sztuka przemienienia

Ostatnio śniło mi się, że przeprowadzałam reanimację. Z wielkim skupieniem i wprawą przykładałam elektrody defibrylatora do martwego już ciała. Tyle, że nie był to korpus ludzki. Wstrząsom poddawałam niezapisaną stronę otwartej książki. Jednocześnie namawiałam głównego bohatera, młodego chłopaka który stał z boku, aby powrócił na swoje miejsce. Niestety akcja nie powiodła się. Parę kartek dalej znalazłam tekst opisujący zgon protagonisty. Obudziłam się zdumiona i zaczęłam się zastanawiać skąd u licha mój sen ułożył się w taka fabułę. Dopiero rzut oka na nocny stolik dostarczył wytłumaczenia.

Niedawno skończyłam czytać Baltazara, wspomnienia, w których Mrożek utrzymuje, że już go nie ma i opisuje siebie z epoki, gdy go jeszcze nie było. Teorie swojego nieistnienia popiera tekstem, którego jałowość i beznamiętność może służyć za dowód, że nie stworzył go sławny pisarz. To raczej opowieść inteligentnego mieszczucha, któremu udało się sporo przeżyć bez odnoszenia uszczerbku na zdrowiu i urodzie. Trochę sentymentu jednak Mrozkowi do tamtego siebie pozostało, próbuje opisać swoją drogę do stania się znanym autorem i odstania się członkiem PZPR. Z pewnym zażenowaniem przyznaje, że był może nie całkiem czerwonym ale co najmniej różowym kaczątkiem, zanim rozwinął skrzydła i odleciał w lepsze kraje i wielka sławę. A Baltazar to jego łabędzi śpiew.

Tak, owszem byłam właśnie na blaksłonie, stąd te skojarzenia. Tak się złożyło, ze i filmowa i książkowa opowieść dotyczy inicjacji i potrzeby stania się kimś nowym, innym. W przypadku Sławomira cała rzecz przebiega łagodnie i z dobrym rezultatem. W przypadku Niny rzecz jest bardziej skomplikowana. Przy czytaniu Mrożka wydawało mi się, że mam do czynienia z kolejnym tomem nijakich wspomnień, gdzie roi się od opisów licznych członków rodziny i błahych wydarzeń, tylko dla autora istotnych. W przypadku blaksłona nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oglądam adaptacje Persony Bergman’a zmiksowanej z Muchą. Jak (te czarne piórka wyrastające z pleców bohaterce i błona miedzy palcami nóg, litości!). w sumie ani książka ani film nie zachwyca.

Choć książka jednak zainteresowała mnie tu i tam, zwłaszcza w części bardziej teraźniejszej, w urywkach dotyczących życia na Krupniczej i pracy w Dzienniku Polskim. I nawet się przy niej czasem uśmiechałam, przy okazji znajdowania takich na przykład fragmentów:

Sześć razy w tygodniu należało przyjść do redakcji o godzinie ósmej zero, zero i podpisać się w sekretariacie. Za podpis złożony po tej godzinie groziła surowa kara, ustalana kolektywnie na ogólnym zebraniu. Tuz przed ósma w sekretariacie czuwała niejaka M.G., młoda i rozlazła osoba, która jawi mi się w kolorze jadowicie zielonym. Być może sukienka, która najczęściej nosiła, była w takim kolorze. Nie było przed nia ucieczki. Miała posłużyć za świadka, jeśli by doszło do niepunktualności. Ta sama M.G. później wyłamała drzwi do toalety i zaniosła je do na plecach prosto do redaktora naczelnego, ponieważ na drzwiach od środka ktoś napisał słowa dla niej obelżywe. Chciał udowodnić, że knuje się wokół niej spisek.

Sławomir Mrożek, „Baltazar”, Str 158

 

Niestety zabrakło tak szczegółowych opisów dotyczących sąsiedztwa Szymborskiej, wówczas żony Adama Włodka, który załatwił w tych czasach Mrożkowi niejedno. Najwidoczniej jakaś  tam kobietka nie zwróciła szczególnej uwagi Sławomira, bo pewnie ani dużo zrobić dla niego nie mogła ani go specjalnie nie pociągała. Trudno. Takich westchnień żalu zresztą wydobyłam z siebie podczas czytania znacznie więcej. Mimo tego, tym którzy nie czytali Baltazara, poradzę żeby jednak spróbowali, bo można z niej dowiedzieć się jak słynni literaci traktują siebie i otoczenie, gdy są  u progu kariery. Takie portrety narodzin geniuszu i wspierającego te narodziny egocentryzmu są zawsze pouczające.

