więcej niz pierwsza czytanka

Merry

Opublikowany w NA MARGINESIE, Uncategorized przez buksy w dniu 24 grudzień 2009

Spojrzeli w górę na niebo, odległe i czarne, ale niewiarygodnie pełne gwiazd, tysiąc razy liczniejszych niż latem. A największa z nich wisiała prosto nad wierzchołkiem ich choinki.

 Tove Jansson „opowiadania z Doliny Muminków”, str. 228d

 

Życzę Wam wszystkim spędzenia Świat Bożego Narodzenia w ciepłej i przyjaznej atmosferze, z tymi których kochacie w sposób jaki kochacie oraz by znalazione pod choinką prezenty dały Wam radość i były świadectwem tego, że Bliscy Was znają i rozumieją.

 

graciasy i fenksy

Opublikowany w Konkursy, NA MARGINESIE przez buksy w dniu 13 grudzień 2009

Zacznę od podziękowań wszystkim uczestnikom konkursu, a także tym którzy niejako pozakonkursowo wyciągnęli do mnie pomocna dłoń z pytaniami wspierającymi założenie strony About. Muszę się teraz dobrze zastanowić, jak mądrze te pytania spożytkować. Dlatego może się zdarzyć, ze strony nie zdołam uzupełnić od razu w najbliższych dniach.

Jeśli chodzi o zwycięzców w konkursie, to zostali nimi:

Giera, który jako bezkonkurencyjnie pierwszy miał największy wybór i zgarnął Padure.

Lilithin, która jako druga wybrała Meredesa -Benz.

Foma, który jako trzeci jest niejako zmuszony przyjąć to, co zostało, czyli Krainę Traw.

Dziękuje też za udział Chihiro, która zaprosiłam do skorzystania z puli pozakonkursowej, oraz Maga marze, która zgłosiła swoje pytania już po ogłoszeniu wyników. Dziękuję tez Agnes, której niestety nie mogłam uwzględnić wśród uczestników, ponieważ jej wypowiedz nie spełniła podstawowego warunku, jakim było zadanie co najmniej dwóch pytań. Jednak na pewno chciałabym odpowiedzieć na jej pytanie,  dlatego proszę Agnes o kontakt na mail’a abyśmy mogły porobić jakieś ustalenia.

A wszystkich zwycięzców z przyjemnością informuje, że ich nagrody zostały wysłane dzisiaj przesyłkami priorytetowymi i mam nadzieje, że dotrą na miejsce jeszcze przed Świętami. Natomiast pozostałych czytelników zapewniam, że  następna notka będzie już ściśle na temat, czyli o książkach.

Bo dzisiaj była mowa o:

worek z prezentami

Opublikowany w Konkursy, NA MARGINESIE przez buksy w dniu 6 grudzień 2009

Brody sobie nie doprawiam, bo by mi się za bardzo do szminki kleiła, ale skarpety zapełniam, pod poduszki wrzucam, i nawet za szklanką mleka (pfuj) i ciasteczkami ( no trudno) się nie rozglądam.

Najpierw chcę Wam sprezentować nowiutką i świeżutką listę najlepszych czytanek, jakie zdołałam wygrzebać ze swojej przepastnej pamięci i notatek blogowych. Czas przedświąteczny to okres, gdy albo rozglądamy się za książkami dla siebie (w końcu będzie tyyyyle wolnego), albo dla bliskich pod choinkę. Dlatego myślę, że to dobry moment, żeby taki spis podarować wszystkim czytelnikom i zaglądaczom.

Ale to nie koniec!

Dal tych z Was, którzy dzielą ze mną los czytelnika tęskniącego za literaturą obcą  i jeszcze nieprzetłumaczoną, mam coś specjalnego. Otóż całkiem niedawno udało mi się natrafić na nieźle zaopatrzoną księgarnię internetową ze sporym asortymentem tytułów anglojęzycznych. I ceny mają całkiem znośne. Na przykład Wolf Hall można kupić już za 58 złotych. Zresztą same/i się przekonajcie: http://www.bookcity.pl/

I na dnie mikołajowej sterty mam konkurs. Otóż chcę Was prosić o pomoc w uzupełnieniu tej zakładki z boku , noszącej tytuł; „About”. Na jakie pytania Waszym zdaniem powinna autorka niniejszego bloga odpowiedzieć w tym miejscu? Chętnych do ich zadania  proszę o zamieszczenie w komentarzach 2-3 propozycji. Spośród nich zostaną wybrane trzy pytania, a ich autorzy otrzymają w nagrodę jedną z następujących trzech książek (oczywiście proszę o podanie, która z nich Wam najbardziej odpowiada):

siurpryzy

Opublikowany w NA MARGINESIE, ogladając i czytając przez buksy w dniu 19 listopad 2009

