z mlekiem? cytryną? rumem? cukrem?

tea 12

Nie wiem, kiedy Anglicy wymyślili tak zwaną early morning cup of tea, czyli wczesną poranną filiżankę herbaty, ale musiało się to się stać w okresie, kiedy szatan miał na Wyspach Brytyjskich szczególnie silne wpływy. Bo trzeba wiedzieć, że w Anglii każdy, ale to każdy człowiek niezależnie od stanu majątkowego, statusu społecznego, wyznania, płci, poglądów politycznych czy zawodu, słowa nie wypowie, siusiu nie zrobi, firanek nie odsłoni, dopóki nie wypije filiżanki mocnej, aż pysk ściskającej herbaty. 

Mira Michałowska „Przez kuchnię i od frontu”, Str 11

tea 14

Herbatka ach herbatka, wzdycham co najmniej kilka razy dziennie, śpiesząc w stronę czajnika. Bo mam sentyment. Nie tylko do uroczej piosenki Starszych Panów , ale i do samego napoju, o którym tak ładnie wyśpiewywali. Od dzieciństwa wszystko co najmilsze kojarzyło mi się z herbatą. Kawa owszem, zawsze pachniała przyjemnie, ale występowała często z papierosem. Co oznaczało, że jest sprawą tylko dorosłych.

tea 18

Natomiast herbacie zwykle towarzyszyły ciastka i ploteczki. Mogłam więc w pełni uczestniczyć w rytuale jej picia, zajadając się smakołykami, popijając aromatyczny napój i słuchając ciekawych opowieści. I tak mi zostało do dziś. Kawę łączę w myślach ze zdenerwowaniem i pośpiechem, herbatę z miłym relaksem. Kawę piję nie częściej niż raz na tydzień, gdy potrzebuję dodatkowego bodźca by sprostać kolejnym problemom, herbatę piję znacznie częściej i z reguły czynność ta oznacza dla mnie odpoczynek.

tea 16

Dlatego tak świetnie rozumiem zamiłowanie Anglików do a nice cup of tea, a zwyczaju  herbacianego fajfa mocno im zazdroszczę. Ostatnio bardziej niż zwykle, bo podobno five o clock jak wszystko, co stare i trąci jeśli nie myszką, to lokiem na czole i spódnicą bombką, wraca znowu do mody. Coraz więcej jest chętnych nie tylko na szykowne spódniczki vintage, ale i na retro party, gdzie pogryza się kanapki z ogórkiem albo śliczniuchne ciastka i popija herbatkę. Sprawa jest do tego stopnia poważna, że napisano na ten temat książkę. Wzięła za to dziewczyna rozmiłowana w tego typu sprawach, która zawodowo już zajmuje się organizacja herbacianych przyjęć.

tea 19

Od kiedy dowiedziałam się o istnieniu rzeczonej książki, kombinowałam co zrobić, żeby ją mieć. Wreszcie po roku poszukiwań i przemyśliwań udało mi się ją kupić za pół ceny w sklepie, który księgarnią nie jest, za to stanowi dyskont wszystkiego, co angielskie. Książkę oglądałam i oglądam i cały czas się zastanawiam, na ile będę jej używała, a na ile po prostu będę ją mieć.

 tea 3

Wydana jest pięknie. To wręcz nowy gatunek, nie książka, a album kulinarny, a właściwie nie kulinarny, a sztuki użytkowej, jaką jest podawanie do stołu. Na wyszperanych na targach staroci i w desach najwyższej urody zastawach Angela Adoree serwuje potrawy, do których stworzenia nie trzeba wielkiego talentu kucharskiego, ale sporo drygu artystycznego. Niektóre pomysły zadziwiają prostotą, jak na przykład ten, by podać zapiekane grejpfruty z kropelką alkoholu i białą plamką śmietany na żółtym lub czerwonym, owocowym tle.

