Dzień: 12 czerwca 2011

Trzech Panów w mieście, nie licząc mnie

 

Kiedy sama nie siedzę przy kawiarnianym stoliku, uwielbiam przyglądać się tym, co to robią. I trochę ich podsłuchiwać oczywiście. Z reguły nie mówią rzeczy ważnych ani oryginalnych, ale zabawnie jest odgadywać jakie relacje ich łącza i kim są, kiedy przestają sączyć kawę czy drinka pod płóciennym parasolem. Czasem też otwieram sobie w głowie taki zmyślony lokalik, nienowy, przykurzony i zapraszam do niego na pogawędkę osoby, które okazji porozmawiać ze sobą nie mają. Ostatnio jest to trzech panów, dwóch w wytartych garniturach i jeden w jasnej koszuli, z rozpiętym z powodu upału kołnierzykiem. Siedzą na zewnątrz, ledwo kryjąc się w cieniu, i popijają grappę. Kelner mówi po włosku, jaskółki krzyczą po włosku, nawet pies śpi po włosku, bo przecież akcja tego zmyślenia ma miejsce na wakacjach w tym małym miasteczku, tak uparcie od wieków gniazdującym na klifie Morza Tyrreńskiego. Oni patrzą leniwie na uliczkę i od czasu do czasu wypowiadają kilka zdań.

 

Tylko takie miasta są cos warte, w których się można zgubić” mówi ten całkiem siwy. Ten w śmiesznych okularkach i z wąsami mruczy : „Nie orientować się w mieście to nic niezwykłego. Zabłądzić w nim jednakże, tak jak człowiek potrafi zabłądzić w lesie – to wymaga nauki. Nazwy ulic muszą wtedy przemawiać do błądzącego jak trzask suchych gałęzi, a uliczki śródmieścia pokazywać mu porę dnia tak wyraźnie jak górska dolina”. Na to ten trzeci, co chce jeszcze zamówić zimne piwo, dodaje: „najwspanialej jest włóczyć się po ulicach, które biegną w górę i w dół, jak jakaś rozbrykana zjeżdżalnia i patrzeć na ten paseczek błękitnego nieba miedzy czerwonymi blankami starych domów’.

 

Słucham tego i przytakuję, trochę bez sensu, bo przecież dla tych, których zmyślamy, jesteśmy niewidzialni. Gdybym mogła, przysunęłabym do ich stolika krzesło i napomknęła, że wszystko się zgadza. Że w tym miasteczku, na zapadłej kalabryjskiej prowincji, z błądzeniem nie jest gorzej niż w Siennie czy Wenecji. Można się w nim zgubić w sposób jak najbardziej atrakcyjny.

Bo kiedy szukam Katedry, zagapiam się w dyndającą nad głową pościel, która tak suszy się na włoskich balkonach od lat pięciuset i przez następne pięć wieków schnąć pewnie będzie. Zaczynam myśleć, że o wiele sprytniejszym od wynalazku telefonów jest pomysł budowania wąskich uliczek, tak, że sąsiadka wychyli głowę z okna ku sąsiadce i bez płacenia abonamentu może przeprowadzić długą rozmowę.

 

Zauważam tajemniczą bramę z drwiąco sterczącymi gębami kołatek. A pukaj sobie pukaj i tak nikt nie otworzy, kpią ze mnie te metalowe i piękne twarze. Jednak mam szczęście, i zastaję jedno z tych tajemniczych wrót otwartych tak, że mogę zerknąć na dłużej i nawet zrobić zdjęcie. Ale zaraz moją uwagę zwraca jakiś czarci cień, czarny kot chyłkiem umykający murkiem. Nad głowa piszczy stary szyld, który zagłusza warkot motoru i szybko muszę uskoczyć na schodki, bo ta droga nie pomieści mnie i peguota jednocześnie.

Ale dzięki temu trafiam w kolejną boczną uliczkę, a tam natykam się na koszyki z chili, i jamę starodawnego sklepiku. Ktoś  na mnie kiwa palcem, ktoś mnie przyzywa, prego wola sprzedawca raz po raz i w końcu daje się namówić na skosztowanie marmolady z czerwonej cebuli. Smakuje słodkawo i wcale nie piecze. Dziękuję i idę dalej, już obojętnie dokąd. Gdziekolwiek nie pójdę i tak zawsze coś znajdę.

P.S. Pierwsza osoba, która będzie potrafiła odgadnąć jakich to trzech panów zasiadło przy moim zmyślonym stoliku, otrzyma w nagrodę specjalnie dla niej/niego wybraną wakacyjną lekturę.