kawiarenki

Na początek kilka słów wyjaśnienia na temat zdjęcia rozpoczynającego poprzednią notkę. Może to będzie dla Was, mili czytelnicy, rozczarowanie, ale widniejąca tam tajemnicza dama na plaży to nie autorka tego bloga. Po prostu  w Krynicy Górskiej, gdzie spędzałam moje wakacje plaż brak. A nawet gdyby były, to nie sposób byłoby z nich skorzystać przy panujących tam warunkach pogodowych. Jak już wspomniałam, okoliczności meteorologiczne pozwalały jedynie na użytkowanie, łóżek, kanap i foteli znajdujących się pod szczelnym zadaszeniem. Od czasu do czasu można było także skorzystać z parasola, i przebiec do miejsca w którym oprócz kanap, foteli i krzeseł była herbata i miła atmosfera, bo na szczęście Krynica okazała się kurortem zasobnym w przeróżne kafejki. Szczególnie upodobałam sobie dwie, które należałoby określić mianem przyjaznych czytelnictwu. Bo oczywiście do kawiarni zabierałam ze sobą książkę, i to bez względu spore czasem na gabaryty. Mój pierwszy bibliofilski kącik wynalazłam sobie w kawiarni Małopolanka, gdzie już od wejścia witał mnie przemiły pan i ciekawska papuga.

 

Potem było coraz lepiej: wchodziłam do czegoś w rodzaju saloniku Pani Dulskiej, obszernego pomieszczenia z kredensami, suszonymi bukietami i landszaftami pokrywającymi ściany. W każdym rogu sali stały przepiękne piece kaflowe, a u sufitu kołysały się anioły pełniące rolę lamp. W ciągu dnia nie miały zbyt wiele do roboty, bo najwygodniejsza kanapa, mocno wydarta, za to cudownie miękka znajdowała się przy wielkim oknie, które dawało świetne światło do czytania. Zaraz po wejściu biegłam wiec w do tej sofy, najpierw zapadałam się w poduchy, potem w lekturę, o tylko od czasu do czasu wyciągałam rękę by sięgnąć po mocna i lekko cierpką herbatę leśną. Do tego wszystkiego sączył się z głośników Grechuta…Niestety nie zawsze. Zdarzyło się bowiem pewnego popołudnia ze w sali zapanował Jackson, i musze przyznać że temu królestwu dziewiętnastowiecznego mieszczaństwa z Królem Popu było wyjątkowo nie do twarzy.

Dlatego czasami zmieniałam lokal, na taki, gdzie data produkcji granej muzyki nie przekraczała roku 1960. Cud, że  była tam muzyka inna niż arie operowe, ponieważ moja druga ulubiona kawiarnia znajdowała się w wilii Wisła, w której podobno co roku zatrzymuje się nie kto inny jak sam Bogusław Kaczyński, prowadzący krynicki festiwal imienia Jana Kiepury.

 

Willa jest drewniana i stareńka, a znajdująca się w niej kawiarnia przypomina lokal, który zatrzymał się w czasie wczesnego Gierka i za nic nie chce ruszyć z biegiem lat czy choćby dni. Widać postawiono nie na elegancję, a na swojskość i odniesiono sukces. Przy pokrytych serwetką stolikach można zjeść nie tylko pyszną szarlotkę czy sernik, ale i wygodnie rozsiąść się z książką. Można sobie wybrać miejsce przy oknie albo w rogu sali, gdzie stoją dobre lampy. Obsługa składa się z miłych starszych pan, które serwują domowe wypieki i rozmownego kota, który nazywa się Kot, zupełnie jak w Śniadaniu u Tiffaniego. Atmosfera panuje jak na imieninach u milej cioteczki, gdzie dziecku pozwalają najeść się ciastek, a potem zaszyć w kącie i zająć się sobą. Dziecko wiec z lubością oddawało się cichym i rozkosznym czynnościom, jak gapienie na innych gości, oglądanie porozwieszanych dookoła akwarel z krynickimi widokami i oczywiście poczytywanie. A na pamiątkę tych cudnych chwil kupiłam sobie taki właśnie akwarelowy portrecik willi, żebym mogła zerkając na niego powspominać, że są takie sympatyczne miejsca, gdzie można się beztrosko zaczytać.

