więcej niz pierwsza czytanka

siurpryzy

Opublikowany w NA MARGINESIE, ogladając i czytając przez buksy w dniu 19 listopad 2009

Najmilszą niespodzianką ostatnich dni była przesyłka od Magamary. A w niej: nieosiągalny, nieprzetłumaczony i zalistowany do Bookera The Quickening Maze! Dziękuję bardzo za ten cudowny prezent. Na razie położyłam koło łóżka i przed snem wzrok mi się zapuszcza w ten niepokojący obrazek z okładki. W ten sposób zasilam moja chęć czytania, która rośnie w zastraszającym tempie. Ale ponieważ podjęłam się pewnych zobowiązań, czytelniczo błądzę teraz na granicach Europy.

 

Niezłą niespodzianką było też znalezienie części Muminków, której jeszcze nie znałam. Sama nie mogłam się nadziwić, jak to się mogło stać. Ale na szczęście się stało i będę miała mnóstwo radości przez najbliższe dwa wieczory. Na jednym zaskoczeniu wizyta w empiku się nie skończyła. Zdarzyło mi się,  jak zwykle, rzucić okiem na wszystkie okoliczne półki i musiałam kilka razy mrugnąć, żeby się przekonać, że mnie wzrok nie myli. Oto na wysięgniku pt nowości zobaczyłam…”Lalę” Dehnela. Z ulgą pomyślałam, że mnie to się ostatnio zatrzymał zegarek, a niektórym to cały kalendarz.

No i moje ostatnie odkrycie, to znalezienie nowego programu TVP o książkach. Zanim się ucieszycie z tej informacji, przeczytajcie do końca ;) . Nosi on tytuł „Czytam, bo lubię” i jest nadawany na popularnej stacji TVN Style. Prowadzącą jest Pani Dorota W. Która jest znana z tego, że się zna. Na przykład z Januszem Wiśniewskim. I nie tylko chyba, skoro ma już drugi program na tym kanale. Zaczęłam to wczoraj oglądać i oniemiałam. Jako lekturę do omówienia wybrała pani Dorota „Morderstwo w Orient Expresie”. Najpierw nam wyjaśniła kto to jest Agata Christie i co to jest Orient Express. Wykładni semantycznej morderstwa zabrakło, za to pani Dorota wzięła się za czytanie fragmentu. No i dalej nie wiem co było, bo dwie pomyłki w czytaniu prostego tekstu ostatecznie mnie skłoniły do wyłączenia telewizora. Jedno jest pewne: tytuł pozostanie taki sam na zawsze. Do zmiany na przykład na „czytam bo umiem” nie ma żadnych przesłanek. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego nie zaproszono do jego poprowadzenia kogoś, kto ma o temacie jakie takie pojecie? Przecież Kazia Sz. na pewno chętniej wzięłaby się za te robotę, zamiast komentowania 66 niezapomnianych chwil z nieczytania?

 A jeśli chodzi właśnie o nieczytaniowe momenty, to z wielkim zadowoleniem donoszę o jeszcze jednym zaskoczeniu ostatnich dni. Wybrałam się, pełna obaw, na polski film. I Co za jakość, co za scenografia, co za aktorstwo! Że o pomyśle na fabułę nie wspomnę. I muzyka, Aaaaaach. No po prostu „Rewers” mnie zadziwił. W każdym calu in plus. Dla zachęty nadmienię tylko, że główna bohaterka obraca się w kręgach prawie literackich. I tym akcentem z przyjemnością kończę dzisiejsza notkę.

hurrey, the end of holiday.