Najmilszą niespodzianką ostatnich dni była przesyłka od Magamary. A w niej: nieosiągalny, nieprzetłumaczony i zalistowany do Bookera The Quickening Maze! Dziękuję bardzo za ten cudowny prezent. Na razie położyłam koło łóżka i przed snem wzrok mi się zapuszcza w ten niepokojący obrazek z okładki. W ten sposób zasilam moja chęć czytania, która rośnie w zastraszającym tempie. Ale ponieważ podjęłam się pewnych zobowiązań, czytelniczo błądzę teraz na granicach Europy.

 

Niezłą niespodzianką było też znalezienie części Muminków, której jeszcze nie znałam. Sama nie mogłam się nadziwić, jak to się mogło stać. Ale na szczęście się stało i będę miała mnóstwo radości przez najbliższe dwa wieczory. Na jednym zaskoczeniu wizyta w empiku się nie skończyła. Zdarzyło mi się,  jak zwykle, rzucić okiem na wszystkie okoliczne półki i musiałam kilka razy mrugnąć, żeby się przekonać, że mnie wzrok nie myli. Oto na wysięgniku pt nowości zobaczyłam…”Lalę” Dehnela. Z ulgą pomyślałam, że mnie to się ostatnio zatrzymał zegarek, a niektórym to cały kalendarz.

No i moje ostatnie odkrycie, to znalezienie nowego programu TVP o książkach. Zanim się ucieszycie z tej informacji, przeczytajcie do końca ;) . Nosi on tytuł „Czytam, bo lubię” i jest nadawany na popularnej stacji TVN Style. Prowadzącą jest Pani Dorota W. Która jest znana z tego, że się zna. Na przykład z Januszem Wiśniewskim. I nie tylko chyba, skoro ma już drugi program na tym kanale. Zaczęłam to wczoraj oglądać i oniemiałam. Jako lekturę do omówienia wybrała pani Dorota „Morderstwo w Orient Expresie”. Najpierw nam wyjaśniła kto to jest Agata Christie i co to jest Orient Express. Wykładni semantycznej morderstwa zabrakło, za to pani Dorota wzięła się za czytanie fragmentu. No i dalej nie wiem co było, bo dwie pomyłki w czytaniu prostego tekstu ostatecznie mnie skłoniły do wyłączenia telewizora. Jedno jest pewne: tytuł pozostanie taki sam na zawsze. Do zmiany na przykład na „czytam bo umiem” nie ma żadnych przesłanek. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego nie zaproszono do jego poprowadzenia kogoś, kto ma o temacie jakie takie pojecie? Przecież Kazia Sz. na pewno chętniej wzięłaby się za te robotę, zamiast komentowania 66 niezapomnianych chwil z nieczytania?

 A jeśli chodzi właśnie o nieczytaniowe momenty, to z wielkim zadowoleniem donoszę o jeszcze jednym zaskoczeniu ostatnich dni. Wybrałam się, pełna obaw, na polski film. I Co za jakość, co za scenografia, co za aktorstwo! Że o pomyśle na fabułę nie wspomnę. I muzyka, Aaaaaach. No po prostu „Rewers” mnie zadziwił. W każdym calu in plus. Dla zachęty nadmienię tylko, że główna bohaterka obraca się w kręgach prawie literackich. I tym akcentem z przyjemnością kończę dzisiejsza notkę.

snuj

Opublikowany w NA MARGINESIE, plany czytelnicze przez buksy w dniu 12 październik 2009

