Dzień: 12 października 2011

fishy thing

Nie wiem czy mi się pole widzenia tak zawęziło, ale gdzie nie spojrzę, tam Houellebecq. Na okładce DK gęba na cała szpaltę, w programie targów książki Michel straszy nie zdjęciem, a tym swoim dziwnym nazwiskiem, nawet do TVP Kultura zawędrował. Włączam wczoraj poobiednie telewizor, jak na szanowanego obywatela przystało, a tam wszyscy opowiadają o najnowszej książce Michela. Co takiego opowiadali ciężko mi było zrozumieć, bo nie była to dyskusja tylko przekrzykiwanka. Wiadomo, czas antenowy krótki, a znawców literatury do studia często się nie zaprasza, wiec chłopaki darli się ile sił w płucach, żeby zaznaczyć swoją obecność. W środku tego wszystkiego siedziała prowadząca Agnieszka WH, gestem i retoryką bezradnej nauczycielki usiłując uspokoić towarzystwo. Na próżno oczywiście. I choć nie mam pojęcia co o książce mówiono, to wiem chociaż, że powiedzieć o niej można sporo. Bardzo mnie to ucieszyło, bo książka już leżała na dnie mojej płóciennej torby, świeżo przyniesiona, jeszcze zafoliowana, i czułam się, jakbym miała jakiś klucz do sezamu współczesnej literatury, albo przynamniej do jednej z jej tajnych komnat.

Powoli sięgnęłam po tom, stwierdziłam rzetelną twardość okładki, obiecująco umiarkowaną obszerność, doceniłam delikatny rysunek trzcionki formującej tytuł. Pociągnęłam za opakowanie, zeszło lekko, bez zbędnej szarpaniny. Miałam ją wreszcie w rękach, w pełni dostępną, poważyłam ja przez chwilę w dłoni, by stwierdzić, że nie nadwyręży mi nadgarstków. Wreszcie rozpoczęłam ostatni sekretny rytuał, lekko rozchyliłam okładki,  wzięłam pomiędzy palce całą miękką zawartość środka. Wygięłam delikatnie i przysunęłam do nosa, puszczając strony w ruch i robiąc głęboki wdech .

Quelle horror! Okazało się, że książka po prostu cuchnie! Zamiast upragnionego zapachu świeżo ciętego papieru dotarł do mnie smród wędzonej makreli. I tym sposobem padły moje plany, by choć raz prekursorko przeczytać książkę właśnie wrzuconą na rynek. Nie jestem w stanie czytać, gdy przewracanie kartek daje wrażenie sortowania rybich ogonów. Pomyślałam nawet, że może to przypadek, że tylko ten egzemplarz taki felerny, bo pakowacz akurat skończył jeść tuńczyka i nie wytarł dłoni przed praca. Postanowiłam sprawdzić w księgarni jak to jest z resztą nakładu. Nie było łatwo, bo książka na widoku, wśród nowości tkwi. Wzięłam jeden egzemplarz, wsunęłam się między regały, przesunęłam po stronach palcem, zrobiłam wdech: To samo! I teraz tylko prześladuje mnie myśl, jak to się stało, co jest przyczyna nieznośnego zapachu? Czy towar dostarczono autem wcześniej przewożącym łososia lub halibuta? Czy do kadzi z klejem drukarskim wpadła komuś otwarta paczka śledzika? Czy to kolejny żart Houllebecq’a? Chytrze zaplanowana dywersja? ? Macie jakieś pomysły? Zrobicie  test zapachowy egzemplarzom „Mapy i terytorium” w waszych miastach?

mowa o:


Reklamy