Opublikowany w NA MARGINESIE, ogladając i czytając przez buksy w dniu 11 wrzesień 2009

Jak się cieszę z końca wakacji! Wreszcie zakończy się papka filmowa w kinach, biblioteki  będą otwarte nawet po 16, a do telewizyjnej ramówki powróci Czytelnia. Na dodatek z małego ekranu po raz kolejny powiewa Bergmanem, co mnie szalenie podnieca, i wizualnie i intelektualnie. Najpierw początkiem tygodnia miałam okazję obejrzeć „Wnętrza” Allen’a. Oglądane strasznie dawno, wspominałam jako ponurość zupełnie pozbawioną allenowskiego poczucia humoru. Ponurość to i owszem jest, ale jaka wysmakowana! Przygaszone zdjęcia, wszystko w kolorach beżu i zamglonego wybrzeża. Przejmujące dialogi, wymuskane tytułowe wnętrza, świetne kostiumy. Do tego moja ulubiona Diane Keaton na skraju załamania nerwowego, jak każdy zresztą w tym filmie.

I kiedy ten film tak sobie przetrawiałam przez resztę tygodnia, puszczałam klatka po klatce w pamięci, to zaczęłam go w końcu widzieć jako metaforę  reżyserskiej drogi Allena. Otóż występuje tam tragiczna postać, perfekcjonistyczna, zimna i przewrażliwiona matka trzech dorosłych córek, którą porzuca mąż, pod pretekstem konieczności chwilowego odpoczynku. Okazuje się, że wkrótce znajduje sobie żywotną i dobroduszną  kochankę i ma się zamiar z nią ożenić. Pearl, bo takie imię nosi jego nowa wybranka, jest kwintesencją prostolinijności i radości życia, nie zagłębia się w rozmyślania na temat estetyki, poetyki i uczuć wyższych, za to świetnie gotuje i nosi zabójczo kolorowe kiecki, w amerykańsko-papuzim stylu. Nie pasuje do tego towarzystwa ani osobowością, ani wyglądem,  ale to jej dostaje się wygrana, podczas gdy wysublimowana i neurotyczna Eve odchodzi porzucona przez całą rodzinę.

Przez opowiedzenie się za rozszczebiotaną Pearl i uśmiercenie zimnej i bergmanowskiej Eve Allen mówi jednoznacznie o swoim przejściu na jasną i prostą drogę pragmatycznej komedii amerykańskiej. Przedtem jednak daje upust swojej miłości do Bergmana wręcz kalkując niektóre ze scen z jego filmów. Najmłodsza z sióstr rozmawia z widmem swojej matki w scenie naśladującej do złudzenia fragmenty pokazujące spotkania Liv Ulman ze zjawami z przeszłości w „Twarzą w twarz”. Eve zaczyna przejawiać zainteresowanie religią, tak charakterystyczne dla wielu z bohaterów Ingmara. A końcowe ujecie filmu to niezaprzeczalnie wielki pokłon w stronę „Persony”. A może i mrugniecie okiem w kierunku widza, sygnalizujące, że tak całkiem z Bergmanem Woody się jeszcze nie żegna.

Oglądając z kolei „Gdzie rosną poziomki”, kilka dni temu nadawane w TVP Kultura, mogłam przekonać się, że i ten film widział Woody i próbował zaadaptować niektóre z niego pomysły. Jak choćby scena z wejściem do pokoju, gdzie bohater obserwuje rodzinny obiad sprzed lat. Czy przypadkiem nie to samo widział Woodie w „Hannie i jej siostrach”? Wiem, że to co tu wypisuje u niektórych może wzbudzić uśmiech pobłażania i pogardliwe prychniecie, że Ameryki to nie odkrywam. Dla mnie jednak, osoby o filmoznawczej ignorancji mieszczącej się w górnej części tabeli niewiedzy, to fascynujące śledztwo. Które zresztą będę miała szansę kontynuować, Oto bowiem GW ma zamiar dodawać, od 18 września począwszy, filmy Allena do swoich piątkowych wydań. No i ciągle czeka na mnie zupełnie niezła lektura rozmów z Allenem. Dotyczą one co prawda bardziej jego kuchni filmowej niż głęboko filozoficznych rozważań na temat interpretacji jego dzieł. Ale przecież opary kulinarne czasem bardzo przypominają kształtem i ulotnością ducha, i tego mam zamiar się trzymać, jak czytający kartki. 

mowa o: