Dzień: 20 września 2009

impas

Wiedziałam, że tak będzie! Po przeczytaniu książki- siódmego cudu świata, wszystko wydaje się nijakie.

Sięgam po „Jeśli zimowa nocą podróżny”, a tam autor zamęcza mnie uświadamianiem mi moich czytelniczych doznań. Okej, wiem że jestem czytelnikiem,  nie bohaterką trzymanej w rękach książki. I nie muszę co pięć minut mieć wzmianek o tym, że teraz to jestem zdziwiona czy też znudzona. Wkurzona drogi panie jestem! Zawsze drażni mnie niesłychanie takie krążenie wokół tematu, z rozwlekłymi zapowiedziami na temat tego co ma być oraz komentarzami na temat tego, co było. Mistrzem takiej formy jest Swift, o , do dziś pamiętam męki towarzyszące lekturze Guliwera. Dlatego Calvino został porzucony i przeszłam do Mariasa. Dosyć wolnym krokiem, bo pierwsza strona książki zawiera opis  samobójstwa. Przed snem czytać nie mogłam. Poczekałam na odpowiednie popołudnie i zaczęłam czytać o świeżo upieczonej mężatce, która podczas rodzinnego obiadu wychodzi do łazienki żeby strzałem w serce odebrać sobie życie. Dlaczego? Autor stara się dociec przyczyn tego kroku, przy okazji studiując niedole własnego stanu małżeńskiego, w który właśnie wszedł. No i tym zrobił sobie u mnie krechę, bo nie znam faceta, który by nie narzekał na straszliwy stan zniewolenia i marazmu w jaki popada po założeniu obrączki. Pozostawiłam wiec narratora jego cierpieniom, i sięgnęłam po następna lekturę. Charles, pomyślałam sobie, jest konkretny i nie lubi pracować, mamy wiec przynajmniej dwie cechy wspólne i może jakoś dojdziemy do porozumienia. No i film na podstawie ksiazki był całkiem niezły, z muzyką niesamowicie oddajacą pijacką smutę. Jednak i tym razem pudło. Pan Chinasky bowiem prowadzi cholernie jednostajne życie, w którym spontaniczność jest pozorną grą, maskującą powtarzalność przyjętego wzoru. Co drugi rozdział Charles wylatuje z roboty, upija się i dobiera do jakiejś kobitki. Spojrzałam szybko na koniec, okazało się, że rozdziałów jest 87, czyli czekało mnie ponad czterdzieści migawek z tym samym obrazkiem. Mając w perspektywie pogrążanie się w opisach brudnych kufli piwa i zszarganych życiem meneli, z westchnieniem odłożyłam książkę. I poświęciłam się na dobre mojej do tej pory wannowej lekturze Białoszewskiego. W „Chamowie” też są powtórki, ale wielokrotne czytanie opisów chmur kłębiastych, pierzastych, wschodów i zachodów słońca oraz traw porastających Saską Kępę jest zdecydowanie bliższe mojemu poczuciu estetyki. O czym będzie zupełnie osobna notka.

Reklamy