zimówki

Ciągle chodzę w kozakach, nie wiadomo po co. Śniegu i mrozu ani śladu, zima tylko w kalendarzu, jeszcze przez parę dni. Trochę mi szkoda, że znowu mija ten czas dekowania się w cieple i cieniu zamkniętych pomieszczeń. Pokój z książką, sala kinowa, to miejsca gdzie najlepiej się czuję o tej porze roku. Do kina biegałam na ile się dało, choć program jak zwykle nie rozpieszczał.

Zaliczyłam głośnego Wilka z Wallstreet którego popularność zwalnia mnie raczej od jego opisu. Wrażenia miałam średnie, kolejny film balanga, na którym wyśmienicie i na dodatek nie za swoje pieniądze bawili się aktorzy.

W ramach wyciszenia obejrzałam Tajemnice Filomeny, gdzie łagodność Judie Dench ukoiła moje niepokoje wywołane brakiem słońca i przedwiosennym spleenem. To film-przypowieść, spokojny i prawie filozoficzny, na dodatek ze świetną obsadą. Taki balsam na duszę umęczoną współczesną walką  o przetrwanie i konieczne zwycięstwo. Otóż nie zawsze trzeba postawić na swoim mówi nam reżyser, pokazuje główna bohaterka. Czasem należy skinąć głową, powiedzieć parę mądrych słów i dać ponieść się życiu, nie starając się za wszelka cenę czegoś odwrócić lub zmienić.

Dla odmiany następny film miałam o ludziach walecznych, choć nie koniecznie do walki stworzonych. Monuments Men, czyli obrońcy skarbów to kino prawie akcji, z porządną obsadą wielkich lub pięknych amerykańskich chłopców. Akcja też szlachetna, o odzyskiwaniu dzieł sztuki po drugiej wojnie światowej. Oczekiwałam co prawda historii bardziej finezyjnej. Tymczasem był to sprawnie skonstruowany film wojenny, nie pozbawiony wzruszeń i anegdot, jak to w prawdziwym hollywodzkim wyrobie. Jedno jest pewne, podczas seansu spać mi się nie chciało, a po zakończeniu czułam na twarzy rumieńce. Czasem i dla takich wrażeń warto posiedzieć w kinie.

Kolorów pozbawił mnie zupełnie kolejny filmowy wybór. Właściwie to zabawne, że w zeszłym tygodniu dzień po dniu poszłam na filmy pozbawione akcji i jeden mnie udręczył, a drugi zachwycił. Na pierwszy wybrałam się, co tu kryć, pod wpływem lektury o Tomku Beksińskim. Mieszkaniec krypty, wielbiciel Nosferatu, zakręcił mnie na poszukiwanie wampirów. Jak wypatrzyłam w programie nowy film Jarmuscha, z Tildą Swinton na dodatek, to byłam zdecydowana, żeby go obejrzeć. Dla Tomka, w jego imieniu. I z własnego zamiłowania do zasłoniętych przed dziennym światłem okien. Spotkały mnie dwie niespodzianki. Po pierwsze Tylko Kochankowie Przeżyją było wyświetlane w ramach seansu tzw Kina Kobiet. Trafiałam więc na capstrzyk, gdzie usiłowano wcisnąć mi kolejno: bukiety z lilii, od których kicham, balsam do rąk, który wywoływał wysypkę i kupon na pizzę z zakalcem, wiec powodującą wzdęcia. Świetnie pomyślałam, wyobrażam sobie, jakby to wszystko Tomek zjechał. Choć może podobałoby mu się, że ludzie teraz w kinach nie żrą z szeleszczących torebek, tylko papierowych pojemników, wydających znacznie dyskretniejsze dźwięki. Sam film, litości! Zasługuje na laur najnudniejszego filmu dekady, a może i ostatniego dwudziestolecia. Blada Tilda leży na kanapie, przewraca kartki książki, od czasu do czasu sączy krew z eleganckiego kieliszka. Jej partner po drugiej stronie świata siedzi na sofie, ogląda kolekcje unikatowych gitar, zapodając wszelkie ich techniczne szczegóły. Też sączy. Wreszcie para się spotyka. Miejsce akcji: opuszczone Detroit. Miasto w którym zanikł urbanistyczny metabolizm zwiedzane przez cierpiące na chroniczną niedokrwistość istoty. Brak energii jest tu obowiązkowy, ale skąd pomysł na brak jakiegokolwiek życia? Owszem, na dziesięć minut pojawia się rozwydrzona młoda wampirzyca Mia, ale jest ona tylko chwilowym zakłóceniem. Potem, razem z bohaterami, film znowu popada w totalną anemię. Jedyne pięć minut zachwytu może wywołać końcowa piosenka. Reszta tylko senność i osłabienie.

