Dzień: 12 lutego 2010

nie tylko dla pań

  

W górze parasole, ustawione ukośnie, tworzyły jakby dach wiejskiej chaty; poniżej jedwabne pończochy, zawieszone na metalowych prętach, ukazywały profile łydek; jedne z deseniami w kształcie bukiecików róż, inne bez deseni, ale we wszystkich możliwych kolorach. Były wiec czarne ażurowe, czerwone z haftowanymi klinami i cieliste, gładkie jak skóra jasnowłosej kobiety.

Emil Zola „Wszystko dla Pań”, str 7

 

Kiedy tak wrzucam do szafy kolejne partie kolorowych rajstop (wiosny, wiosny!), przypomina mi się następne ebałtowe pytanie. O najdziwniejsze miejsce, w jakim zdarzyło mi się czytać, zapytał pewien Barman. Otrzymał w zamian za nie jedną z najdziwniejszych książek jakie zdarzyło mi się kupic, przeczytał ją dzielnie i choćby z tego powodu należy mu się odpowiedz. Żeby ją przygotować musiałam otworzyć nie tylko drzwi do szafy, ale sporo szuflad mojej pamięci. Wreszcie,w zakurzonym kącie pod tytułem lata osiemdziesiąte udało mi się dostrzec coś (ksiażkę? to ci niespodzianka), co mogłoby tutaj pasowac. Strzepnijmy wiec pył historii z  pewnej okładki i popatrzmy, co się pod nią kryje.  

W głębi ogromny, kosztowny szal z koronki bruges rozpościerał rdzawo-biale skrzydła niby zasłonę nad ołtarzem; otaczały go girlandą falbany i koronki alencon. Nieco dalej pieniły się śnieżną białością fale innych gatunków koronek flandryjskich, walansjenek, aplikacji brukselskich i weneckich. Po obu stronach wystawy spiętrzone w kolumny sztuki ciemnego sukna podkreślały jeszcze te tajemniczą głąb przypominającą wnętrze tabernakulum. W tej kaplicy, wzniesionej na cześc wdzieków kobiecych, umieszczono artykuły konfekcyjne. Wyjątkowej piekności aksamitny płaszcz przybrany srebrnymi lisami zajmował środek wystawy. W bocznych jej skrzydłach wisiała jedwabna rotunda na popielicach oraz płaszcz wełniany obszyty kogucimi piórami. Białe narzutki balowe, ozdobione łabędzim puchem lub szynelką, uzupełniały kolekcję.

str 9

 

Te słowa właśnie towarzyszyły mi, czternasto albo trzynastolatce, tkwiącej w ciasnym pomieszczeniu sklepowym. Ludzie tłoczyli się w znużonej kolejce, sprzedawczynie patrzyły  w sufit, ja, zgodnie z poleceniem rodziców, „zajmowałam miejsce” w ogonku po dobra konieczne, czyli kiełbasy, szynki albo jakieś karkówki bez kości. Sklep bowiem był mięsny i jedyne co miał do zaoferowania, to gałązki więdnącej pietruszki na przykurzonych hakach.  Dyżurne babcie szarzały na początku kolejki, kilku panów święciło łysinami, szeleścił ortalion zimowych kurtek. Zapach wyczekujących ludzi mieszał się z wonią dawno wykupionych wędlin. Nie było to chyba najlepsze miejsce do spędzania ferii zimowych.

  

Mnie to jednak mało obchodziło. Trzymałam nos w książce, i starałam się sobie wyobrazić jaka może być w dotyku koronka chantilly, zastanawiałam się, czy batystowe chusteczki są mglisto przeźroczyste i jak mógł błyszczeć jedwab po 5,50 franków. 

Z sufitu zwieszały się złocone żyrandole, dywany hafty i tkaniny lamowane złotem zdobiły ściany , otaczały jak bajecznie kolorowe chorągwie balustradę schodów; poprzez cały magazyn płynęły zwoje koronek, drgały muśliny, pyszniły się jedwabie, stały w geście apoteozy na wpół odziane manekiny.

str 26

W samym środku działu wystawa letnich jedwabi rozjaśniała halę blaskiem jutrzenki, jak gwiazda wschodząca wśród najdelikatniejszej poświaty: bladoróżowej, jasnożółtej, przejrzysto niebieskiej, wszystkich odcieni szarfy bogini Iris. Były tu fulary zwiewne jak obłoki, jedwabie lżejsze od ulatującego z drzew pyłku kwiatów, błyszczące pekiny, delikatne jak ciało chińskich dziewcząt.

str 28

I tak to Pan Emil obronił moje poczucie estetyki, zgarbione w środku pereleowskiej wersji Campo di Fiori. Dlatego proszę się nie dziwić, że przy pisaniu tej notki jednym okiem oglądam Tribute to Alexander McQueen. Czuję się zobowiązana w maleńkiej choć cząstce w nim uczestniczyć. Bo nauczyłam się cenić ludzi, którzy potrafią otworzyć przede mną światy tak różne od tego, w którym przyszło mi być.