęci sromotnie zemściły się na chętnych i rozentuzjazmowanych. Być może w tym momencie narażę się wielu, ale mam nieodparte wrażenie, że tak to właśnie się kończy, kiedy namiętnie deklarowana zewsząd pasja i niezobowiązująca, miła sercu amatorszczyzna zaczyna sromotnie przegrywać z rozbuchanymi rojeniami o posłannictwie, misji, niedocenionym należycie zaangażowaniu.

  4. Bazyl;😉
    maiooffka: ano szkoda się emocjonować, jednak czasem przychodzi ochota zakrzyknąć ze król jest nagi. Choćby po to żeby biedaka nie myślał, że w gronostajach chodzi i zapalenia płuc grożącego śmiertelnym zejściem nie złapał😉.
    Wassmo, jejuniu, nawet nie wiem co to takiego, chyba przeceniasz moje wiadomości literackie.
    guciamal: mamy wolność słowa podobno, wiec każdy może mówić co mu się podoba i używać bloga do sobie obranych celów. Ale nie powinno się moim zdaniem kategoryzować i uogólniać. Tudzież mamić blogerów tymczasową sławą, podczas gdy tak naprawdę wykorzystuje się ich jako darmowych rozpowszechniaczy reklamy. Z innymi blogerami tez nie będę polemizować, bo piszę sobie tego bloga dla własnej przyjemności rozmowy o książkach z innymi, znającymi się na rzeczy osobami, a nie celem dyskusji na temat tego, czy i jak się redaktorom i wydawcom przypodobać.
    Miło że stosik przypadł Ci do gustu, choć sam rytuał zamieszczania mocno jest passe😉
    Jabłuszko: Obawiam się, że mnie też ten post sympatii niektórych znanych blogerów pozbawił, ale mówi się trudno, czasem chce się powiedzieć prawdę w oczy. Mi się właśnie wydaje, że urok blogów polega między innymi na tym, że są to subiektywne i spontaniczne wypowiedzi osób o bardzo różnych zainteresowaniach, a nie elaboraty ambitnych i co tu kryć, często nudnych, rzeczoznawców.

  5. Może i tak. Czasem człowiek musi, inaczej się udusi😉 Ale że tekst, jak sama słusznie zauważyłaś, nie miał na celu przyjrzenia się blogosferze czytelniczej, a jedynie dookreślenie wymagań marketingowych dla osób wynajmujących posty na swoich stronach (szybko, profesjonalnie, pozytywnie, bezpłatnie), to też trudno traktować go w kategorii rzetelnej analizy zjawiska społecznego. Bo z czym tu polemizować w takim ujęciu?

    Wassmo -> Księga Diny. Pamiętam, że za mojego blogowego szczenięctwa to był już rarytas i biały kruk, polecany, wychwalany, a nie do zdobycia. I teraz wznowiono i Księgę Diny i wydano „Stulecie” tej norweskiej autorki. Dwie skandynawskie sagi kobiece, więc sądziłam, że będziesz w nie celować na zimę🙂
    A skoro już się tak rozzuchwaliłam i składam listę nie-zamówień na nie-recenzje, to widziałaś już zapowiedzi powieści Ivy Compton-Burnett w Nowym Kanonie? Też jestem skłonna poczekać na Twoje podsumowanie wrażeń z lektury jakby co😀

  6. Mnie akurat artykuł mało obszedł chociaż kilka pozycji zdobyłam do tak zwanej recenzji.
    Recenzji pisać nie umiem, ale uważam, że recenzje piszą krytycy literaccy, a blogerzy po prostu prezentują książkę i ją krótko opiniują. Długich wywodów i tak chyba nikt nie czyta do końca. Chociaż może.
    Łechtało jednak moją próżność, gdy Pani z wydawnictwa pochwaliła to co napisałam.

    Stosik ciekawy bardzo.
    Będę kukać, by poczytać Twoje wrażenia związane z nimi .

