Dzień: 2 lipca 2011

w taką pogodę tylko o jedzeniu

Pamiętacie czikowaty bestseller Gilbert, który parę lat temu przemknął przez półki księgarń? Nie wiem zresztą, czy słowo przemknął jest tu właściwie, bo on się całkiem nieźle zakorzenił, a potem i rozsiał kolejne tytuły autorki po regałach. Mój wzrok błądził po gąszczu koralików i kwiatów zdobiących okładki zbiorów życiowych mądrości złotowłosej Elizabeth. Poddałam się wtedy nie tylko modzie na książkę, (którą dla uspokojenia sumienia zakupiłam w wersji oryginalnej), ale nawet dałam się zaprowadzić na film zrobiony na jej podstawie. O filmie lepiej nie będę mówić, bo niebardzo jest o czym. O książce powiem, że bezboleśnie przeleciałam przez rozdział o jedzeniu, utknęłam za to natychmiast w części „pray”. Cóż, prozaiczna ze mnie istota, która z przyjemnością oddaje się rozmyślaniom o zawartości talerzy i niezdolna jest do współodczuwania stanów mistycznych uniesień.

Jednak pomimo tego, że książka nie zmieniła stanów mojego ducha tak, jak to było zamierzeniem autorki, to jednak poduczyła mnie patrzenia na jedzenie jako na istotne źródło niezwykłych przeżyć. Przypominam sobie to zwłaszcza podczas podróży do Włoch. Parę lat temu niezwykłego bogactwa wrażeń smakowych dostarczały mi sycylijskie słodycze Tym razem było trochę inaczej, Kalabaria z ciastek raczej nie słynie, a te które udało mi się pokosztować, nie grzeszyły uroda smaku i formy.

Kalabria to kraj czerwonej cebuli i papryczek chili. Dodawane są do wszystkiego i każdy szanujący się sklep spożywczy ma przynajmniej kilka różnych wyrobów z chili oraz cebuli. Wszyscy miłośnicy ziania ogniem przy obiedzie będą się tam czuli jak w raju, zajadając pastę z ostrym sosem, smarując kanapki jednym z paprykowych specjałów, zamawiając na deser lody z cebuli.

Chili może posłużyc jako broń

i jako doraźna pomoc medyczna

Gorzej, gdy po tym wszystkim ktoś chce się napić nie kawy, a herbaty. Jak wiadomo, w krajach południowych jest to napój mało używany i próba jego zamówienia budzi co najmniej lekkie zdziwienia  czasem wręcz sensację. Zdarzyło mi się na przykład, że na moją prośbę o cup of tea kelnerka pobiegła po pomoc do dwóch kolegów i jeden z nich, kiedy zrozumiał o co mi chodzi, wrzasnął zaskoczony „Mamma mia, The nero! Where are you from???”.

Wszystko skończyło się dobrze, herbatę dostałam i piłam ją pilnie obserwowana, jak ktoś odprawiający egzotyczną ceremonię. Należy dodać, że była to obserwacja życzliwa, bo Kalabryjczcy są bardzo rozmowni, łatwi w kontakcie i serdeczni. Ku mojej uldze chętnie dawali się fotografować, odpowiadali uśmiechem na uśmiech i entuzjastycznie przyjmowali wszelkie próby porozumiewania się po włosku.

Tartufo z Pizzo, czyli zwycięzca wielkiego konkursu na najlepsze lody Kalabrii  

Jest też jeden specjał, który całkowicie zawojował moje kubki smakowe. Lody tartufo. Ich zdjęcia, portrety, opisy, zamieszone na każdej cukierni i kawiarni, kusiły bezwstydnie obietnicą rozkoszy jak prostytutki na Placu Pigalle. W końcu uległam i mimo, że wyglądem mocno odbiegały od tradycyjnych specjałów, pokosztowałam słynnych tartufo. Okazały się rzeczywiście wyśmienite. Z zewnątrz wyglądały jak lodowy sznycel obtoczony w bułce i cukrze. Najpierw wiec miałam smak kruszonki, potem przebiłam się do warstwy śmietankowej, następnie kawowej  a wreszcie słodko-gorzkiego serca, które pulsowało pysznym likierem. I pomyślałam sobie, że te lody są zupełnie jak Kalabria, pozornie taka sobie, a w rzeczywistości oferujaca wiele niespodzianek.

wystawę kalabryjskiej cukierni zdobią kiełbaski i krokiety z marcepanu