 tea 1

Każdemu przepisowi towarzyszy nie tylko rewelacyjne zdjęcie, ale i krótkie wprowadzenie, które ma za zdanie  opowiedzieć o potrawie ciut więcej, dodać jedną lub dwie rady na temat jej sporządzenia i wyjaśnić, dlaczego ten przepis autorka uznała za wart opublikowania. Do tego od czasu do czasu zamieszczone są instrukcje dla tych, których ogólnie urzekł vintage style of living. Można nauczyć się kręcić włosy a’la Merlin Monroe, przyklejać sztuczne rzęsy i kompletować stara porcelanę.

tea 17

Jedyne czego mi w tej książce brakuje, to, paradoksalnie, przepisów na herbatę. Jest kilka pomysłów na drinki z nią związane (czy teaquilla nie brzmi ciekawie?), ale nie da się tu znaleźć sposobów na stworzenie cudów z samej herbaty. Za to można i chyba warto dać namówić na mały powrót do dawnych lat. Do tego, jak kiedyś piło się herbatę. U nas, nie w Anglii, brało się do tego szklankę z koszyczkiem, czajniczek, cytrynę i suche ciasteczka czyli herbatniki. Pamiętacie?

mowa o:

vintage tea party

Reklamy

26 uwag do wpisu “z mlekiem? cytryną? rumem? cukrem?

  1. Z czasów mego dzieciństwa i młodości również pamiętam herbatę… z samowara. Stał na stole i babcia po mistrzowsku rozpalała węgielki pod pękatym zbiornikiem na wodę. Na górze umieszczano imbryczek na esencję. Najpierw podgrzewano w nim suche listki herbaty, a gdy woda w samowarze zawrzała wlewano do niego z kranika samowara wrzątek i przykrywszy, znów stawiano na górze do zaparzenia. W całym domu rozchodził się herbaciany aromat. Nie to co obecna herbata z torebeczek. W moim domu też jesteśmy miłośnikami herbaty. Najszczęśliwsza byłam, gdy córka przysyłała nam herbatę z Irlandii. Niestety w Polsce nie można jej dostać a córka wróciła już do kraju. Szukamy więc zwykle jakiejś dobrej, ale to, wbrew pozorom nie jest wcale łatwe.

  2. och, herbaty! z wczesnego dziecinstwa pamiętam jak moja prababcia odlewała mi zawsze ze swojej kilka łyżeczek, żebym nie miała za mocnej. a potem długo, długo nic, bo jako nieco większe dziecko za herbatą nie przepadałam. nie to, co teraz, niemal w każdą podróż jadę z zapasem herbaty! 😉
    a na wspomnianą ksiażkę też zwróciłam uwagę, naprawdę oko cieszy!

  3. Dość niesamowity zbieg okoliczności – ostatnio dzięki Ani zachwycałam się tą okładką:
    http://knopfdoubleday.com/book/212403/silent-house/9780307744838/
    Przedstawiona przez Ciebie książka jest rzeczywiście wysmakowana artystycznie i wywołuje głód herbaty, w każdym razie natychmiast pobiegłam do kuchni i sobie zrobiłam. 🙂 Najbardziej lubię zieloną. Kiedyś eksperymentalnie próbowałam pić herbatę z mlekiem, ale nie byłam oczarowana.
    Mnie też herbata kojarzy się z Rosją – koniecznie z konfiturami. 🙂
    „Na rzęsiście oświetlonym stole jaśniała w ogniach świec biel obrusu, srebro samowara i przezroczysta porcelana serwisu do herbaty.
    Pani domu usiadła przy samowarze i zdjęła rękawiczki Goście z pomocą dyskretnych lokajów poprzysuwali sobie krzesła, dzieląc się od razu na dwie grupy: jedna przy samowarze w pobliżu Betsy, druga na przeciwległym końcu salonu, dokoła pięknej żony zagranicznego posła.”