A co z filmem? Dla mnie jedynym kluczem do uczynienia go znośnym, jest potraktowanie pomysłów Aronofskiego jako pastiszu sztandarowych dzieł gatunku. Korytarz w mieszkaniu Niny do złudzenia przypomina ten, po jakim błąkała się Deneuve we Wstręcie Polańskiego. Rana na plecach Niny jest efektem takiego samego nerwowego drapania jakiemu poddawała swoja dłoń służąca wielebnego Gustawa w Fanny i Aleksandrze Bergmana. Winona Ryder wbija sobie pilnik od paznokci w twarz gestem żywcem przeniesionym z Psychozy Hitchcocka. Pozostaje żałować, że reżyser nie sięgnął do klasyki przy kręceniu scen baletowych z udziałem Portman. W rezultacie tego niedopatrzenia podczas zbliżeń ruchy Natalie kojarzą się bardziej z bezradnością topiącego się w stawie pisklęcia, niż gracją Królowej łabędziego  Jeziora.

Dlatego tych, którzy nie widzieli filmu, zachęcę by nie szli do kina, tylko poszukali kawałków na youtube. Tych końcowych oczywiście, gdzie można nacieszyć oko dziełem sióstr z Rodarte.

Reklamy

11 uwag do wpisu “sztuka przemienienia

  1. Czytając „Baltazara” trzeba pamiętać, że to książka-ćwiczenie pisana bodaj po ciężkim udarze, kiedy Mrożek uczył się na nowo składać zdania. Może lepiej sięgnąć po „Dziennik”?

  2. czara: na serio to sie tego nie da, dlatego jako zyczliwy widz staralam sie widziec film w taki własnie sposób. Zreszta czy te wyginane kolanka w druga strone mozna wziac na poważnie? Ze o „tancu’ Natalie nie wspomne 😉
    czytanki anki: tak owszem to cwiczenia ale czy kazdy kto poddaje sie takiej terapii zaraz publikuje to, co w jej wyniku powstało? Zresztą pod koniec ksiazka nabiera życia i stylu, więc faktycznie można uznac, że leczenie było skuteczne.

  3. To pocieszyłaś mnie trochę;)

    Ludzie teraz różne rzeczy publikują, bo im się wydaje, że ich doświadczenie jest nadzwyczajne;( Nie tylko z powodu choroby. Mam tu na myśli głównie „piszących” dziennikarzy i celebrytów – jak prężyć muskuły, jak zostać aktorką (albo raczej aktoreczką), jak sobie radzić z urojonymi problemami itp. Zastanawia mnie, czy to inwencja „autorów” czy raczej pomysł wydawnictw na zarobienie pieniędzy. Jeszcze bardziej zastanawiają mnie ludzie, którzy kupują takie książi.

  4. czytanki anki: No tak, w porównaniu z „dzielami” celebrytow (swoja sciezka zawsze mnie zastanawialo podobienstwo tego slowa do wyrazu ‚troglodyta’ ;)), ksiazka Sławomira jest arcydzielem. Zresztą sam autor kiedys przyznał, że na przyklad Dzienniki opublikowal dla pieniedzy. Z Baltazarem pewnie było podobnie.

  5. Szkoda, że tak Ci się film nie podobał. Ja podeszłam do niego bardziej na poważnie, bo znałam dziewczynę, która była niezwykle podobna do Niny z charakteru (z wyglądu zresztą nieco też) i miała niemal identyczne relacje z matką. Nie mówiąc o tym, że jej choroba psychiczna powodowała dość podobne objawy (podobne, ale nie tak skrajne), jej urojone wizje stawały się w jej oczach prawdą. Przerażające, wierz mi.
    A taniec Portman pochwaliło wiele nauczycieli baletu, tak czytałam. Sama Portman trenowała bardzo dużo, jako dziecko i nastolatka chodziła do szkoły baletowej, a przez ostatni rok ćwiczyła podobno dzień w dzień po 5h. Ja się nie dopatrzyłam niezdarności, ale ja się nie znam, polegam na opinii osób znających się lepiej.

