Dzień: 24 marca 2013

freezing point

sopla

Śnieg za oknem i poniżej zera w cieniu, to oznacza, że przedświąteczny obowiązek mycia okien został anulowany. Można przeznaczyć czas na przyjemniejsze czynności, jak poszukiwanie przepisu na mazurka czy odpowiedniej książki na Lany Poniedziałek. Przyznaję, że więcej problemów przysporzyło mi to drugie zadanie.

Po rewelacyjnych Samobójczyniach nie mogłam się przekonać do co najmniej trzech książek. Pierwszy był Romain Gary, który bawił się za bardzo narracją, zajmując się historią pozbawionego rodziców arabskiego chłopca. Język był owszem, zabawnie połamany, natomiast losy dziecka coraz tragiczniejsze. Kontrast miedzy grozą sytuacji a sposobem jej opowiadania miał pewnie zachwycić czytelnika, we mnie wzbudził tylko grozę i chęć wydostania się z coraz bardziej dusznej atmosfery książki. Jako deskę ratunku potraktowałam KIKa, którego aż dwa egzemplarze przyniosłam ostatnio z biblioteki. Napoczęłam jednego i stwierdziłam, że nie dzieje się tam nic, co mogłoby mnie zachęcić do dalszego przewracania kartek. Sięgnąłem po następnego i to samo. Koło setnej strony zdecydowałam, że nie chce mi się współuczestniczyć w codziennych zajęciach rozwydrzonego synka i jego zbyt rozmarzonej matki. Na dodatek język uwierał w czytaniu za mocno, dziwne wyrazy, archaicznie brzmiące dialogi kilkuletniego chłopca, sztywne i sztuczne zdania bohaterki, to wszystko przekonało mnie, by w końcu odrzucić i tę książkę. Trochę byłam zaskoczona, bo dopiero co zachwycałam się serią, a tu porażka na więcej niż jedna linii. Dopiero przy powtórnym czytaniu okładkowych opisów mnie olśniło. Obydwie książki są niemieckojęzyczne, pierwsza napisana przez germanistę, druga przez austriacką tłumaczkę. A przecież u mnie nawet na blogu brak zakładki z niemiecką literaturą, a na realnym regale brak półki na nią przeznaczonej. Bo niemieckich książek po prostu nie czytam, nie złożyło się. Przewaga u mnie autorów anglojęzycznych, chętnie sięgnę po iberoamerykańskich, francuskich, skandynawskich czy też japońskich, o rodzimych też raczej nie zdarza mi się zapomnieć. Rosyjscy, czemu nie, Czesi, też chętnie spróbuję, rumuńscy bywają interesujący, węgierscy przejmująco smutni. A tu proszę, niby niedaleki krąg kulturowy, a od niemieckiej literatury mnie  odrzuca. Sztywna, nudna, miejscami pompatyczna, tak mi się wydała przy tej najnowszej próbie czytania. I nawet nie mam ochoty się domagać, by ktoś mnie przekonał, że jednak się mylę.

mowa o:

odrzucone

Reklamy