  4. Już miałam pisać, że zazdroszczę książki, po czym przypomniałam sobie, że także ją mam.;) Pamiętam ją bardziej z porad modowych niż kulinarnych, bo przepisów rzeczywiście w niej jak na lekarstwo. Ale do oglądania – cacko.;)

  5. maszynagocha: Niestety herbaty z samowara nigdy nie udało mi się skosztować, choć i u mojej Babci stał samowar, ale jako ozdoba jedynie, nikt nie potrafił go obsługiwać. Poszukiwanie idealnej herbaty doskonale rozumiem, mnie tez ciągle w pamięci tkwi smak herbaty, którą piłam kilkanaście lat temu w Stanach, i mimo ze kiedyś kupiłam herbatę, która z opisu wydawała się taka sama, przy pierwszym zaparzeniu okazała się zupełnie inna niż ta zapamiętana.
    patrycja: książka śliczna, prawda? na dodatek przepisy łatwe raczej do wykonania i dające efektowne rezultaty.
    Lirael: Faktycznie, wygląda na to, że pomysł na zdjęcie ściągnęłam z pokazanej przez Ciebie okładki książki 😉 Cytat z Anny Kareniny idealny, właśnie kiedy tak ją czytam, to ciągle trafiam na bohaterów popijających herbatę, może i stad po części pomysł na ten wpis 😉
    czytankianki: To niezłą sobie sprawiłaś niespodziankę ;). Przyznam Ci się po cichu, że się skusiłam i na drugą część, ale o tym opowiem przy innej okazji 😉

  6. Ja, razem z Żoną mą i Mmą Ramotswe, jesteśmy zwolennikami rooibosa, w każdej postaci i ze wszelkimi dodatkami (to znaczy to ostatnie, to my, bo Mma jest raczej purystką w tym względzie). Ostatnio zaś stałem się nałogowym żłopaczem kawy Inki i neofitą w popijaniu zielonej 🙂

  7. Doczytałam się, że książka ma nawet trzecią część Vintage Tea Party Year – może w niej jest więcej przepisów? Tom o słodkościach musi być świetny, na amazonie podejrzałam kilka zdjęć i są po prostu boskie.;) Lubię podobne publikacje, nawet jeśli można je tylko (?) oglądać i marzyć.;)

  8. Bazyl: Słyszałam o cudownym działaniu rooibosa i zielonej herbaty, ale ze mnie jest herbaciana konserwatystka i z uporem trzymam się herbat czarnych 😉
    czytankianki: Myślałam, że Vintage Tea Party Year to cześć druga, a trzecia to ta słodyczach? Książka od strony plastycznej jest moim z daniem majstersztykiem, chciałabym kiedyś zobaczyć naszą (vintage) kuchnię polską w podobnym wydaniu.

  9. W sumie nie ma znaczenia, która część jest druga, a która trzecia, bo i tak wszystkie trzy pewnie są wielkiej urody.;)
    Który okres uznajesz za vintage w polskim wydaniu?:)

  10. czytankianki: Vintage w polskiej kuchni? To pewnie też lata 50te,a nawet i 60te czy 70te. Ostatnio podziwiałam, niestety tylko w sieci, to wydanie przepisów kuchni polskiej:
    http://www.tabulabooks.com/Tabulabooks.com/Sugared_Orange_Coming_Soon.html
    To książka chyba najbliższa stylem i poziomem wydania pracy Angeli. Niestety, po pierwsze jest tylko w języku angielskim, po drugie na półkach naszych księgarń ciężko ją znaleźć, a po trzecie cenę ma mocno zaporową 😉

  11. Ja tam konserwatystą nie jestem i dlatego testuję najdziwniejsze mieszanki herbat wszelakich. Oczywiście wyłączając Nefrytowe Strzałki czy inne zbierane o świetle księżyca, na rozstaju dróg, w pierwszą sobotę lipca, drogastwa. Za to mam coraz większą chęć popróbować yerby 😛

  12. Polski vintage kulinarny nie jest dla mnie zbyt atrakcyjny ze względu na jego przaśność. Jak pomyślę o książce kucharskiej moich dziadków, to dostaję dreszczy.;( Zapewne nie byłaby tak okropna, gdyby nie fatalne zdjęcia. i tak z grubsza kojarzy mi się polska kuchnia sprzed lat.
    Fotografie w zalinkowanej przez Ciebie książce są naturalnie fantastyczne, ale niestety nie oddają prawdy o polskich sklepach i stołach. Jedzenie mamy pyszne, ale co tu dużo gadać, sztuki jego serwowania nie opanowaliśmy tak dobrze jak np. Brytyjczycy. Zaznaczam, że biorę poprawkę na uwarunkowania społeczne itp. To się zmienia, na szczęście, ale długa jeszcze droga przed nami.

