Dzień: 5 października 2011

nie całkiem mgliście

biegniesz z zapałem jednakim

Wyciągając odcięte ramiona

 (Maria Pawlikowska-Jasnorzewska „Nike”)

 Ostatnio badałam stopień wyzłocenia naszej jesieni. Wyszło blado, a właściwie zielonkawo, bo pora stanowczo okazała się za wczesna. Za to reszta idealna, z dużą możliwością włażenia miedzy drzewa i liście i wczesnymi zimnymi wieczorami, w sam raz do rozłożenia na kolanach książki. Jakiej na razie przemilczę bo są pilniejsze sprawy, bardziej aktualne rzeczy do omówienia.

Chyba pierwszy raz w życiu udało mi się obejrzeć ceremonie rozdania Nike. Nie, na widowni mnie nie było.  Ale nuda i ciasnota hotelowego pokoiku, z tych, co ten sam dywan mają na podłodze i ścianie koło lóżka, na nakastliku boczna lampkę nocną, ale nie do czytania,  i centralnie wysuniętą toaletkę z telewizorem, sprawiła, że zaczęłam szukać rozrywek okołoliterackich, literaturą jednak niebędących. Rzuciłam okiem na program TVP, wyłuskałam godzinę i chwyciłam za pilota. Słowo wstępne wygłaszała jakaś para sypiąca się niemiłosiernie, jak nic, było to pierwsze czytanie z promptera. Pseudo dowcipny spicz prezenterzy ochoczo urozmaicali własnymi błędami gramatycznymi, a mnie po raz kolejny opadły wątpliwości, czy nazwanie w ten sam sposób nagrody literackiej i znanej firmy sportowej jest li i jedynie dziełem przypadku, czy też umiejętnie zakamuflowaną kpiną. Sprawa pozostaje dla mnie nadal zagadką. Drugą tajemnicą jest dla mnie to, jak Grażynie T. udaje się przez tyle lat zachować taka klasę i formę i dlaczego naszej TVP nie udaje się wyhodować godnych jej następców.

Trzecia tajemnicą był dla mnie powód, dla którego prezentacje nominowanej poetessy nakręcono na wzór reklamówek Knorra. Daje słowo, matka Polka, młoda i atrakcyjna, świeża i rumiana, rozmawia przy stole z dziecięciem, a drugie wije jej się na kolanach. Tylko czekałam kiedy Pani B. sięgnie po chochlę i uśmiechając się błogo rozleje do talerzyków ciepłą zupkę. Ale nie, zostaliśmy przy dyskusji z sześcioletnią córeczką na temat Obsoletek. Zastanawiałam się, jak autorka zacznie swoim przedszkolakom tłumaczyć co to takiego poronienie, ale albo zabrakło pomysłu na tekst, albo będzie w następnym odcinku. Ta cześć zakończyła się mrożącym krew w żyłach oświadczeniem Matki, że być może będzie musiała zostawić pociechy na pastwę opieki państwowej i udać się do zwykłej pracy. Członkowie jury chyba za późno obejrzeli spot, bo nagrody umożliwiającej opiekę nad dziecmi w domu poetce nie przyznano. Nie dostał jej również ani Karpowicz ani Asia B., tylko niespodziewanie pisarz nieznany. Co średnio mnie zdziwiło, bo to taka nagrodowa tradycja wykazać gminowi, że ma plebejskie gusta i nie sięga tam, gdzie się gnieździ prawdziwa sztuka, żywa awangarda i myśl najbardziej twórcza. Już się do tego przyzwyczaiłam.

Na koniec powiem tylko, że najbardziej mi się podobało wystąpienie Karpowicza i nowy kolor włosów Joanny B. I dodam jeszcze, że sprawdziłam dzisiaj w przydrożnej księgarni czy gdzieś książkę laureata widać, ale ani dudu. Nie żebym od razu kupić czy czytać chciała, po prostu ciekawość mnie pognała. W zastępstwie przejrzałam sobie Chmurdalię i będę się  nad nią zastanawiać.

mowa o:

 

Reklamy