Żeby te blade, ale trwałe wrażenia zatrzeć, jakoś zaradzic na filmowy niesmak, zaraz na drugi dzień obejrzałam Wielkie Piekno. Faktycznie. Film piękny jak sen, na dodatek, wyśniony przez samego Felliniego i to po mocnej trawce. Nawet patrzenie w sufit reżyser zamienia w dryfowanie po bezkresnym morzu. Jest tu wszystko co w Rzymie, co u Frederico najlepsze. Niezwykle typy (redaktor karlica została moim ulubionym). Snucie się bez celu po ulicach. Erotyka , szarady i zabawy towarzyskie. Główny bohater, wzięty dziennikarz, zaraz na początku oświadcza, że właśnie kończy 65 lat i nie ma czasu już na robienie rzeczy, których nie lubi. Prowadzi więc widza tropem swoich ukochanych czynności, pokazuje zwykłych ludzi, rzymskie bachanalia i zakamarki pełne dzieł sztuki. Przegląda najlepsze wspomnienia, obserwuje rzeczy niezwykłe, jak znikniecie żyrafy czy stado flamingów pasące się na jego tarasie. Może cały czas szuka, może tylko patrzy. Bierze udział w barwnych korowodach i podczas jednego z przyjęć wykrzykuje do gospodyni: Twoje wężyki są najlepsze, bo prowadza do nikąd. Chciałoby się powiedzieć: jak życie. Które dzięki taki filmom staje się i piękniejsze i większe.

warto:

Advertisements

4 uwagi do wpisu “zimówki

  1. „Wielkie piękno” ogromnie mi się spodobało. Muzyka, kolory, Rzym, satyra. Szłam z oporami, bo po głosach, że dłużyzna i film o niczym. Doprawdy?:) Wiadomość o Oscarze tym bardziej mnie zaskoczyła: a jednak nie taka nuda.;)
    Cudownie byłoby oglądać ten film w parze z „Rzymem” FF, do dzisiaj wspominam go z sympatią.
    Czy oglądasz stare włoskie filmy w południowm, niedzielnym paśmie w TVP Kultura? Ostatnio króluje Anna Magnani.

  2. czytankianki: też słyszałam, że Wielkie Piękno to gniot (może nawet z tego samego źródła ;)) Ale byłam filmem zachwycona i gdyby była taka możliwość (seans był jeden raz w ramach Klubu Konesera) to poszłabym na drugi dzień obejrzeć go raz jeszcze. Nie zwróciłam uwagi na włoskie południa w niedziele muszę sprawdzić co tam będzie w najbliższym czasie.

  3. O, ja ten film z chęcią zobaczę kiedyś ponownie, o ile będzie jeszcze grany w kinach, bo na małym ekranie to nie to samo.
    Widzę, że w najbliższą niedzielę szykuje się „Stromboli, ziemia Boga” Rosselliniego z I. Bergman, już się cieszę.;)

  4. Może w ramach jakiegoś kolejnego klubu filmowego w kinach będzie, kto wie. Ale i tak chcę go mieć na DVD, na własność. Rosselinniego chyba sobie daruje, jakoś za nim nie przepadam,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s