Dzień: 6 lutego 2010

wicked

It sounds to me as though you believe in Natural Selection, and you don’t think you and I are the fittest.

 A.S. Byatt “The Game”, str. 256

 To nie była ładna książka. Każdy jakiś taki pokręcony, nikt nie był choćby cieniem osoby dobrej do towarzystwa. Najpierw dwie siostry: starsza z wielką wyobraźnią i emocjonalnymi zahamowaniami, młodsza z pragnieniem akceptacji i sprytem większym od pierwszej. Chce być niby lubiana przez starszą, a jednocześnie cały czas jest przyłapywana na robieniu czegoś, czego ona nie akceptuje. Czyta jej pamiętniki, przerabia jej historię na własne opowiadania, no i jest bardziej kochana  przez ojca. Starsza, czyli Cassandra, ma więcej niż jeden powodów by ćwiczyć na młodszej, Julii, swój talent do pogardy i potępienia. Pojawienie się trzeciej osoby, młodego mężczyzny, destabilizuje kompletnie, ten i tak niełatwy, związek. Niepozbierany Simon, przylega mocno do każdej z sióstr, i w każdej budzi ciepłe uczucia. Sam jednak nie wybiera żadnej z nich, a gdy sytuacja zdaje się go zmuszać do podjęcia decyzji, czmycha do dżungli, gdzie może dowoli rozwijać swoją fascynację wężami. Te stworzenia przynajmniej pozwalają mu być przy sobie bez groźby jakichkolwiek uczuciowych zawirowań.

To książka, w której każdy element urasta do rangi zagadki, symbolu albo wskazówki. Pominięcie choćby jednego akapitu , jednego opisu, oznacza utratę istotnej cząstki, bez której opowieść staje się niekompletna. Trzeba ją czytać z wyostrzoną uwagą i chęcią do studiowania każdego zdania. Nadpruta sukienka Cassandry, wypukłość przełyku najedzonego węża, rude loki córki Julii, nie można tego zostawić niezauważonym i pognać dalej w głąb akcji. Julia-pisarka, odwiedzając w Oxfordzie siostre-naukowca ma szansę poznać na kolacji szanowne grono profesorskie gdzie: łapczywie obserwowała jak drżące , zabarwione żyłkami dłonie, niezgrabne i kruche, skubały chleb (A.S. Byatt “The Game”, str. 131, tłum wlasne). Podczas tego wieczora zdaje sobie sprawę, że właśnie takie detale przykuwają jej uwagę i z nich składają się jej książki. Czy przez to umyka jej coś ważnego? Czy przeciwnie , właśnie istota całości zawarta jest w tych pozornie nieistotnych szczegółach? I czy to pytanie zadaje sobie fikcyjna bohaterka powieści, czy jej rzeczywista autorka?

Drobiazgi, małe gesty i niewielkie wydarzenia zaczynają gromadzić się w książce, tak jakby autorka usypywała z nich niebezpiecznie wysoki stos, który w końcu zaczyna się chwiać i grozić katastrofą. Komu? Bo czy ktoś z tej trójki  zasługuje na ocalenie? Simon powraca ze swojej wyprawy i ponownie zbliża się do obu sióstr,  łykając beznamiętnie uczucia, którymi go obdarowują, zupełnie jakby naśladował spożywanie pokarmów przez jego ulubione gady. Cassandra ze swoim dziwnym kodeksem moralnym i łatwością potępiania innych, z brakiem zdolności do wybaczenia, jest jednocześnie nieznośna i godna współczucia. Julia, lekkomyślna i bez skrupułów wypisująca w swoich książkach rzeczy, które mogą ranić jej najbliższych, jest może łatwiejsza do zrozumienia, ale niebudząca większej sympatii. Komu wiec przypadnie najgorszy los, kto w tej grze skończy z Czarnym Piotrusiem w ręku? I czy będzie to ten, kto najbardziej na to zasłużył, czy ten, kto nie potrafił odpowiednio zagrać?

Musiałam skończyć tę książkę jak najszybciej i nie tylko dlatego, że byłam ciekawa finału całej historii. Musiałam ja skończyć, bo za bardzo wbijała mi się w myśli uwierała moje ego. W miarę czytania zaczęłam mieć objawy lekkiej depresji i bezsenności. Bo to nie jest wygodna książka, której słowa owijają się miękko wokół czytającego, jak ciepły kocyk. Nie obiecujcie sobie po niej niczego miluśkiego.  

mowa o:

 

Reklamy