Dzień: 29 Maj 2011

bzium, czyli ufff

Po niemal dwudziestogodzinnej podróży udało mi się wczoraj dotrzeć do mojego biurka, krzesła, zielonej lampki i laptopa. Na które zresztą tylko rzuciłam okiem i pogoniłam całość własnej osoby jak najszybciej wrzucić do wanny, a potem do lóżka. Nie było lekko. Najpierw srożył się wulkan, potem wszedł – niemal dosłownie – w paradę amerykański prezydent. Fuksem udało mi się przebić z Lotniska na Dworzec w godzinach południowych, po drodze przyglądałam się dziwnemu eskodusowi ofiar tej małej katastrofy, jaką była blokada drogi na Okęcie. Sznury piechurów ciągnących za sobą olbrzymie walizy, doprawdy, wyglądało to jak współczesna parafraza losów uciekinierów z popowstańczej Warszawy.

Tymczasem bez przeszkód złapałam pociąg i pomimo niedospania udało mi się nawet w czasie jazdy zachwycić lekturą pewnych esejów. Jakich, napiszę w jednej z następnych notek. A będzie ich całkiem sporo, bo chcę Wam poopowiadać o niezwykłym sprzedawcy jednej ze stolicznych księgarń, o niespodziewanych wakacyjnych spotkaniach, i oczywiście o tym, co odkryłam w druku i co zobaczyłam po wytknięciu nosa z książek. To wszystko już niedługo, jak tylko wyziewam z siebie resztki zmęczenia. A narazie dla tych, którzy tu zaglądają, załączam własnoręcznie sporządzoną kartkę z wakacji.