gonitwa za wiatrem

Rozczarowanie uchodzi za zło. To nieprzemyślany przesąd. Przez co, jeśli nie przez rozczarowanie, mamy odkryć , czego oczekiwaliśmy i na co mieliśmy nadzieję? I w czym, jeśli nie w tym odkryciu, ma się kryć poznanie samego siebie?

„Nocny Pociąg do Lizbony” Pascal Mercier.

 

Wbrew tytułowi, ta książka nie nadaje się do czytania w pociągu. Wymaga zbyt intensywnej uważności, zbyt szczelnego zamknięcia się w tekście, by dało się ją naprawdę przeczytać w ruchu i hałasie przedziału drugiej klasy PKP. Choć sam początek może zwieść czytelnika, i wzbudzić w nim podejrzenie, że ot, ma przed sobą nową wersję Zafona i czeka go zawrotna i miejscami niedorzeczna akcja, w sam raz na zabicie czasu spędzonego w podróży.

Ta historia  bowiem zaczyna się od zauroczenia podstarzałego nauczyciela języków klasycznych przypadkowo napotkaną w  drodze do szkoły Portugalką. Kobieta zwraca jego uwagę dramatycznymi gestami i pięknem obcych słów, których używa. Gregorius, bo tak nazywa się ów nauczyciel, zabiera ją ze sobą do klasy, a kiedy kobieta wychodzi, decyduje się w jednej chwili porzucić podręczniki, uczniów i szkolne mury. Podąża za nieznajomą,  zostawiając za sobą wszystko i zaczyna błądzić po ulicach Berna, by w końcu trafić do hiszpańskiej księgarenki. Tam wśród rzędów zakurzonych ksiąg, znajduje mały tomik z portugalskim tekstem. Prosi sprzedawcę o przetłumaczenie fragmentu i:

„usłyszał słowa, które wywarły na nim oszałamiające wrażenie, ponieważ brzmiały tak, jakby zostały napisane tylko dla niego, i to nie tylko dla niego, ale dla niego w to właśnie przedpołudnie, które wszystko zmieniło:

Z tysięcy doświadczeń , które zbieramy, najwyżej jedno wyrażamy w  słowach, a i to tylko przypadkowo i bez staranności, na która zasługuje. Wśród wszystkich tych niemych doświadczeń kryją się te, które niezauważenie nadają naszemu życiu formę, barwe i melodię.”

Od tego momentu Gregorius faktycznie zmienia swoje życie. Wyjeżdża do Lizbony i usiłuje dowiedzieć się jak najwięcej o autorze książki, która go zafascynowała. Jest to zadanie tym trudniejsze, że ów zmarł jakieś 20 lat wcześniej.

Książka doktora Prado staje się przepustką do życia i wspomnień otaczających go niegdyś ludzi. Gregarious z tej przepustki skrupulatnie korzysta, zbiera skrawki opowieści o doktorze Prado i notatki, które pozostawił po sobie. Jednocześnie w miarę poznawania faktów o doktorze jak i osobach, które go znały, Gregorius zastanawia się, jak bardzo inaczej mogłyby się  potoczyć jego własne losy, gdyby miał więcej odwagi w realizacji swoich marzeń, jak wyjazd do Persji, czy pisanie doktoratu. Rozważa swoje relacje z rodzicami, była żoną, znajomymi. I gdy pewnego dnia w wyniku konsultacji lekarskiej zmienia okulary, zaczyna widzieć wszystko wyraźniej, zdaje się, że mgła znika sprzed jego oczu nie tylko dzięki lepszym szkłom, ale i przez podążanie śladami autora niepozornej książeczki.   Historia jego poszukiwań jest opowieścią o losach człowieka pragnącego zachować siebie i swoją moralność w czasie reżimu Salazara oraz próbą  podsumowania własnego życia,  a także zbiorem rozważań filozoficznych na takie problemy jak granice ludzkiego poznania, miłość, przyjaźń, szukanie własnej tożsamości.

Przyznaję do razu, że odnośniki polityczne nie specjalnie mnie zachwyciły. Niektóre z notatek Doktora Prado również nie zaskakiwały mnie swoja oryginalnością. Czasem wręcz dziwiłam się, że Gregorius, doskonały znawca greki i łaciny, nie zauważa w nich podobieństwa  chociażby do platońskiej teorii poznania. Czasem drażnił mnie zbyt koturnowy ton powieści. Bywało, że wbrew porównaniu autora  słów do wyrobów złotniczych dla mnie były one raczej tworami branży kamieniarskiej: przypominały bardziej ostre i zimne granitowe posągi, niż jubilerskie cacka.

Co w takim razie sprawiło, że uważam tę powieść za dobrą? Może mój sposób jedzenia pączków? Otóż pączki nie należą do słodyczy za którymi przepadam, jednak zwykłe zjadam je szybko i w całości. Dlaczego? Bo wiem, że po oblizaniu lepkiego lukru, po przełknięciu mdławego ciasta, trafię na kilka kęsów mojej ulubionej różanej konfitury, która na długo pozostawi mi swój aromat w ustach. A w tej książce podobnych jej smaków nie brakuje.

 Mowa o:

pociag-do-lizbony-5

 

Reklamy

6 uwag do wpisu “gonitwa za wiatrem

  1. Podoba mi się stwierdzenie o oczekiwaniu różanej konfitury. W dobrej książce musi być, chociaż są i tacy, którzy delektują się zakalcem. Pozdrawiam:)

  2. nutta: czasem można zasmakować i w zakalcu:). jednak do tego trzeba specyficznego zbiegu okolicznosci, ktory dla mnie zdaje sie zachodzić raczej niezbyt często, choć nie mogę powiedzieć, że nigdy;).

  3. dormeza: myslę, że warto, ale z góry proszę o niepociąganie do odpowiedzialności, gdyby Ci jednak książka nie przypadła do gustu;)

  4. To jedna z tych ksiazek, ktora zaczarowala mnie bez reszty i z zaskoczenia. I wlasciwie podobalo mi sie w niej wszystko – chociaz moze przy drugim czytaniu wylapie jakies wady ;-)).

  5. Iza: Spodziewałam się po niej trochę więcej, ale i tak było w miarę dobrze 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s