Dzień: 12 września 2010

nie gdzie ale z kim

Gdy do mojej skrzynki zlatują się – jak jesienne szpaki na jabłonkę- ostatnie wakacyjne pocztówki, przypomina mi się pytanie zadane dawno temu przez Maga-marę w ramach ebałtowego kwestionariusza. Maga-mara chciała się dowiedzieć z którym z pisarzy lub pisarek najchętniej wybrałabym się w wakacyjną podróż. Pytanie świetne, bo jak wiadomo wybór właściwego celu podróży to tylko połowa sukcesu. Druga zależy z reguły od towarzystwa, jakie sobie na ten czas dobierzemy.

I kiedy się tak zastanawiam na odpowiedzią, dochodzę do wniosku, że niewielu z z moich ulubionych autorów nadaje się na kompanów dalszej wyprawy. Chociażby taka Sylwia Plath, autorka niesamowitych wierszy i świetnego Szklanego Klosza. Była nie tylko osobą skłonną do depresji, ale i trudną we współżyciu. Obsesyjna perfekcjonistka, łatwo popadała w gniew, kiedy ktoś, choćby przypadkowo, naruszył ustanowione przez nią zasady. Kiedyś podobno wpadła w szał, bo jej współlokatorka ośmieliła się zrobić mały nieporządek w jej szufladzie. Nie mam zwyczaju grzebać w cudzych rzeczach, wiec pewnie nie przydarzyłoby mi się naruszenie prywatności Sylwii. Ale moje bałaganiarstwo na pewno nie raz wyprowadziłoby ją z równowagi. A że jestem zwolenniczką zasady, że na wakacje nie jedzie się po to by sprzątać bądź układać wszystko w kostkę lub kancik, czekałaby nas więcej niż jedna awantura, to pewne.

Inaczej, choć nie znaczy, że prościej, byłoby z kolejną moją ulubienicą, Wirginią Woolf. Nie ma żadnych pogłosek na temat jej zamiłowania do porządku, ale Wirginia zdaje się być osobą uwielbiającą długie spotkania towarzyskie i ciągnące się w nieskończoność dyskusje. Musiałabym jej wiec towarzyszyć w licznych przyjęciach i spotkaniach. Lubię gawędzić ze znajomymi, ale nie przepadam za imprezami, na których bywa więcej niż 6 osób, a ciągnące się w nieskończoność rozmowy działają na mnie z reguły wyczerpująco. Na dodatek byłabym cały czas w zasięgu bystrego spojrzenia Wirginii, co dałoby mi pełne dyskomfortu poczucie, że wciąż jestem w jakiś sposób egzaminowana. I potem być może zostanę obgadana w jej Dzienniku. Poza tym Wirginia była osobą kompletnie niezainteresowaną modą i ciuchami, odpadałoby więc wspólne buszowanie po napotkanych w podróży sklepach.

To już chyba lepszy byłby Wańkowicz. Nie podejrzewam go o zamiłowanie do biegania po butikach, ale można by było w jego towarzystwie oddać się innym przyjemnościom. Jak na przykład wędrowaniu od jednej restauracji do drugiej w poszukiwaniu idealnych kołdunów, barszczyku lub blinów. To wszystko na pewno byłoby okraszone świetnymi humoreskami Melchiora. Jednak nie wiem czy zdołalibyśmy zwiedzić przybytki innej sztuki niż kulinarna.

Zabawnie też byłoby z Madzią Samozwaniec. Na pewno nie miałabym problemów z zaciągnięciem jej do odzieżowego. Pytanie tylko, czy by zanadto nie wybrzydzała? I czy za często nie musiałybyśmy wpadać tu i tam by się nieco „odświeżyć” koktailem, kawką lub choćby seteczką wódki. Ani chybi czekałyby mnie przy tym wspominki o Kossakowce. No i peany na cześć Lilki. A peany powtarzane zbyt często, nawet gdy dotyczą osoby nieprzeciętnej, zaczynają nudzić i drażnić.

Nie ma co dalej się rozwodzić, trzeba wreszcie postanowić, kto będzie tym najlepszym. I chyba już wiem, kogo powinnam wskazać: Pania Wisławę. Tak, naszą noblistkę. I nie chodzi o to, że chciałbym się ciut poprzechadzać w nimbie jej chwały i sławy (chociaż to też byłaby pewna przyjemność, musze przyznać ;)), ale o to, że sposób Pani Wisławy na zwiedzanie wydaje mi się idealny. Oczywiście zaglądałybyśmy do galerii i muzeów, ale nie po to, żeby snuć się przez długie i wyczerpujące godziny zaliczając wszystkie dostępne eksponaty. O nie, zatrzymałybyśmy się przy kilku dla nas najistotniejszych, wymieniłybyśmy parę błyskotliwych uwag na ich temat, a potem poszyłybyśmy odpocząć do muzealnej kafejki. Po nabraniu sił, skoczyłybyśmy do sklepu z pamiątkami. Jeśli coś dostarcza mi więcej  radości niż przewracanie stert ubrań, to jest to przewalanie półek z suwenirami rożnego autoramentu. Największy ich urok polega na tym, że wydają się tak błahe i typowe w miejscu którego dotyczą, ale przewiezione te parę tysięcy kilometrów dalej nagle nabierają wartości- sentymentalnej głównie. Nigdy nie zapomnę przyjemności przymierzania kapelusza z sera (plastikowego) w Wisconsin czy oglądania kubków z portretem Her Majesty w Londynie. Sycylijskie cytrynki z fajansu, greckie statuetki, fartuszki z mapa regionu, wszystko przypomni kiedyś o tej fantastycznej bajce, jaką był ten czy inny wypad. Dlatego wybieranie fantów na loteryjkę Pani Wisławy byłoby pełnym zaspokojeniem moich szopaholicznych namiętności. Zresztą nie tylko obiecywałabym sobie po wspólnej podróży  z Panią Wisławą udanych odwiedzin w muzeach i sklepach, ale i niezłej zabawy w trasie, czy to przy wymyślaniu limeryków czy to przy szukaniu dziwacznych nazw miejscowości . Taka wyprawa byłaby też cenną lekcją spostrzegania tego co po drodze, nauką zauważania drobiazgów, które czasem bywają najistotniejsze. I to wszystko bez pośpiechu, plecaka na grzbiecie, zdobywania szczytów czy odhaczania zabytków. Nic, tylko przyjemność zwiedzania bez napięcia i przymusu realizacji planu. Za to z dużą dawką humoru i inteligentnej rozmowy.

Jakby Pani, Pani Wisławo, nie mała z kim jechać w przyszłym roku, to mój mail jest tam obok, na marginesie ;).

mowa o:

Reklamy