  6. Chihiro: Po prostu po Aronofskim spodziewałam sie czegos lepszego, tymczasem wyszal rzecz wtórna, schematyczna. Draznila mnie łopatologiczna symbolika: w pierwszych kadrach filmu Nina nosi bielutki jak labedzi puch szaliczek i slodziutki różowy plaszczyk, potem, od połowy filmu, gdy juz jest po nocy dzikich przezyc erotycznych, paraduje w buro czarnym swetrze, wyrzuca pluszowe misiaczki i tak dalej. sama gra tez mi sie średnio podobala, uważam ze Portman byla znacznie bardziej interesująca w „Blizej”. W tym filmie jedyną zmianą in plus jest to, że z pupy zniknal jej cellulitis ;). Z drugiej strony może sie troche czepiam, może faktycznie wyczerpaly sie już srodki do zobrazowania postepujacego obledu. Najbardziej podobała mi sie matka, i jesli bym tu jakiegos oscara widziała to wlasnie dla drugoplanowej roli zenskiej. Mozliwe, ze Twoj odbior byl bardziej osobisty przez to, że kojarzyłas bohaterke filmu z rzeczywistą postacią. Swoją sciezka znajomosc z taka osoba musiala byc przezyciem ekstremalnym. Sama lubie ludzi troche szalonych, ci zwykli szybko mnie nudza, ale nie wiem czy wytrzymalabym z kims takim jak Nina.

  7. Bardzo możliwe, że na mój odbiór filmu wpłynęła znajomość (wtedy to nawet przyjaźń była, kiedy nie wiedziałam o jej chorobie) z tą dziewczyną. Przeżycie ekstremalne, na które nie byłam przygotowana, ona zresztą również, bo choroba przez jakiś czas była w ukryciu i tak jak Nina nie orientowała się ta moja przyjaciółka, że ją ma. Był w tej przyjaźni punkt kulminacyjny, na szczęście nie doszło do żadnych tak poważnych dramatów jak w filmie, po czym przyjaźń się urwała. Najbardziej przerażające było to, że dziewczyna „kradła” mi stopniowo tożsamość, opowiadała innym o wydarzeniach i drobiazgach z mojego życia, przypisując je sobie i wierząc, że to jej się zdarzają. Szczerze mnie to szokowało, gdy zaczęło wychodzić na jaw…
    Ten strój Niny, nie zwróciłam takiej uwagi na to, ale masz rację, że zmiana jest łopatologiczna. Pewnie przez czerń stroju Nina chciała też zbliżyć się trochę do Czarnego Łabędzia. Ale zwróć też uwagę, że na czarno ubierała się jej matka, może stosuję jakąś nadinterpretację, ale Nina jakby zbliżała się do matki przez podobny ubiór, do jej chorych obrazków…

  8. Chihiro: zdarzylo mi sie, że kolezanki podkradały moje powiedzonka, uwagi, pomysły, ale zeby kawalki zycia, to nigdy. Swoja droga moglaby z tej Twojej historii powstac niezla ksiazka, takie mam wrazenie.
    tak, Matka faktycznie ubiera sie na czarno, i mozliwe ze Nina jako czarny łabędz usposabia to wszystko co w matce jest stłumione – i talent i szalenstwo.

  9. Jeśli Aronofski chciał zrobić pastisz, to ja się zastanawiam, jaka jest granica między pastiszem a kiczem. Nie poradziłem sobie z tym filmem: z jego „symboliką”, „dramaturgią”, postaciami i zakończeniem zwłaszcza. Śmiech był jedynym ratunkiem. A jeszcze odnośnie motywu matki – jak dla mnie nic nie przebije „Requiem” i Ellen Burstyn.

  10. none: Zdaje sie ze w tym wypadku rezyserowi niechcacy udalo sie te granice zatrzec, a wlasciwie nawet przekroczyc. Dramaturgia i symbolika z cudzych koszykow z robotkami filmowymi powyjmowana jak nic. Szczeka tylko opada, że o taki puch marny (choc czarny ;)) tyle halasu. A Requiem I Burstyn to jednak zupelnie inna (czytaj niebo wyzsza) liga.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s