  7. Zacny stosik🙂 Mam apetyt na listy Virginii Woolf, „Bezsenność” z kolei to taka trochę nietypowa powieść w dorobku Kinga – mocne wątki społeczne przeplatać będą się z pewnym konceptem mechanizmu wszechświata. „Wołanie kukułki” bardzo przypadło mi do gustu – J. K. Rowling potrafi pisać nie tylko fantasy !
    Miłego czytania życzę🙂

  8. Dokładnie, niech każdy pisze co mu w duszy (lub gdzie indziej) gra. Też nie lubię uogólnień i też odniosłam wrażenie, że ktoś tu został wmanewrowany.

  9. maiooffka: Stulecie faktycznie kojarzę, pamiętam, ze niedawno przeglądałam te książkę, ale w końcu zdecydowałam na nie, bo jakoś mi się skojarzyło, że może być podobna do Kobiety 1000 stopni, a drugi raz takich strasznych historii nie zniosę. Ivy Compton-Burnett, i tym razem mnie zaskoczyłaś, ale szybko wyguglałam i faktycznie jest to coś, co mogłoby mnie bardzo zainteresować. Dzięki za podpowiedź🙂
    natanna: No właśnie, recenzje zostawmy krytykom i analitykom literackim publikującym dla pism fachowych, my piszemy sobie notki o książkach po prostu. I też mi się wydaje ze długich wpisów na dodatek najeżonych specjalistycznym słownictwem i literaturoznawczymi wtrętami nikt by na blogu nie czytał. Myślę, że trzeba stać przy starym dobrym haśle „róbmy swoje” i wszytko potoczy się dobrze🙂.
    tommyknocker: Listy Virginii traktuje jako uzupełnienie Chwil wolności, myślę, że się nie zawiodę. Bezsenność została mi zarekomendowana jako King w wersji humorystycznej, wiec się zaciekawiłam i skusiłam. O Kukułce czytałam bardzo różne opinie, więc stwierdziłam, że najlepiej przekonam się jak jest naprawdę biorąc książkę do czytania.
    guciamal: No niestety, rodzimi spece od marketingu książek trochę się zagalopowali. I kto wie, czy nie przeliczyli.

  10. Buksy, artykuł okazał się kubłem zimnej wody wylanym na rozgorączkowane głowy tych blogerów, którzy święcie przekonani o doniosłości swoich blogowych poczynań i kooperatyw, nie zorientowali się, że się na nich po prostu żeruje. Że ich blogowanie wcale nie jest postrzegane jako ważne i nadzwyczajne posłannictwo, a ich blog to po prostu marketingowa kobyła, którą, gdy ją odpowiednio zanęcić, ochoczo pociągnie wóz tam, gdzie woźnica będzie mógł zarobić. Tak to widzę i stąd właśnie afera z negatywnym odbiorem artykułu: bo się zderzyły ze sobą naiwność z wyrachowaniem, a niektórym nagle otworzyły się oczy. Teraz larum grają jakże to ich poniżono, za dobre chęci odpłacając ciosem pałką i niemiłą insynuacją. Jak tak sobie czytam te wszystkie poartykułowe narzekania i biadolenia na niewdzięczność ludzką, chciałabym mieć nadzieję, że terapia szokowa da jednak do myślenia i blogosfera książkowa nie stanie się karykaturą samej siebie, tak jak ma to miejsce w przypadku blogów modowych, lajfstajlowych czy, będących na dobrej drodze ku temu, blogów kosmetycznych chociażby. Jeżeli tak się przepoczwarzy, ja, jako czytelnik, podziękuję.

    A widziałaś biografię Virginii Viviane Forrester? Niedawno u nas wydali.

  11. Jabłuszko: Bo blogerzy książkowi czekali latami na to, że ich ktoś wreszcie zauważy i kiedy to się prawie stało zachłysnęli się entuzjazmem, nie zwracając pilniejszej uwagi na to, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Jakby się sytuacja nie rozwinęła, wydaje mi się że w przypadku blogów książkowych zawsze zostanie klika dobrych niszowych,których autorzy wolą sobie spokojnie i po cichu o książkach pisać i rozmawiać, bez poszukiwania większego rozgłosu. Są jeszcze blogi książkowe kompletnie nienośne marketingowo z punktu widzenia wydawców, na których opisywane są niemal wyłącznie tytuły z antykwariatów, wyprzedaży czy domowych biblioteczek.
    Nie przeglądałam tej biografii Woolf, pewnie z tego powodu, że na półce mam przeczytaną biografię Virginii autorstwa Quentina Bella, jej siostrzeńca. Ale pewnie te nową do przejrzenia w księgarni wezmę, choćby po to żeby zdjęcia pooglądać😉

