Dzień: 5 kwietnia 2012

koko: kuchenno okolicznościowa konfesja osobista

W ramach sezonowych spowiedzi zdecydowałam, ze teraz będzie właściwy czas by coś wyznać, odkryć pewną prawie wstydliwą tajemnicę. Otóż gotuję niewiele, piekę raz na pół roku. Ostatnio w wyprodukowałam jesienną wersje mufinów ze śliwkami. W pierwszy dzień po wyjęciu z piecyka były nijakie, na dzień drugi ich wnętrze skleiło się w ciągnącą masę o posmaku oleju rzepakowego. Kiedyś zrobiłam sos do spaghetti bardziej gorzki od najpodlejszego lekarstwa, doprawiając go garściami oregano. Nie moje wiec będą zalane słońcem stoły skrzące się barwą i rozmaitością potraw. Nie zdarzy mi się wstać o północy i przy blasku księżyca odprawić misterium pieczenia babki drożdżowej. Nie opowiem nigdy jak wraz ze śpiewem skowronka ucierałam płatki róż z poranna rosą i kryształami cukru, tworząc aromatyzowaną latem konfiturę. Moje dłonie nie pachną wanilią, mijając mnie nie poczujecie woni skórki pomarańczowej i kardamonu. Nic z tego, to pewne, boginią kuchni nie zostanę.

A jednak  uwielbiam oglądać i czytać ( nie użytkować) książki kucharskie. Przy okazji poprzednich świąt z wielką przyjemnością obadałam kuchnie rodziny Mannów, która następnie zyskała bardziej zasłużonego właściciela. Pasłam oczy kolorami kuchni indyjskiej, z przerażeniem zerkając na opisy składników i procesów tworzenia potraw. Ta książka powędrowała do młodego i ambitnego członka rodziny, ale o jej użytkowaniu na razie jest cisza. Byłam chyba pierwszą osobą w księgarni która złapała za kolorowe wydanie Apetycznej Panny Dahl. Długo zastanawiałam się, kogo mogłabym uszczęśliwić taką niespodzianką. Jednak jak poczytałam, co ta, niewątpliwie urocza panna, proponuje do pichcenia, stwierdziłam, że na polskie warunki słabo się te przepisy przekładają i ktoś może mi prychnąć z niesmakiem na ładny, ale bezużyteczny prezent. Potem przypomniałam sobie, że od kilku lat półkę zdobią mi nigdy nie używane porady gotującego Jamiego Oliwiera. Za to są tak wydane, że każde ich otwarcie daje mi prawdziwa zmysłową przyjemność.

Choć znacznie większą radość sprawiło mi niedawne ksiegarniane odkrycie. Udało mi się wyszperać niezbyt grubą książeczkę, o mało wyszukanym tytule „kuchnia wegetariańska”. Mnie jednak intuicja podpowiedziała, że prosty tytuł może sugerować proste przepisy. I rzeczywiście. Okazało się, że receptury są nieskomplikowane, zawierają opisy dań niewyszukanych, ale apetycznych i złożonych z łatwych do zakupienia składników. Całość jest posegregowana nie rodzajami potraw, a porami roku. I ozdobiona pięknymi zdjęciami bieszczadzkiego gospodarstwa autorki. Tym sposobem mam znowu co oglądać przed obiadem i nawet nieśmiało zaczynam planować wyprodukowanie niektórych dań. No bo takiego makaronu z sosem serowym i gruszką chyba nie da się popsuć, prawda?

mowa o:

Reklamy