Ostatnio uprawiam księgarniany window shopping. Choć bardziej prawidłowa nazwa powinna brzmieć shelf peeping.  Po ludzku mówiąc, po prostu łażę pomiędzy regałami i grzebię, z utęsknieniem myśląc o kolejnej wypłacie. Teraz, w połowie miesiąca mogę tylko obwąchiwać poczytywać i domysły snuć, na temat jakości przeglądanych lektur. Oczywiście pierwsza kusicielka to Hakawati, której lazur mnie olśniewa w burości jesiennej. Złociste esy floresy wiją się na okładce jak wąż kuszący Ewę w raju, nawet podejść się boję, bo jak otworzę, zacznę akapit tu albo tam, to pewnie już z rak nie wypuszczę. Opieram się wiec dzielnie, tylko kątem okiem notując pojawienie się tej nowej Waters. Którą na szczęście Magamara zjechała nieco, wiec się nie daję nawet żółtej banderoli z napisem Booker zwieść. Idę dalej, w kierunku faktu, bo jakoś książki pozbawione fikcji zawsze mniej mnie pociągają, no chyba, że opisana w nich rzeczywistość przekracza granice najwspanialszych zmyśleń. Patrzę, a tam te dwie Julie stoją, co to właśnie film o nich widziałam. Bez entuzjazmu zresztą, bo w końcu oglądanie przez dwie godziny osób, których centrum życia stanowi patelnia, unudzi nawet i entuzjastów gotowania, których pewnie na sali kinowej nie brakowało. Już wolałabym chyba obejrzeć trzygodzinny blok programów Jamiego Oliwiera, może bym się przynajmniej czegoś nauczyła. Główna refleksja zresztą jaka mnie ogarnęła po obejrzeniu tego filmu, to, że niestety nikt do tej pory nie wpadł na pomysł entuzjastycznego programu TV dla laików o umiejętności czytania książek. A mnie się marzy taki program nie kulinarny, a bukinarny, która pokazuje jak czytać. W końcu czytać jest chyba łatwiej niż gotować? I z reguły przyjemniej? Mniejszy bałagan, mniejszy wysiłek, że o gabarytach nie wspomnę. Nie gotuj, a czytaj, będziesz zgrabniejsza, czy nie byłoby to chwytliwe hasło? Hm, może i nie.

Po tych jałowych rozważaniach ruszam bardziej w fikcję, gdzie znajduję coś, czego nie powinnam znaleźć w tej sekcji. Ale ta przewrotność jak najbardziej pasuje do tytułu. Oto trzymam w rękach Książki Najgorsze Barańczaka. Otwieram, a tam szmira za szmirą, w atrakcyjnie zgryźliwy sposób omówiona. No proszę, widać najlepszym tez się zdarza na chałę trafić, myślę ucieszona, zwłaszcza, że tuż przy boku rozlewa mi się na półkach pewna seria o domu, która stała się serialem. Może zresztą to byłby jakiś wyznacznik? Jakości lektur? Czytaj to, czego nie sfilmowano? Ostatnio?

getting ready

Opublikowany w NA MARGINESIE, plany czytelnicze przez buksy w dniu 28 wrzesień 2009

 

zestaw jesienny

Jak każde przezorne stworzenie zaopatruję przedjesiennie swoją norkę. Nagromadziłam mozolnie wszystko co potrzebne do przetrwania czasu szarug i mgieł. Co prawda jakoś on nie nadchodzi, kanikuła uparcie pręży słoneczny grzbiet i w rezultacie moje wysiłki wyglądają na bezsensowny akt paniki. Ale co tam, ja mam stosy poduszek, herbat, owijaczy i lektur. Któregoś dnia okaże się jednak, że temperatura wody gotowanej w czajniku przewyższa tę na zewnątrz i wtedy, ach, wtedy, to będę miała satysfakcję!

Na ten czas szykuję sobie takie oto czytelnicze przyjemności: 

  1. A. Brookner „Hotel Du Lac” – romans na początek jesieni
  2. M. Grimes „Dirty Duck” – kryminał na chwile jesiennej nudy
  3. L. Padura „Gorączka w Hawanie” – kryminał na czas zimnej jesiennej nudy
  4. R. Topor „Księżniczka Angina” – bajka na czas jesiennej infekcji gardła
  5. V. Woolf „Flush” – opowieść na jesienne obserwacje psów
  6. T. Jansson „Winter Book” – historyki na jesienne refleksje o zimie
  7. A. Veterany „Kto znajduje, źle szukał”- dołowacz na jesienny spleen
  8. J. Fforde „Skok w dobra książkę” – rozśmieszacz na jesienny spleen
  9. V. Woolf „Miedzy aktami” – filozofnik na jesienne dumanie
  10. J. Rawik „Edit Piaf, ptak smutnego stulecia” – biograficzny nutnik na jesienne słuchanie
  11. M. Cartarescu “Dlaczego kochamy kobiety” – pomocnik do jesiennego przeglądania się w lustrze
  12. S. Schiff “Vera Nabokowa” – historia kobiety niezwykłej na wszelkie jesienne słabości

impas

Opublikowany w NA MARGINESIE przez buksy w dniu 20 wrzesień 2009

Wiedziałam, że tak będzie! Po przeczytaniu książki- siódmego cudu świata, wszystko wydaje się nijakie.