Reklamy

13 uwag do wpisu “kawiarenki

  1. w dzieciństwie byłam tam na wczasach z Mamą;) akurat my trafiłyśmy na pogodę drut, upały takie, że hej…ale pamiętam też dzień deszczowy. Miło powspominać sobie;)

  2. chiara 76: też tam bywalam w dziecińswie, ale kawiarnie słabo pamiętam z tego okresu 😉
    Barabara Silver: Kicia była przemila dala sie wygłaskac i duzo przy tym naopowiadała 😉
    Lilithin: Małopolanka jest naprawde urocza i bardzo przytulna, jesli kiedykolwiek zawitasz w te okolice to polecam. Choc szarlotke dają o wiele lepszą własnie w Wisle.

  3. ja też, mimo, że tam bywałam. Moja Mama i jej przyjaciółka piły wyborną ponoć , jak na tamte czasy kawę a mnie fundowały WUZETĘ:) Te WZetki do dziś pamiętam. pycha były;)

  4. chiara 76: Ja za to pamietam wieczorny pokaz fontanny z kolorowymi światłami. Niestety teraz juz zrezygnowano z takich widzimisiów. A WZetki jakos nigdzie nie widziałam w kawiarniach, widocznie tez znikly z krynickiego widnokręgu.

  5. A ja obiady jadałam U Gaździny.
    Z tymi szarlotkami i innymi rozkoszami stołu uważaj;) Na początku będzie się wydawało, iż to książka waży za dużo. Ruch na świeżym powietrzu to nie tylko przejście od jednej kawiarni do drugiej.
    Czekam następnych obserwacji fotograficznych. Pozdrawiam:)

  6. Nutta: Gazdziny to jako zywo ani jednej nie widziałam, czy to na pewno było w Krynicy? Eh,wiem wiem, szarlotki, słodkosci, hmm, wlasnie usiłuje sie zebrac do chodzenia na cwiczonka. Jestem na etapie „juz pojutrze…” 😉

  7. Ja za to bylam kiedys w Krynicy Morskiej, nie Gorskiej. Ale tez nic nie pamietam.
    Kawiarnie sa tak slodko staroswieckie! Zwlaszcza ta w willi, maly dysonans to lampa z Ikei, ale tylko maly 🙂
    Szkoda, ze pogoda nie dopisala, przynajmniej jednak moglas poczytac na kanapach i przetestowac herbatki i ciasta 🙂
    Jeszcze raz wielkie dzieki za pocztowke!

  8. Chihiro: A wiesz ze tez chyba kiedys byłam i w Krynicy Morskiej i zupelnie nie pamietam tego miasta.Musi byc jakies zupełnie bezosobowe ;). W Wilii panuje taki wlasnie beztroski bałagan, ale mnie to nie przeszkadza, a nawet nastawia na luz. A karteczka to juz zwyczajowo sie nalezy, ciesze się ze w ogóle dotarla 🙂

  9. Tak, to w Krynicy. Trudno mi określić ulicę. Trzeba wyjść, idąc prosto, z centrum uzdrowiskowego (za skwerami) na ruchliwą ulicę. Tak objaśniłam, że nie trafisz;)

  10. Tan kot przypomniał mi przyjemny lokal w Sopocie (Kawiarnia u Hrabiego w Dworku Sierakowskich). Taki prawdziwy dworek w dawnym stylu, gdzie pod jednym dachem mieści się zarówno galeria jak i kawiarnia właśnie. Hrabia to kot właśnie, ale nie tylko on zajmuje kanapy i krzesła – takich mechatych mieszkańców kręci się tam kilka sztuk. Siedzą sobie przy stole, śpią na sofach i ogólnie robią „nastrój” 😉 Bardzo przyjemne miejsce, pyszna kawa, wystrój przytulny i mruczące towarzystwo.

  11. maioofka: Do Sopotu to w życiu nie udało mi się dotrzec, ale pamietam herbaciarnie w Kazimierzu nad Wisłą, gdzie wlasnie plątaly sie koty. Od razu było sympatyczniej i przytulniej 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s