koko: kuchenno okolicznościowa konfesja osobista

W ramach sezonowych spowiedzi zdecydowałam, ze teraz będzie właściwy czas by coś wyznać, odkryć pewną prawie wstydliwą tajemnicę. Otóż gotuję niewiele, piekę raz na pół roku. Ostatnio w wyprodukowałam jesienną wersje mufinów ze śliwkami. W pierwszy dzień po wyjęciu z piecyka były nijakie, na dzień drugi ich wnętrze skleiło się w ciągnącą masę o posmaku oleju rzepakowego. Kiedyś zrobiłam sos do spaghetti bardziej gorzki od najpodlejszego lekarstwa, doprawiając go garściami oregano. Nie moje wiec będą zalane słońcem stoły skrzące się barwą i rozmaitością potraw. Nie zdarzy mi się wstać o północy i przy blasku księżyca odprawić misterium pieczenia babki drożdżowej. Nie opowiem nigdy jak wraz ze śpiewem skowronka ucierałam płatki róż z poranna rosą i kryształami cukru, tworząc aromatyzowaną latem konfiturę. Moje dłonie nie pachną wanilią, mijając mnie nie poczujecie woni skórki pomarańczowej i kardamonu. Nic z tego, to pewne, boginią kuchni nie zostanę.

A jednak  uwielbiam oglądać i czytać ( nie użytkować) książki kucharskie. Przy okazji poprzednich świąt z wielką przyjemnością obadałam kuchnie rodziny Mannów, która następnie zyskała bardziej zasłużonego właściciela. Pasłam oczy kolorami kuchni indyjskiej, z przerażeniem zerkając na opisy składników i procesów tworzenia potraw. Ta książka powędrowała do młodego i ambitnego członka rodziny, ale o jej użytkowaniu na razie jest cisza. Byłam chyba pierwszą osobą w księgarni która złapała za kolorowe wydanie Apetycznej Panny Dahl. Długo zastanawiałam się, kogo mogłabym uszczęśliwić taką niespodzianką. Jednak jak poczytałam, co ta, niewątpliwie urocza panna, proponuje do pichcenia, stwierdziłam, że na polskie warunki słabo się te przepisy przekładają i ktoś może mi prychnąć z niesmakiem na ładny, ale bezużyteczny prezent. Potem przypomniałam sobie, że od kilku lat półkę zdobią mi nigdy nie używane porady gotującego Jamiego Oliwiera. Za to są tak wydane, że każde ich otwarcie daje mi prawdziwa zmysłową przyjemność.

Choć znacznie większą radość sprawiło mi niedawne ksiegarniane odkrycie. Udało mi się wyszperać niezbyt grubą książeczkę, o mało wyszukanym tytule „kuchnia wegetariańska”. Mnie jednak intuicja podpowiedziała, że prosty tytuł może sugerować proste przepisy. I rzeczywiście. Okazało się, że receptury są nieskomplikowane, zawierają opisy dań niewyszukanych, ale apetycznych i złożonych z łatwych do zakupienia składników. Całość jest posegregowana nie rodzajami potraw, a porami roku. I ozdobiona pięknymi zdjęciami bieszczadzkiego gospodarstwa autorki. Tym sposobem mam znowu co oglądać przed obiadem i nawet nieśmiało zaczynam planować wyprodukowanie niektórych dań. No bo takiego makaronu z sosem serowym i gruszką chyba nie da się popsuć, prawda?

mowa o:

Reklamy

4 uwagi do wpisu “koko: kuchenno okolicznościowa konfesja osobista

  1. Ja coś tam gotuję. Ba, piekę nawet:) Nie o tym jednak chciałam napisać. Sama mam tzw. chyzia na punkcie książek kucharskich! Kiedyś wyczytałam w felietonach Anne Fadiman, że każdy (lub większość, już nie pamiętam) z moli książkowych, ma taką specjalną półkę, na której znajdują się książki odstające od reszty zbieranych i czytanych. Książki, które kupujemy bo mamy do nich słabość i sentyment, którego inni mogą nie rozumieć. Ona miała półkę z książkami o wyprawach arktycznych bodajże, ja mam półkę z książkami kucharskimi dzięki którym w minutę staję się głodna, ale które również dostarczają mi niesamowitych wrażeń wizualnych i wręcz zapachowych… Wychodzi na to, że podzielam Twoje uwielbienie:)))

  2. Wolę jeść niż gotować, pichcenie na szczęście jakoś mi wychodzi, zwłaszcza dania błyskawiczne. Piekę podobnie jak Ty – raz na ruski rok.;) A książki kucharskie oglądać b. lubię, lubię też czytać o posiłkach w powieściach.
    Z Panny Dahl piekłam ciasto bananowe – pycha! U JO lubię dania włoskie, choć tak naprawdę przepisy na nie można znaleźć w wielu innych wydawnictwach.;)
    Książki, a właściwie albumy o gotowaniu, są niekiedy prawdziwym dziełem sztuki. Można je oglądać jak album z reprodukcjami malarzy.;) Poszukam dzisiaj opisywanej przez Ciebie książki – zapowiada się pięknie.

  3. Mam Książkę kucharską Jane Austen,jeszcze nie skorzystałam z żadnego przepisu:(,ale z przyjemnością zapoznałam się z życiem domowym i towarzyskim w czasach Jane.Niektóre książki kucharskie są jak obyczajowe i dlatego je lubię.Dziękuję za namiary na Harasymowicza:).

  4. Paula: wyprawy arktyczne nie miałyby dla mnie tej kuszącej mocy, jaką mają arcydzieła kuchenne. Z innych książek, takich do oglądania raczej, często sięgam po ilustrowane baśnie.
    czytankianki:chyba niechcący zrobiłam małą zmyłkę, dwa środkowe zdjęcia pochodzą z książki Jamiego, a nie bieszczadzkiej wegetarianki ;). Tez uwielbiam jak wiem co bohaterowie książek jedzą, stad pewnie słabość do literatury angielskiej, gdzie zwykle takich opisów jest pod dostatkiem.
    ika: Odtworzenie potraw z epoki wiktoriańskiej to chyba sztuka arcytrudna, nie dziwie się, że jeszcze nie wypróbowałaś tych przepisów 😉 Mam nadzieje, że polowanie na Harasymowicza przebiegnie pomyślnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s