Sięgam po „Jeśli zimowa nocą podróżny”, a tam autor zamęcza mnie uświadamianiem mi moich czytelniczych doznań. Okej, wiem że jestem czytelnikiem,  nie bohaterką trzymanej w rękach książki. I nie muszę co pięć minut mieć wzmianek o tym, że teraz to jestem zdziwiona czy też znudzona. Wkurzona drogi panie jestem! Zawsze drażni mnie niesłychanie takie krążenie wokół tematu, z rozwlekłymi zapowiedziami na temat tego co ma być oraz komentarzami na temat tego, co było. Mistrzem takiej formy jest Swift, o , do dziś pamiętam męki towarzyszące lekturze Guliwera. Dlatego Calvino został porzucony i przeszłam do Mariasa. Dosyć wolnym krokiem, bo pierwsza strona książki zawiera opis  samobójstwa. Przed snem czytać nie mogłam. Poczekałam na odpowiednie popołudnie i zaczęłam czytać o świeżo upieczonej mężatce, która podczas rodzinnego obiadu wychodzi do łazienki żeby strzałem w serce odebrać sobie życie. Dlaczego? Autor stara się dociec przyczyn tego kroku, przy okazji studiując niedole własnego stanu małżeńskiego, w który właśnie wszedł. No i tym zrobił sobie u mnie krechę, bo nie znam faceta, który by nie narzekał na straszliwy stan zniewolenia i marazmu w jaki popada po założeniu obrączki. Pozostawiłam wiec narratora jego cierpieniom, i sięgnęłam po następna lekturę. Charles, pomyślałam sobie, jest konkretny i nie lubi pracować, mamy wiec przynajmniej dwie cechy wspólne i może jakoś dojdziemy do porozumienia. No i film na podstawie ksiazki był całkiem niezły, z muzyką niesamowicie oddajacą pijacką smutę. Jednak i tym razem pudło. Pan Chinasky bowiem prowadzi cholernie jednostajne życie, w którym spontaniczność jest pozorną grą, maskującą powtarzalność przyjętego wzoru. Co drugi rozdział Charles wylatuje z roboty, upija się i dobiera do jakiejś kobitki. Spojrzałam szybko na koniec, okazało się, że rozdziałów jest 87, czyli czekało mnie ponad czterdzieści migawek z tym samym obrazkiem. Mając w perspektywie pogrążanie się w opisach brudnych kufli piwa i zszarganych życiem meneli, z westchnieniem odłożyłam książkę. I poświęciłam się na dobre mojej do tej pory wannowej lekturze Białoszewskiego. W „Chamowie” też są powtórki, ale wielokrotne czytanie opisów chmur kłębiastych, pierzastych, wschodów i zachodów słońca oraz traw porastających Saską Kępę jest zdecydowanie bliższe mojemu poczuciu estetyki. O czym będzie zupełnie osobna notka.

hurrey, the end of holiday.

Opublikowany w NA MARGINESIE, ogladając i czytając przez buksy w dniu 11 wrzesień 2009

Jak się cieszę z końca wakacji! Wreszcie zakończy się papka filmowa w kinach, biblioteki  będą otwarte nawet po 16, a do telewizyjnej ramówki powróci Czytelnia. Na dodatek z małego ekranu po raz kolejny powiewa Bergmanem, co mnie szalenie podnieca, i wizualnie i intelektualnie. Najpierw początkiem tygodnia miałam okazję obejrzeć „Wnętrza” Allen’a. Oglądane strasznie dawno, wspominałam jako ponurość zupełnie pozbawioną allenowskiego poczucia humoru. Ponurość to i owszem jest, ale jaka wysmakowana! Przygaszone zdjęcia, wszystko w kolorach beżu i zamglonego wybrzeża. Przejmujące dialogi, wymuskane tytułowe wnętrza, świetne kostiumy. Do tego moja ulubiona Diane Keaton na skraju załamania nerwowego, jak każdy zresztą w tym filmie.