  13. Bazyl:o Nefrytowej Strzałce nie słyszałam 😉 Ale mnie bardziej przerażają niż kusza wszelkie cuda, a niejeden eksperyment herbaciany przyprawił o porządny ból głowy.
    czytankianki: No może i przaśny nasz ten nasz wintydż food,a le takie naleśniki z dżemem na pewno są lżejsze od śniadaniowych amerykańskich pankejków z syropem klonowym. Że o szale na cupcakes nie wspomnę ;). Mi się wydaje że u nas w gole bardzo słabo jest z tzw estetyką życia codziennego, od wystroju wnętrz poczynając na podawaniu do stołu kończąc. Nie wiem czy to skutek długotrwałego tępienia elit, czy zachłyśnięcia się pstrokatym badziewiem po burości epoki demoludów. A co myślisz o niszowej modzie retro na szklanki musztardówki i talerze a’ la Społem?

  14. Pełna zgoda co do amerykańskich )i nie tylko) naleśników – okropieństwo.;(
    Nasze niewyrobienie estetyczne widać wszędzie: na stole, w ogrodzie (krasnale) i na ulicach. Myślę, że jest to w dużej mierze skutek wspomnianego przez Ciebie tępienia elit i wymierania inteligencji w dawnym znaczeniu tego słowa. Te musztardówki mogą mieć swój urok, ja niestety pamiętam je z domów wczasowych, kolonii itp. i nie kojarzą mi się najlepiej.;( Ale np. nasze wzornictwo z lat 50. i 60. uwielbiam, zwłaszcza ceramikę użytkową i niektóre meble (np. krzesła i fotele). Coś w ten deseń:
    http://www.fpięć.pl/post/2011/02/03/polski-design-lat-50-60
    http://rynekisztuka.pl/2012/01/17/polski-new-look-ceramika-uzytkowa-lat-50-i-60/

  15. czytankianki: O tak,w tedy nasza sztuka użytkowa stała na wysokim poziomie, czy to przez państwowe dotacje, czy też paradoksalnie przez odcięcie od tzw zgniłego Zachodu ;). Siłą rzeczy obowiązywała prostota i umiar, warunki socjalne i ekonomiczne temu sprzyjały. Pamiętam, że u mojej Babci stało kilka takich figurek ceramicznych, pamiętam też regały tzw Kowalskiego, które chyba były jedynymi meblami jakie wówczas można było dostać 😉 Potem niestety wkroczył wysoki połysk albo ekskluzywny ciężki dębowy Swarzędz, którego styl do dziś zdaje się być dla wielu synonimem elegancji.

  16. U mnie w domu są dwa stylowe serwisy do kawy z lat 60., których nie oddałabym za żadne skarby.;)
    Regały przetrwały, zmiana mebli to dla wielu osób wciąż duży wydatek. Na dodatek meble z Ikei też już zaczyna się piętnować.;( Tak sobie myślę, że w dużej mierze nasz gust jest kształtowany obecnie przez seriale, choć w tych przeważnie widać raczej wysmakowane wnętrza.

  17. czytankianki: Seriali rodzimych nie oglądam raczej, wiec trudno mi się wypowiadać w tej kwestii, ale mam wrażenie, że u nas panuje dziwna moda na wnętrza prosto z aranżacji sklepu meblowego lub hotelu. Bezbarwne, lekko kiczowate i zupełnie pozbawione indywidualności.

  18. Kiczu nie widzę, ale prawie gotowe aranżacje np. z Ikei – tak. A wracając do kwestii jedzenia – bawi mnie w serialach podawanie płynów do dzbanków itp., bo trudno mi uwierzyć, że na co dzień nie stawia się na stole soku lub mleka w kartonie, zwłaszcza podczas śniadania w tygodniu.;) Ale może to tajna misja telewziji – nauczyć nas elegancko podawać do stołu.;)

  19. czytankianki: A może chodzi o to, że sok w kartonie to już byłoby product placement, a jak firma za to nie zapłaciła, to nikt nie chce za darmo reklamy robić 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s