  12. Mam nadzieję, Buksy, szczerą nadzieję, że spokojne pisanie i rozmawianie o książkach (również tych starszych, antykwarycznych) pozostanie nadal priorytetem na blogach – wedle zasady „róbmy swoje”, o której wspomniałaś wyżej. Tylko, kiedy czytam wypowiedzi będące pokłosiem artykułu GW, w których blogerzy utwierdzają siebie i innych w słuszności roszczeń finansowych za recenzowanie książek, a gratyfikacje te mają być jakoby wyznacznikiem odpowiedniego statusu autora bloga i rękojmią porządnej, fachowej blogerskiej roboty, to się zaczynam niepokoić. Mam taką dziwną pewność, że tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, profesjonalne kursy prowadzenia bloga, książki dostarczane na mocy zawodowych porozumień i układów czy liczba odsłon bloga, pasja czytania, miłość do książek i chęć rozmowy o nich ze swojakami, o których to wartościach rozpisują się z ogniem urażeni blogerzy, schodzą na drugi albo i trzeci plan. Obawiam się, że jeżeli trend się umocni, blogosfera książkowa rozwinie się w takim kierunku, że zwykły czytelnik bloga znajdzie na nim niewiele lub nie znajdzie zgoła nic dla siebie. Rozwiązaniem byłaby, według mnie, całkowita rezygnacja blogerów z egzemplarzy recenzenckich i skupienie się tylko na pozyskiwanej prywatnie lekturze, ale już to widzę! Tym bardziej, że na podtrzymywaniu znajomości z wydawnictwami i mediami, a co za tym idzie, wizji ugruntowywania profesjonalnego obrazu swojego bloga w rzeczywistości pozablogowej części osób bardzo zależy. Cieszy mnie tak zwyczajnie, po ludzku, że, jak piszesz, są nadal te nienośne marketingowo blogi, których autorom nie zamarzył się nagle wielki świat🙂

  13. Jabłuszko: po prostu trzeba się będzie sobie wyostrzyć zmysły żeby takie blogi móc znaleźć i zidentyfikować. A inne czytać z pełną świadomością, że ich zawartość jest, delikatnie mówiąc, zewnętrznie sterowana😉
    Bazyl: Barnes, wiem, wiem, ale może poczekam, aż się stanie trochę mniej modny😉

  14. Przeczytałam ten artykuł, zanim zauważyłam, że na blogach pojawiła się fala postów o owym blogowym spotkaniu. I w sumie jest mi obojętny. Jeśli ktoś uważa, że należą mu się pieniądze za to, że pisze o książce, niech ich żąda😉 Jeśli nie podobają mu się warunki współpracy z wydawnictwem – trzeba się szanować i nie współpracować. Krótka piłka.
    A generalnie śmieszą mnie jakieś zmagania o to, żeby dostać książkę za darmo. Trochę wysiłku i można każdą nowość wyłuskać z którejś z bibliotek – uważam, że są fantastycznie zaopatrywane, a już szczególnie w małych miejscowościach!
    (Magazyn Książki czytam w miarę regularnie, bynajmniej zachęty płynące z blogów nic do tego nie mają. To po prostu niezła gazeta.)

    A propos Twojej pięknej góry książek😉 Kilka chętnie bym podkradła, najchętniej Barnesa, lubię tego pisarza. Przeczytałam Wołanie kukułki – zgrabnie napisany, niezły kryminał. Na półce mam już jego kontynuację – Jedwabnika.