I kiedy ten film tak sobie przetrawiałam przez resztę tygodnia, puszczałam klatka po klatce w pamięci, to zaczęłam go w końcu widzieć jako metaforę  reżyserskiej drogi Allena. Otóż występuje tam tragiczna postać, perfekcjonistyczna, zimna i przewrażliwiona matka trzech dorosłych córek, którą porzuca mąż, pod pretekstem konieczności chwilowego odpoczynku. Okazuje się, że wkrótce znajduje sobie żywotną i dobroduszną  kochankę i ma się zamiar z nią ożenić. Pearl, bo takie imię nosi jego nowa wybranka, jest kwintesencją prostolinijności i radości życia, nie zagłębia się w rozmyślania na temat estetyki, poetyki i uczuć wyższych, za to świetnie gotuje i nosi zabójczo kolorowe kiecki, w amerykańsko-papuzim stylu. Nie pasuje do tego towarzystwa ani osobowością, ani wyglądem,  ale to jej dostaje się wygrana, podczas gdy wysublimowana i neurotyczna Eve odchodzi porzucona przez całą rodzinę.

Przez opowiedzenie się za rozszczebiotaną Pearl i uśmiercenie zimnej i bergmanowskiej Eve Allen mówi jednoznacznie o swoim przejściu na jasną i prostą drogę pragmatycznej komedii amerykańskiej. Przedtem jednak daje upust swojej miłości do Bergmana wręcz kalkując niektóre ze scen z jego filmów. Najmłodsza z sióstr rozmawia z widmem swojej matki w scenie naśladującej do złudzenia fragmenty pokazujące spotkania Liv Ulman ze zjawami z przeszłości w „Twarzą w twarz”. Eve zaczyna przejawiać zainteresowanie religią, tak charakterystyczne dla wielu z bohaterów Ingmara. A końcowe ujecie filmu to niezaprzeczalnie wielki pokłon w stronę „Persony”. A może i mrugniecie okiem w kierunku widza, sygnalizujące, że tak całkiem z Bergmanem Woody się jeszcze nie żegna.

Oglądając z kolei „Gdzie rosną poziomki”, kilka dni temu nadawane w TVP Kultura, mogłam przekonać się, że i ten film widział Woody i próbował zaadaptować niektóre z niego pomysły. Jak choćby scena z wejściem do pokoju, gdzie bohater obserwuje rodzinny obiad sprzed lat. Czy przypadkiem nie to samo widział Woodie w „Hannie i jej siostrach”? Wiem, że to co tu wypisuje u niektórych może wzbudzić uśmiech pobłażania i pogardliwe prychniecie, że Ameryki to nie odkrywam. Dla mnie jednak, osoby o filmoznawczej ignorancji mieszczącej się w górnej części tabeli niewiedzy, to fascynujące śledztwo. Które zresztą będę miała szansę kontynuować, Oto bowiem GW ma zamiar dodawać, od 18 września począwszy, filmy Allena do swoich piątkowych wydań. No i ciągle czeka na mnie zupełnie niezła lektura rozmów z Allenem. Dotyczą one co prawda bardziej jego kuchni filmowej niż głęboko filozoficznych rozważań na temat interpretacji jego dzieł. Ale przecież opary kulinarne czasem bardzo przypominają kształtem i ulotnością ducha, i tego mam zamiar się trzymać, jak czytający kartki. 

mowa o:

 

 

bukiet z wyspy

Opublikowany w NA MARGINESIE, podróżniczo przez buksy w dniu 22 sierpień 2009

 Przyjechałem z okropna migreną. Gdy się otworzyło okno naszego pokoju na ogród, wdarła się woń tak intensywna, że zakręciło mi się w głowie. Pachniały niezwykle mocno pomarańcze kwitnące i indyjskie, prawdziwe jaśminy, których woń jest prawdziwie odurzająca. Migrena się powiększała.

Jarosław Iwaszkiewicz „Podróże do Włoch” Str 211

 kwiat sycylijski

Sycylia to raj dla botanika i piekło dla alergika. Doświadczyłam tego na własnej skórze, gdy po pierwszych dwóch godzinach wdychania wyspiarskiego powietrza kichałam, smarkałam i płakałam na przemian, w przerwach zachwycając się ilością i wielkością tych wszystkich cholernie mocno kwitnących i pachnących roślin. 

A spotkac tam można niesamowitości przeróżne. Na Przykład takie drzewa kapokowe:

 W zasięgu wzroku rozciągała się aleja drzew kapokowych, która raz tylko wdziałem w pełnym kwiecie. Drzewa kapokowe kwitną liliami czy raczej tulipanami barwionymi na czerwono, na fiołkowo i na biało. Jest to prześliczne.