  15. Według Bennetta, do prozy Ivy Compton-Burnett nawet królowa angielska musiała dojrzeć czytelniczo, więc zawsze to jakieś małe wyzwanie po Prouście😉

    Barnes modny? Z uwagi na Bookery wypominane mu na okładkach, czy jedynie ten nowy tytuł obecnie? Albo to może noblowskie spekulacje przed jutrzejszym werdyktem?😀

  16. Ślubna herbata: Chyba się w trakcie naszych rozmów w komentarzach trochę rozmył temat który poruszałam. Nie chodziło mi właściwie o to, że niektórzy piszą bloga po to żeby mieć darmowe książki. Tylko o to, że z reguły kiedy redakcja jakiegoś magazynu zaprasza do siebie czytelników na specjalnie urządzone dla nich spotkanie, a tutaj czytelników tak szczególnych, jak ciągle niezauważani blogerzy książkowi, to potem taki magazyn zwykle publikuje u siebie artykuł o tym wydarzeniu. Tymczasem Książki zrobiły sobie reklamę, a potem na blogerów się, delikatnie mówiąc, wypięły. Stad moja sugestia by odpłacić pięknym za nadobne😉. By na przyszłość uniknąć sytuacji typu bloger zrobił swoje, bloger może odejść (na szesnastą stronę gazety codziennej ;)).
    Barnes na razie leżakuje, a dobre opinie o Kukułce bardzo mnie cieszą bo zawsze mam jesienią ochotę na nowy kryminał.

  17. maiooffka: Królowa angielska, przy całym szacunku dla jej majestatu, chyba nie należy do najbłyskotliwszych czytelniczek😉
    Barnes dosyć często występuje na blogach,tak mi się wydaje. To już jutro Nobel Literacki? Po ostatniej wygranej chyba nikt z kręgu pisarzy anglojęzycznych nie ma szans. Chętnie jako laureata widziałabym Oza albo Zagajewskiego. A może będzie to jakiś uciśniony pisarz rosyjski albo syryjski? Ukraiński? Bo o Murakamim w tej roli, mam nadzieję, możemy zapomnieć. A Ty masz jakieś swoje typy?

  18. Podobno jutro – specjaliści twierdzą, że z faktu, iż szanowne gremium tak szybko obrało zwycięzcę (tradycyjnie mają narzucony tylko czwartek października, dowolny), wnioskować można, iż nie było co do niego/niej żadnych wątpliwości. Tym bardziej ciekawi. I ta niepewność – które ceny jutro pójdą w górę ;P

    Dawno chyba nie promowali Afryki, więc może tam ukrywa się nowa gwiazda literacka. Co w zasadzie może nie byłoby takie złe, skoro mam wielkie problemy, żeby wskazać jakieś szanowane w kręgach literackich nazwisko z tamtego rejonu świata (choć nie wykluczam, że to tylko moje wąskie horyzonty).
    A tak prywatnie to ucieszyłabym się z sukcesu Mazzucco, Oates lub Krall. I trzymam kciuki za Philipa Rotha – niechby jako noblista trafił pod szkolne strzechy ku uciesze młodzieży ;D

  19. maiooffka: tez myślałam o Afryce, nazwiska niestety żadnego nie mogę podać bo za słabo znam pisarzy z tego regionu. Ciekawi mnie też bardzo, czy będzie to ktoś dobrze znany czy kompletnie nieczytany u nas autor.

  20. Albo znany, albo z Afryki😉
    A może Australia i Peter Carey? Tam również dawno nie było nobla. Chyba że Nowa Zelandia w osobie Eleanor Catton wyczerpała limit dla tego regionu na nagrody w następnej pięciolatce🙂

  21. maiooffka: Peter Carey mógłby być, ale chyba będzie to coś mocniej upolitycznionego. Tylko że nie mam pojęcia co, bo nie przepadam za tzw literaturą zaangażowaną.

  22. buksy, lawina ruszyła. Modiano jednak. Jeszcze kilka dni temu aukcje z jego taniutkimi książkami odkładałam sobie na zaś, w obserwowanych, a dziś pusto w moim koszyku😉
    I w takim razie bez niespodzianek, bo ponoć pan był rok w rok typowany. Pewnie jak u nas Zagajewski. Byle dożyć i każdemu się dostanie ;P

  23. 500lib: Dzień dobry🙂 Piosenka dobrana idealnie,dziękuję. Iwaszkiewicz powinien być bardzo dobry na planowanie wczasów i wyjazdów krajowych😉
    maiooffka; Aż chce się zakrzyknąć jak pięknie nasi wydawcy dali d… w tej sprawie😉. Jednak niektórzy nie dożyli, jak Nabokov czy Proust😉 A niektórym się nie dostało, na przykład takiemu Prusowi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s