Jarosław Iwaszkiewicz „Podróże do Włoch” Str 211

 

Kiedy Pan J, mógł podziwiać to zjawisko? W maju po kwiatach nie było ani śladu, za to z drzewa o niebezpiecznie kolczastym pniu zwisały owoce do złudzenia przypominające ogórki. Jakież było moje zdumienie, gdy pewnego dnia na miejscu ogórka zobaczyłam kłębuszki waty, której strzępki unosiły się dookoła, jak resztki dymu po gwałtownym wybuchu. To właśnie dzięki tej puchatej zawartości drzewa te pierwotnie służyły do wyrobu kapoków, ratujących życie niejednego marynarza.

 

Zaraz u stóp tego balkonu zaczyna się czarodziejski ogród napełniony kwiatami, że na nic innego nie ma już miejsca. Róże  w pełnym rozkwicie pną się po wszystkich murach a dalej, w cieniu fantastycznych drzew, wszystko co w ciągu lata hodujemy z mozołem, kwitnie tutaj razem, pomieszane, wybujale, zalewające zapachami nasz balkon.

Jarosław Iwaszkiewicz “Ksiązka o Sycylii”, str.156

Nie tylko ogrody, z  różami wielkości głowy dziecka i wielością barw budzą zachwyt u zwiedzającego wyspę. Same balkony również wyglądają imponująco,  nie tyle dzięki zdobiącym je kwiatom co przepięknym donicom, które śmiało można nazwać dziełami sztuki. Najciekawsze z nich, to te w kształcie głów szlachciców i szlachcianek. Nigdzie indziej nie widziałam balkoników które zasiedlałoby takie dziwne towarzystwo. Strasznie żałowałam, że gabaryty i cena tych donic nie pozwalają mi na przywiezienie choć jednej z nich jako pamiątki z  wakacji.

 

Oto jest

Opublikowany w NA MARGINESIE, plany czytelnicze przez buksy w dniu 23 lipiec 2009

z biblioteki

Przede wszystkim gorące podziękowania dla wszystkich, którzy zechcieli mnie wesprzec w wyborze odpowiednich lektur. Jesteście niezawodni! Dzięki Wam skompletowałam nie tylko bardzo interesujący stos, ale i mam sprecyzowane plany czytelnicze co najmniej na następne półrocze!

Przyznam, że jeszcze nigdy wypożyczanie nie poszło mi tak szybko i gładko. Na dodatek czekała mnie oprócz sterty książek inna miła niespodzianka. Okazało się, że coś mi się pokręciło i remontu biblioteki nie będzie jednak  w tym roku, więc można będzie z niej normalnie korzystać przez najbliższe miesiące. Ucieszyłam się, choć tylko połowicznie, bo miałam nadzieję, że przy okazji kolejnych ulepszeń przemalują te upiornie słoneczne, żeby nie powiedzieć oczobijne kolorki, jakie są na ścianach od zeszłego lata. Niestety nic z tego, jedyna szansa w tym, że z czasem kurz osiądzie i zmoderuje ten radosny gwałt na moim poczuciu estetyki.

No dobrze, wracajmy do tzw. meritum, czyli mojej sterty usypanej przy Waszym bardzo czynnym współudziale. Od góry biorąc, mamy: 

  1. Polecanego przez Det Gittes Rotha, a konkretnie „Teatr Sabata”. Przejrzałam, i już widzę, ze będzie to ostra jazda i wiatr we włosach. No i dobrze.
  2. Sugerowanego przez Magamarę Pavese, czyli „Piękne lato”. Chyba nie mogłam trafić na bardziej odpowiedni do pory roku tytuł.
  3. Odkrycie moich wakacyjnych zaczytań, czyli Evelyn’a Waugh. Tym razem wezmę się za jego debiutancki „Zmierzch i upadek”.
  4. Ogólnie chwaloną Sara Waters. Wybór padł na „Pod osłoną nocy”.
  5. Dawno planowane „Faktotum” Bukowskiego.
  6.  Wspomnianego prze Snoopy’iego Coetzee. Wzięłam “Foe”, ale coś mnie trochę odstrasza archaiczny język narracji. Zobaczymy, jak to będzie w czytaniu.
  7. “Serce tak białe”, czyli przypomnianego przez Magamarę Marias’a.
  8. Wymienionego przez Det Gittes Calvino, czyli „Jeśli zimowa nocą podróżny”.
  9. “Książkę o Sycylii” Iwaszkiewicza, którego to wyboru chyba nie musze tłumaczyć.
    Dziesiątej pozycji, brak, bo nie zdąrzyłam przeczytać Byatt’a i zostawiłam go sobie na następny miesiąc.

 Uff, teraz tylko siąść i czytać. Czego sobie i Wam życzę.